|
||||||||||
|
Ponieważ biegłem sam, będę pisał w pierwszej osobie ;). Po raz kolejny okazało sie, że spontaniczne decyzje na ostatnią chwilę są najlepsze. Na start w SMŚ-u zdecydowałem się dzień wcześniej. Zapowiadała się dobra pogoda na bieganie, a po treningach szybkościowych przed Biegiem Powstania można było spodziewać się dobrego wyniku. Oczywiście bieg należy potraktować przede wszystkim jako imprezę towarzyską, ale trudno powstrzymać się od napierania, kiedy patrzą na ciebie znajomi biegacze ;). Na stronie SBBP zadeklarowałem swój czas - 37 minut. Asekuracyjnie, nie chciałem wpisywać zbyt dobrego rezultatu, ponieważ na tej trasie jeszcze nigdy nie biegłem. Miałem jednak nadzieje, że uda się przebiec trasę w czasie ok. 36 minut, co i tak nie powinno dać mi wysokiego miejsca wśród ściemniaczy. Na starcie stanęliśmy z Ibexem ok. 9:40. Po nas startował już tylko Zet, z 15-sekundowym opóźnieniem. Zaczęliśmy dosyć szybko, ale na szczęście udało się nie powtórzyć błędu z Biegu Powstania (pierwsze 2 km w czasie poniżej 3:30 min/km). Trasa okazała się w miarę szybka, piachu było niewiele, większe problemy sprawiało błoto przy parkingu. Na szczęście trasa w Młocinach jest zupełnie płaska. Biegłem równym tempem, pod koniec drugiego okrążenia zacząłem doganiać kolejnych zawodników. Wiadomo było zatem, że mój wynik będzie znacznie lepszy od zadeklarowanego. Na trzecim okrążeniu było już coraz gęściej, na metę przybiegłem w dosyć silnej grupie. Na stoperze miałem 36:09. Gdyby nie liczyć czerwcowego Grand Prix na Kabatach (wynik o 20 sekund lepszy, ale trasa 130 m krótsza), to moja życiówka. I jeszcze okazało się, że wygrałem ;). Impreza była super, na pewno fajnie będzie jeszcze kiedyś pobiec w SMŚ-u.
>> Wyniki bieguDla Alexa bieg szczególny, bo właśnie na tych zawodach rok temu zaczęła się jego przygoda z bieganiem. Zeszłoroczny wynik nie był zbyt imponujący (57:27), ale to tylko skłoniło Alexa do pracy nad słabą wówczas kondycją. Po ostatnich osiągnięciach na Kabatach (rekord poniżej 36 minut) cel na tegoroczny Bieg Powstania był już nieco bardziej ambitny.
Pogoda w ostatnich tygodniach nie sprzyjała wprawdzie treningom, ale zaraz po Maratonie Juranda zabraliśmy się ostro za ćwiczenie szybkości. Najcięższy był ostatni tydzień - codziennie szybkie treningi na dystansach do 10 km, test Coopera, rytmy... Wszystko wskazywało na to, że w sobotę powinno być dobrze.
Bieg wystartował o godzinie 20:45. Pomysł biegu nocnego był bardzo dobry - znicze ustawione wzdłuż trasy tworzyły niepowtarzalny nastrój. Trasa przebiegała alejkami na terenie AWF (5 pętli po 1900 m + 500 m dobiegu i finisz na stadionie). Zaczęliśmy dosyć szybko, co niestety odbiło się na kolejnych kółkach. Alex miał dosyć poważny kryzys na ostatnim kilometrze - właściwie po raz pierwszy na zawodach złapała go kolka. Do mety było blisko, w nogach jeszcze sporo sił, ale ból nie pozwalał na ostre przyspieszenie. W końcu udało się dobiec do mety (bardzo dobry pomysł z metą na stadionie). Z wyniku 38:11 Alex nie był zadowolony. Robert przybiegł niecałą minute później. Zajęliśmy dobre miejsca - 13. i 20. Biorąc pod uwagę silną stawkę zawodów, z pozycji możemy być jak najbardziej zadowoleni. Wyniki może nie są imponujące, ale trzeba podkreślić, że trasa nie była dobrze zmierzona. Z pomiarów innych biegaczy wynika, że jedno okrążenie miało ponad 2 km. Przyjąć można zatem, że trasa biegu wynosiła ok. 10,5 km a to oznacza, że nasze wyniki były naprawdę dobre. Gdyby trasa była dobrze zmierzona, Robert zdecydowanie poprawiłby swój rekord, a wynik Alexa nieznacznie przekroczyłby 36 minut.
Teraz czas na chwilę odpoczynku, ale nie za długą, bo kolejne zawody już za 2 tygodnie w Radzyminie. Trzeba też popracować nad wytrzymałością - jesienne maratony zbliżają się wielkimi krokami ;).
>> Wyniki bieguDla Roberta okazja do zrehabilitowania się za nieudany zeszłoroczny występ w Szczytnie, dla Alexa dopiero drugi maraton i okazja do poprawienia wyniku z Torunia.
Z Anina wyruszyliśmy w sobotę po godzinie 10. Podróż do Szczytna minęła dosyć sprawnie, pomijając korki w Serocku, które jak zwykle ominęliśmy bocznymi drogami. Na miejscu byliśmy dosyć wcześnie i od razu pojechaliśmy do biura zawodów, gdzie dostaliśmy numery startowe... 1 i 2. Popołudnie spędziliśmy ze znajomymi nad jeziorem 30 km na północ od Szczytna. Wieczorem wróciliśmy i położylismy się spać bardzo wcześnie. Niestety, w Szczytnie odbywały się akurat huczne imprezy z okazji Dni i nocy Szczytna. W takich warunkach nie było możliwości, żeby się wyspać.
Rano zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy rzeczy do samochodu i podjechaliśmy na start na Plac Juranda. Pogoda piękna, ale niekoniecznie dla biegaczy. Wprawdzie było już zdecydowanie chłodniej, niż tydzień wcześniej, ale wiadomo było, że słońce zrobi swoje. Ruszyliśmy o godzinie 9. Robert na początku biegł dosyć szybko, ale wiedział, że na złamanie 3 godzin nie ma szans. Alex biegł równym tempem na czas 3:10. Różnica między nami przez większość trasy wynosiła ok. 200 metrów. Trasa prowadziła przez małe miejscowości na południowy wschód od Szczytna. Biegło się nienajgorzej, trasa oznakowana była co 1 km, co jakiś czas (niestety nieregularnie) mijaliśmy kolejne punkty z wodą. I tutaj niestety organizatorzy sie nie popisali - na niektórych punktach woda... śmierdziała. Można było polać sobie głowę, ale z piciem woleliśmy uważać. Pogoda się nie zmieniała, było dosyć ciepło, ale nie gorąco, słońce od czasu do czasu chowało się za chmurą. Problemy zaczęły się za zawrotką w Lipowcu (na 27. kilometrze). Wiał tam silny wiatr, który znacznie nas spowalniał. Na kolejnych kilometrach było troche lepiej, ale niestety zdarzały się nieprzyjemne podmuchy. Na 38. kilometrze Robert zwolnił i przez chwilę biegliśmy razem. Niestety, Alexowi wysiadły uda i sił na ostatnie 3 kilometry nie starczyło. Robert przyspieszył i ukończył bieg z czasem 3:12:53. Alexowi, mimo poważnego kryzysu, udało się w całości przebiec drugi maraton w życiu. Wynik z Torunia został poprawiony o prawie 8 minut. Maraton Juranda Alex ukończył z rezultatem 3:15:29. Zajęliśmy miejsca 30. i 34., a w kategorii 5. i 6. Bieg ukończyło 115 osób.
Po maratonie pojechaliśmy nad jezioro, żeby odpocząć. Trzeba przyznać, że po maratonie kąpiel w jeziorze jest najprzyjemniejsza... Jeszcze w niedzielę Alex wrócił do domu. Robert i Marek zostali na Mazurach do wtorku, zaliczając m.in. spływ kajakowy.
>> Wyniki maratonuNasze wyniki: 2006-07-16, 25. Maraton Juranda (Szczytno), dystans: 42.195 km
| 30. | Robert Celiński | 03:12:53 | |
| 34. | Aleksander Celiński | 03:15:29 |
Ukończyło osób: 115
Nasz pierwszy ultramaraton i od razu spektakularne osiągnięcie - wspólnie z Konradem Różyckim jesteśmy pierwszymi osobami w historii Biegu Rzeźnika (a kto wie, czy nie w ogóle), które zdołały pokonać w ciągu jednego dnia odcinek Głównego Szklaku Beskidzkiego od Komańczy do samego końca, czyli do Wołosatego. Całkowita długość trasy wynosi ok. 105 km, a przewyższenie ok. 8000 m.
Przed biegiem nawet nie braliśmy pod uwagę przebiegnięcia wersji hard core. Mieliśmy tylko jeden cel - dotrzeć do mety i zaliczyc najtrudniejszy bieg górski w Polsce. Komańcza o godzinie 3 nad ranem przywitała nas mżawką i niską temperaturą. Wystartowaliśmy ok. 3:30, gdy powoli zaczynało sie przejaśniać. Bieg zaczęliśmy bardzo spokojnie, truchtając drogą z Komańczy do Duszatyna. Później zaczęły się górki i trzeba było przerzucić sie z biegania na chodzenie. Padało coraz bardziej, na szlaku było mnóstwo błota, które znacznie utrudniało chodzenie. Przy Jeziorkach Duszatyńskich po raz pierwszy zgubiliśmy szlak. Na szczęście nie poszliśmy daleko, ale kilka minut straciliśmy. Odcinek od Chryszczatej do pierwszego przepaku na Przełęczy Żebrak był nieco łatwiejszy, spora część odcinku była płaska, co pozwalało nam na podbieganie. Padało jednak coraz bardziej i nogi grzęzły nam w błocie. Na Przełęczy zajmowaliśmy miejsce w drugiej dziesiątce. Uzupełnilismy bidony, wzięliśmy batony na drogę, Alex zostawił okulary, przez które w ulewie nic nie było widać, i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Drugi odcinek trasy okazał sie najprzyjemniejszy. Szlak prowadziła w większości po płaskim terenie, więc ogromną większość tego etapu pokonaliśmu truchtając. Zaczęliśmy też wyprzedzać kolejne drużyny. Cały czas padało, ale w biegu nie przeszkadzało to nam specjalnie. Do Cisnej dotarliśmy ok. godziny 7:30.
Za nami było już ponad 30 km, a czekał nas najcięższy chyba odcinek trasy - 20 km przez Jasło i Ferczatą do Smerka. Jeszcze w Cisnej czekała nas niemiła niespodzianka - z powodu ulewy strumień na końcu miejscowości zamienił sie w rwącą rzekę. Na szczęście udało sie nam przeskoczyć potok bez większej kąpieli. Po drugiej stronie strumienia czekały jednak kolejne niespodzianki. Przez złe oznakowania i błąd na mapie znowu straciliśmy kilka minut w poszukiwaniu szlaku. Na tym odcinku zaczęły sie też bardziej strome podejścia. Przy zejściu z Ferczatej dogoniliśmy drużynę Lechitów i Adama Postka, którzy mieli w planie przebiegnięcie wersji hard core. W piątkę dobiegliśmy do przepaku w Smerku, gdzie Adam zdecydował, że dołączy do naszej ekipy. Na punkcie regeneracyjnym w Smerku zajmowaliśmy ex aequo z Lechitami piąte miejsce.
W dalszą drogę ruszyliśmy w dosyc szybkim tempie. Szlak prowadził droga, więc można było pozwolic sobie na bieg. Podejście na górę Smerek okazało się bardzo ciężkie. Tak stromych podejść na trasie jeszcze nie było, a mieliśmy już w nogach ponad 50 km. Adam narzucił nam dosyć ostre tempo na podejściu i szybko osiągnęliśmy szczyt Smerka. Czekał nas szybki spacer przez połoninę. Przy Chatce Puchatka dowiedzieliśmy się, że do ekipy zajmującej 4. miejsce mamy tyklko 3 minuty straty, a do trzeciej drużyny ok. 10 minut. Przyspieszyliśmy więc zbiegając w dół do ostatniego już punktu regeneracyjnego w Berehach Górnych. Tuataj jednak dowiedzieliśmy się, że nasza strata czasowa jest sporo większa.
Czekał nas ostatni, niespełna 10-kilometrowy odcinek trasy przez Połoninę Caryńską. Nie było już sensu gonić wyprzedzających nas drużyn, wiedzieliśmy już, że zajmiemy piąte miejsce. Podejście pod Połoninę Carynską okazało się równie ciężkie, jak na Smerek, a nawet gorsze, ze względu na dodatkowe 15 km w nogach. Coraz mniej truchtaliśmy, ostatni odcinek pokonaliśmy szybkim spacerem. Jedynie na zejściu postanowiliśmy przyspieszyć, żeby złamać 11 godzin. No i się udało. Na mecie pojawiliśmy się z czasem 10:52. Byliśmy bardzo zadowoleni - zarówno z wyniku, jak i z miejsca. Usiedliśmy przy stole, zjedliśmy kiełbasę i grochówke, wypiliśmy piwo.
Po jakims czasie pojawiła się kolejna drużyna, Formuła 1 Nowy Sącz, a tuż za nią Lechici. Niestety, ekipa Lechitów nie mogła zrealizowac swojego planu przebiegnięcia wersji hard core z powodu kontuzji, której nabawił się Bogdan Piątek skacząc przez wspomniany wcześniej potok pod Cisną. Konrad miał jeszcze zapas sił i chciał biec dalej, według regulaminu potrzebował jednak co najmniej jednego partnera. Po namowach Konrada i oragnizatorów biegu w końcu ulegliśmy - zdecydowaliśmy się przebiec kolejne 30 km. Zachęcił nas głównie fakt, że bylibyśmy pierwszymi takimi szleńcami w historii biegu. Ruszyliśmy w drogę. Przy wejściu do Parku czekał na nas wyjątkowo sympatyczny strażnik. Kazał nam kupić bilety, nie trafiały do niego argumenty, że idziemy z Komańczy, uczestniczymy w biegu i bilety mają organizatorzy. Kiedy już sie poddaliśmy, nie chciał sprzedać Alexowi biletu studenckiego (ma pan legitymację?). To już był pierwszy niezły hard core na dodatkowym odcinku. Na górę weszliśmy dosyć szybko. Połoniny przywitały nas wichurą i marznącym deszczem, momentami zamieniającym sie w grad. Konrad był z nas zdecydowanie najlepiej przygotowany - miał kurtkę. My niestety byliśmy ubrani w dwie koszulki, które od razu nam zamokły. Baliśmy się wychłodzenia, ale szliśmy dalej do przodu. Wiatr porwał nam numery startowe, zostały nam jedynie strzępy koszulek. Doszliśmy w końcu na Halicz, przeszliśmy przez Rozsypaniec i zeszliśmy na Przełęcz Bukowską. To juz był właściwie koniec trasy - czekał nas tylko ok. 8-kilometrowy spacer po asfaltowej drodze do Wołosatego. Trochę szliśmy, troche truchtaliśmy i udało nam sie dojść do celu. Dodatkowy odcinek trasy przeszliśmy w czasie 3:58 (przewidziany czas w przewodniku - 7 h), całą trasę Rzeźnika Hard Core - w czasie 15:40, mieszcząc się w limicie (16 h). Z Wołosatego zostalismy bezpiecznie przetransportowani do Ustrzyk Górnych na koniec trasy, gdzie dostaliśmy oklaski od wszystkich uczestników. To było niesamowite uczucie.
W Woli Michowej odbyła sie dekoracja zwycięzców. Puchary otrzymały 3 najlepsze drużyny, no i oczywiście pierwsza w historii trójka hardcore'owców ;).
Tak napisano o nas na głównej stronie Radia Bieszczady:
Trzech zawodników zdecydowalo sie za meta kontynuowac bieg na dodatkowym odcinku, realizujac zaproponowana przez organizatorów wersje biegu HARD CORE. Polega ona na pokonaniu dodatkowego, niespelna 30-kilometrowego, odcinka z Ustrzyk Górnych (ok. 640m npm) przez Tarnicę (1346m) i Halicz (1333m) do Wolosatego (ok. 650m). Konrad Rózycki, oraz bracia Robert i Aleks Celinscy w uznaniu ich dokonania zostali wlaczeni w poczet czlonków klubu OTK Rzeznik. Pokonanie calych Bieszczadów (105km) zajelo im 15 godzin 40 minut i 12 sekund.
Dziękujemy organizatorom biegu za znakomite przygotowanie imprezy, Konradowi za to, że dzięki Niemu czujemy się wielcy, ekipom z przepaków za pomoc i doping. Gratulacje dla wszystkich uczestników biegu, szczególnie dla zwycięskiej ekipy ENTRE.PL-SBBP.PL, której rekord jest dla nas czymś niewyobrażalnym. Trasa Biegu Rzeźnika przewidziana jest na 25 godzin. Krzysiek Protas i Zbyszek Zawadzak pokonali ten odcinek w czasie 9:55.
Impreza była rewelacyjna, gorąco polecamy. Wszelkie informacje znajdują się na stronie OTK Rzeźnik. Następny Bieg Rzeźnika już za rok, w czerwcu. Ciekawe, czy pojawią się kolejni hardcore'owcy? ;)
>> Relacja Konrada RóżyckiegoObszerna relacja z imprezy autorstwa Marcina znajduje sie na stronie http://mr.jankowski.webpark.pl/bieganie
>> Wyniki MaratonuTym razem w silnym, 4-osobowym składzie wystartowaliśmy w ostatnim przed wakacjami biegu po Lesie Kabackim. Warunki do biegania były znakomite, co widać po naszych wynikach. W czołówce, na 9. miejscu znalazł się Alex z wynikiem 35:48 (poprzedni rekord poprawiony o 1:40). Swój rekord również ustanowił Robert - 37:46, co dało 28. pozycję. Marcin wystartował mimo przeziębienia, a jednak on także ustanowił swój nowy rekord - 40:12. W następnych zawodach na pewno pęknie 40-tka. Andrzej wystartował bez żadnego treningu, na mecie pojawił sie po 43 minutach. Alex i Robert zdobyli odpowiednio 43 i 24 punkty do klasyfikacji generalnej, co dało naszemu klubowi 6. miejsce wśród drużyn męskich.
>> Wyniki bieguNasz pierwszy drużynowy sukces - 2. miejsce za ENTRE.PL Team robi wrażenie ;) Wystartowaliśmy w trzyosobowym składzie. Jako pierwszy na metę przybiegł Alex z wynikiem 37:33. Na pierwszym kilometrze Alex zajmował czwarte miejsce (!), później jednak trzeba było zwolnić. Ostatecznie zmieścił się w ścisłej czołówce, zajmując 8. pozycję. Następny ne mecie był Robert z wynikeim 39:29 (13. miejsce). Marcin poprawił swój rekord o ponad minutę i z wynikiem 40:54 uplasował się na dobrym, 24. miejscu. Nasz czas w sumie wynosi niespełna 1:58, do bezkonkurencyjnego ENTRE.PL straciliśmy 13 minut, za to nad trzecia w klasyfikacji druzyną Dreptak Mińsk Mazowiecki mieliśmy prawie 15 minut przewagi.
>> Wyniki Biegu MagdalenkiPierwsza nasza oficjalna piętnastka od styczniowego Biegu Chomiczówki. Ambicje mieliśmy wysokie - Robert i Alex postanowili po raz pierwszy złamać godzinę. Plan został wykonany z nawiązką. Pierwszy na metę przybiegł Robert z czasem 58:36, 7 sekund później przybiegł Alex. Marcin również zdecydowanie poprawił swój rekord, osiągając wynik 1:03:50. Marcin był też jednym z ostatnich zawodników, którzy zdążyli dobiec do mety przed ulewą... Pogoda niestety nie dopisała, podczas wręczania medali pierwszej setce zawodników na placu przed sceną zostali już tylko biegacze z rodzinami ;) Generalnie impreza bardzo fajna, za rok prawdopodobnie też tutaj wystartujemy. Może znowu posypią się rekordy :D
>> Wyniki Mazowieckiej PiętnastkiMimo zakwasów po niedzielnym maratonie Alex znowu pobił swój rekord na trasie w Lesie Kabackim, i to o całe 25 sekund. Nowy rekord wynosi w tej chwili 37:28. To wystarczyło na zajęcie 18. miejsca. Robert z wynikiem 38:17 uplasował sie na 25. pozycji. Marcin przybiegł z wynikiem 42:10, co dało mu 76. miejsce. Jako klub zdobyliśmy w sumie 59 punktów i w klasyfikacji drużyn męskich zajęliśmy piąte miejsce. W klasyfikacji generalnej Alex przesunął się na miejsce 15., a Robert na 28. W klasyfikacji klubowej zajmujemy w tej chwili 6. miejsce.
>> Wyniki Grand Prix Warszawy (4)Dla Alexa nadeszła wreszcie chwila prawdy - pierwszy maraton w życiu. Mimo kryzysu na 34. kilometrze udało się dobiec do mety bez zatrzymywania. Wynik, jak na debiut w maratonie, bardzo przyzwoity - 3:23:06. Robert po drobnym kryzysie w mniej więcej tym samym miejscu osiągnął wynik 3:07:19, jak na razie najlepszy w polskim maratonie.
>> Oficjalne wyniki MaratonuNasze wyniki: 2006-05-21, 24. Maraton Toruński (Toruń), dystans: 42.195 km
| 38. | Robert Celiński | 03:07:19 | |
| 77. | Aleksander Celiński | 03:23:06 |
Ukończyło osób: 339
Po raz pierwszy w historii naszego klubu wzięliśmy udział w sztafecie. Impreza bardzo sie udała, mimo że warunki na trasie nie należały do najkorzystniejszych (temperatura + piach). Pięciokilometrowe kółka przebiegliśmy w następującej kolejności: R-R-R-R-R-R-A-A-M-A-M-X-X-A-M-X-X-M-X-R (R - Robert, A - Andrzej, M - Marcin, X - Alex). Zawody ukończyliśmy na czwartym miejscu. Na podium znalazły się drużyny Huraganu Wołomin, Lechitów Zielonka oraz Brygady Kryzys. Różnice jednak nie były duże, do zwycięzców straciliśmy 15 minut, a nasze rezultaty przekraczały 7 godzin. Nasz występ możemy zatem uznać za udany.
>> Wyniki SztafetyRobert zorganizował sobie weekendowy wypad na maraton do Wiednia. Wyjazd na pewno udany towarzysko i turystycznie, tylko nie sportowo. Wynik 3:17 jest poniżej oczekiwań, prawdopodobnie wpływ na tę sytuację miały eksperymenty z dietą. W Toruniu na pewno będzie szansa na poprawienie wyniku.
Według oficjalnego komunikatu nikt z naszego klubu w biegu nie wystartował. Pojawił się natomiast Aleksander Celiński z konkurencyjnego klubu Bule Poblec Anin i z czasem 18:17 zajął wysokie, 15. miejsce. W biegu wystartowało 169 osób.
W idealnych warunkach atmosferycznych musiały paść rekordy Alex poprawił swój poprzedni o ponad minutę i z wynikiem 37:53 skończył bieg na 25. miejscu. Robert przybiegł 12 sekund później i również poprawił swój poprzedni rekord na 10 km (o 1 sekundę). Marcin ukończył bieg z wynikiem 43:17. Jako klub zdobyliśmy kolejne 51 punktów i wśród drużyn męskich zajęliśmy ex aequo z klubem biegajznami.pl 8. miejsce. W klasyfikacji generalnej jako klub zajmujemy 5. miejsce razem z drużyną Warszawa - Mokotów. W klasyfikacji indywidualnej Alex po trzech biegach zajmuje miejsce 16. z 82 punktami, Robert po dwóch biegach - miejsce 29. (55 pkt), a Andrzej 63. (11 pkt), również po dwóch biegach.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |