Archiwum wiadomości 15.08.2006 - 01.10.2006
01.10.2006
Run Warsaw
Jak ustawić się na starcie w pierwszym rzędzie - relacja Roberta

Dzień po zawodach na Kabatach czekał nas Run Warsaw – bieg na 5 kilometrów. Uważam, że to sympatyczna impreza, powinna zachęcić do regularnego biegania nowych ludzi. Oczywiście, dużo w tej całej zabawie komercji, ale raz na rok mogę założyć żółtą koszulkę sponsora, zamiast reprezentacyjnej „Byledobiec”.

Run Warsaw traktowałem na zasadzie „przebiegnę się”. W okresie intensywnych startów w maratonach nie mam zamiaru napierać na rekord na 5 km. Alex, podbudowany znakomitym sobotnim startem, podchodził do sprawy inaczej – chciał ustawić się z przodu i walczyć. Tata specjalnie podwiózł go wcześniej na Powiśle. Ja miałem zupełnie inne podejście – wstałem, zjadłem śniadanie, założyłem żółtą koszulkę z numerem i na godzinę przed biegiem ruszyłem z Anina w kierunku Powiśla (trochę dziwnie wyglądałem, biegnąc w Wawrze z tym numerem). Spokojnie pokonałem 10 km, rozciągnąłem się niedaleko budynków Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego i starałem się ustawić z przodu na niecałe 10 minut przed startem. Za barierkami panował straszny ścisk. Widziałem w nim kilku znajomych, mocnych biegaczy. Ponieważ nie było dla mnie miejsca, ustawiłem się przed barierkami (do maty startowej było jakieś 30 metrów miejsca). Kiedy przyjechał samochód, z którego dyrygowano rozgrzewką, spokojnie poszedłem przed matę. Przede mnie wskoczyła grupa zawodowców, stałem tuż za Radosławem Dudyczem, zwycięzcą Maratonu Warszawskiego z 2004 roku. Zamieniłem jeszcze parę słów z Wojtkiem Starzyńskim, który ustawił się obok mnie i za chwilę ruszyliśmy.

Na początku uciekłem przed tłumem młodych ludzi, biegnących w piłkarskich halówkach. Apeluję do niedoświadczonych adeptów - przed Run Warsaw przejdźcie się raz na zawody w Warszawie, zobaczycie, gdzie jest wasze miejsce w szeregu. Naprawdę, nie warto ustawić się w pierwszej linii, a potem dać się wyprzedzić nawet tysiącom biegaczy. To przeszkadza i wam i mocniejszym zawodnikom, którzy na pierwszych kilometrach muszą robić slalom. Przebiegłem spokojnie Ludną, podbieg na Książęcej nie był tak straszny, jak mi się wcześniej wydawało. W Alejach Jerozolimskich, po minięciu Kruczej wyprzedził mnie Szymon Drabczyk, dalej Sebastian Polak. Chwilę później pojawił się Alex. „Jak ci się udało tak ustawić, przecież na starcie pojawiłeś się w ostatniej chwili” – usłyszałem. Gonił mnie przez 2,5 kilometra, pokazał mi plecy i napierał dalej. Do końca biegłem spokojnie, dopiero tuż przed metą usłyszałem głos z tłumu mojego taty, który zagrzewał mnie do walki, do tego jakiś chłopak próbował mnie naciskać z tyłu. Wydałem bojowy okrzyk i wyrwałem do przodu na ostatnich metrach. Ukończyłem bieg w czasie netto 18:30, co dało mi 57 miejsce, Alex katował się, pobiegł minutę szybciej i wywalczył 28 miejsce. Biorąc pod uwagę liczbę uczestników (blisko 10000) jest to niezły wynik.

Po minięciu mety od razu ruszyliśmy z tatą w kierunku samochodu, zostawiliśmy medale i ruszyliśmy biegiem do domu (już bez taty :-)), rozpoczynając pętlą w Łazienkach. Kiedy dobiegaliśmy do domu Alex był nieźle skatowany. Ja nie czułem się jeszcze porządnie wybiegany i ruszyłem na 4 kółka mojej trasy do Aninie. Tego dnia zrobiłem w sumie ponad 40 kilometrów, Run Warsaw był tylko 5-cio kilometrowym szybszym rytmem.

30.09.2006
Grand Prix Warszawy na Kabatach
Relacja Roberta

Na Kabatach stawiliśmy się w 4-osobowym składzie: Ja, Alex, Marcin i Andrzej. Alex i Marcin mieli realne plany pobicia rekordów życiowych. Andrzej mniej trenował, stąd ambicje na wynik miał nieco mniejsze. Ja nie zamierzałem napierać – moim głównym celem są maratony, nie biegam szybko za wszelką cenę, stąd kierowałem się naszym hasłem „Byledobiec”. Przed zawodami musieliśmy załatwić jeszcze sprawę wymiany koła w motorze Marcina, które przywiozłem do wulkanizacji samochodem, potem utknęliśmy w strasznym korku na Puławskiej, ale na szczęście spokojnie udało nam się zdążyć.

Ustawiliśmy się na linii startu o 11, Alex od razu wyrwał do przodu. Już od pół roku wiem, że nie należy go gonić na dychę, bo potem można umrzeć. Spokojnie trzymałem swoje tempo, pierwszą połówkę biegłem dość wolno. Nie oglądałem się za plecy, ale wiedziałem, że Marcin depcze mi po piętach. Dwa dni wcześniej biegaliśmy rytmy na stadionie w Otwocku i świetnie dawał sobie radę, co było dobrą prognozą. Na półmetku z tyłu naciskał mnie Sylwester Karczewski. Zmobilizowało mnie to trochę i zwiększyłem prędkość – wyprzedziliśmy razem kilku biegaczy. Potem odpuściłem i do końca kontrolowałem sytuację. Spokojnie finiszowałem w czasie 37:39, na 20 miejscu. Średnie tętno wyszło 183 uderzeń na minutę, to o 8 mniej, niż zwykle. Widać, że nie dałem z siebie wszystkiego. Na mecie przywitał mnie Alex z informacją o swoim niesamowitym wyniku: 35:27 i 4 miejsce! Zdążyliśmy wymienić kilka słów, a na mecie pojawił się Marcin - 38:10, 24 miejsce. Wspaniała życiówka, dla Marcina zawody bez poprawienia się o minutę są stracone. Policzyliśmy, że jeszcze tylko 12 startów i pobije rekord świata. Andrzej osiągnął wynik 42:44 i zajął 59 miejsce, bliskie strefy punktowanej.

W sumie zdobyliśmy 105 punktów, co dało nam trzecie miejsce w klasyfikacji punktowej (za Entre i Huraganem). Natomiast, w prowadzonej od tego sezonu klasyfikacji 3Naj (trzech najlepszych zawodników z klubu) zajęliśmy 2 miejsce, za niedoścignioną jak zwykle ekipą Entre. To duży sukces.

W klasyfikacji generalnej na koniec serii zawodów Alex zajął 14 miejsce (5 w kategorii do 30 lat), ja 20 (7). Marcin rozkręcił się pod koniec sezonu, liczymy przynajmniej na utrzymanie takiej formy za rok. W przyszłym sezonie powinniśmy być jeszcze mocniejszą drużyną.

23.09.2006
Zwycięstwo Alexa w Biegu Solidarności
Relacja Alexa

Na start w Biegu Solidarności zdecydowałem się dzień wcześniej. Wahałem się, czy wystartować w Parku Praskim, czy Szczęśliwickim. Stwierdziłem jednak, że wolę trochę dłuższy dystans (na Pradze miały być 4 km, w Szczęśliwicach 6 km). Na start w biegu dla dzieciaków udało mi się namówić Marka, z którego za parę lat na pewno wyrośnie dobry biegacz ;). Impreza trochę się dłużyła, najpierw biegły dzieciaki z podstawówek, później z gimnazjów i na koniec z liceów. Marek zajął 13. miejsce w biegu dla dzieci z V i VI klas (startowało ok. 40 zawodników). Dopiero po zakończeniu imprez młodzieżowych wystartował bieg główny. Na start w biegu dla dorosłych zdecydowały się zaledwie 22 osoby. Od samego początku trzymałem się w czołówce. Trasa prowadziła alejkami Parku Szczęśliwickiego, trzeba było przebiec 2 okrążenia. Pierwsze okrążenie pokonałem w czasie trochę ponad 6 minut, wiadomo zatem było, że trasa nie jest dobrze zmierzona. Pod koniec drugiego okrążenia przyspieszyłem, zostawiając w tyle zawodników, z którymi biegłem przez większość trasy i wpadłem na metę z czasem 12:32. Według pomiarów rowerowych długość trasy wynosiła ok. 3,8 km. Organizatorzy zadbali o nagrody - puchary dla miejsc 1-3 we wszystkich kategoriach (!).

17.09.2006
Życiówka Roberta w Maratonie w Sydney

Z dumą ogłaszamy, że nasz mistrz w maratonie na antypodach pobił swoją życiówkę z Dublina o 5 minut! Nowy rekord Roberta w maratonie (czas netto) wynosi teraz:

2:53:59

Maraton ukończyło 1217 zawodników, Robert zajął 20. miejsce!

Pozostawiam powyższy tekst Alexa, co jest dowodem mojej próżności.

Wszystko, co zostało napisane powyżej jest szczerą prawdą. Udało mi się zrealizować zapowiadany cel - przebiec maraton poniżej 2:55, co daje mi kwalifikację na maraton nowojorski w listopadzie 2007. Na tę imprezę jest zawsze wielu chętnych, dlatego organizowane jest losowanie. Dla zawodników spoza USA prawdopodobieństwo wygrania w losowaniu wynosi około 1/4. Ja odpadłem w 2005 i 2006. Aby uniknąć losowania w 2007 postanowiłem uzyskać automatyczny wstęp, poprzez ukończenie maratonu w czasie poniżej 2:55. Udało mi się to fantastycznie.

Już niedługo zamieszczę na stronie obszerną relację z maratonu, wraz z całą otoczką mojego pobytu w Australii. Spędziłem tu 2 tygodnie, przejeżdzając 3 tysiące kilometrów udało mi się zobaczyć wiele niesamowitych miejsc w południowo-wschodniej części kontynentu. Na razie ograniczę się do relacji wyłącznie z niedzielnego poranka, 17 września.

Wczesnym rankiem przyjechałem metrem do Milsons Point - dzielnicy w centrum Sydney, pod północną częścią Harbour Bridge. Maraton zaczynał się o 7:10 (wcześniej startowałem tylko raz - w ultramaratonie Rzeźnik - o wschodzie słońca). 40 minut wcześniej z tego samego miejsca startował półmaraton, przez co panował lekki bałagan. Spore zamieszanie dało się zauważyć przy kolejkach do toalet, część półmaratończyków usłyszała strzał startera siedząc na muszli klozetowej (ciekawe, czy odruchowo wyrwali do przodu). Spokojnie się rozgrzałem się nad brzegiem zatoki (piękny widok na budynek opery) i ustawiłem się na stracie tuż na Kenijczykami.

Po strzale startera, wbiegaliśmy pod górkę na Harbour Bridge. Biegłem dość szybko, ale po minięciu tablicy 1 km dałem się wyprzedzić kilku biegaczom. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że po 30 kilometrze przyjdzie im znowu oglądać napis "CELIŃSKI" na plecach mojej biegowej koszulki. Pierwsze pięć kilometrów biegłem trochę spięty, moje ruchy nie były płynne. Z mostu zbiegliśmy w lewo na wiadukt nad Circular Quay, skąd roztaczał się piękny widok na zatokę i budynek opery, dalej pętelka w parku, skąd trasa prowadziła na południe. Stwierdziłem, że do piątego kilometra moje tempo było za wysokie (20:04) i postanowiłem trochę odpuścić. Przez kolejne minuty dałem się wyprzedzić kilku, zawodnikom. Trwało to aż do 12 kilometra, kiedy wbiegliśmy do Contenial Park. Tam przyczepiłem się do Duńczyka, który mnie wcześniej wyprzedził i zaczęliśmy napierać. Od tego momentu wyprzedziłem kilkudziesięciu zawodników, mnie nie wyprzedził nikt.

Widoki w parku były fantastyczne, choć dość trudno biegło się po źle wyprofilowanym asfalcie. Później trasa prowadziła ulicami na południu, gdzie zaliczyliśmy kolejne, trzy 180-stopniowe zawrotki. Niestety, trasa w Sydney na pewno nie jest idealna do bicia rekordów ze względu na profil (bardzo dużo wzniesień) i masę ostrych zakrętów i zawrotek. Trudy biegu rekompensował mi widok wioski olimpijskiej, którą odwiedziłem poprzedniego dnia. Spokojnie popijałem po kilka łyków wody, liczyłem też na żel w tubce, który miał być rozdawany na 17 kilometrze, niestety - zawiodłem się.

Półmetek minąłem w 1:26:58, to był idealny czas, pozostawał mi minutowy zapas w przypadku ewentualnego kryzysu na ostatnich kilometrach. Zaczęliśmy wracać na północ. Porządnie wiało, dlatego starałem się trzymać tuż za plecami Duńczyka. Potem zmieniłem go na prowadzeniu, żeby i on trochę skorzystał z osłony. Nadszedł 25 kilometr, gdzie trasa miała iść w dół. Zauważyłem, że mocno naciska na nas jakaś kobieta - zaczęła nas wyprzedzać. Trochę wbrew rozsądkowi zacząłem się z nią ścigać. Duńczyk został z tyłu, my pobiegliśmy razem, z górki na pazurki. Biegnąc obok siebie mijaliśmy kolejnych zawodników - nie mieli szans. Oboje nakręcaliśmy się coraz bardziej, a trwało to ponad 10 minut. W końcu moja partnerka odpuściła i zostałem sam. Wbiegłem na wiadukt nad Darling Hrabour i miałem okazję podziwiać drugi piękny port. Dalej trasa prowadziła na zachód w kierunku industrialnych obszarów Sydney. W końcu doczekałem się punktu z żelem energetycznych, otworzyłem tubkę i ochoczo zacząłem zasysać jej zawartość. Na 30 km minąłem biegacza, który zupełnie opadł z sił. Przypomniał mi się maraton z Krakowa, w którym uczestniczyłem półtora roku wcześniej - byłem wtedy w podobnej sytuacji jak ten chłopak. Mnie też się teraz wydawało, że dopadnie mnie kryzys. Na szczęści to było tylko pół minuty, kiedy organizm przestawiał się na spalanie tłuszczu - potem nie odczuwałem już dyskomfortu.

Przez kolejne kilometry utrzymywałem przyzwoite tempo, starałem się nie szaleć. W okolicach 33 kilometra zrobiliśmy kolejną zawrotkę. Duńczyk biegł wtedy kilkadziesiąt metrów za mną. Czułem, że do mety jest coraz bliżej. Wyprzedzałem kolejnych rywali, patrzyłem już tylko do przodu, nie miałem ochoty na podziwianie widoków. Na 37 kilometrze do końca wyssałem tubkę z żelem. Nie cała jej zawartość trafiła niestety do ust - moje uda i koszulka były umazane brązową substancją. Znowu przebiegłem wiadukt nad Darling Harbour przyglądając zmęczonym biegaczom, nad którymi miałem już około 10 km przewagi. Dalej przebiegłem koło oceanarium, które odwiedziłem dwa dni wcześniej. Do naszej dyspozycji była bardzo szeroka ulica, na której jednak było bardzo niewielu biegaczy. Policzyłem sobie czas - 2:55 wychodziło z palcem w nosie, mogłem pobiec nawet w granicach 2:54.

Istotny moment biegu nastąpił przy Dawes Point na 40 kilometrze. Tutaj trasa prowadziła bardzo stromym, krętym podbiegiem. Przewaga między mną, a dwoma poprzedzającymi mnie biegaczami wynosiła przed wzniesieniem kilkadziesiąt metrów. Po chwili na podbiegu zobaczyłem ich idących, ze spuszczonymi ramionami. Przemknąłem szybko obok nich, biegnąc pod górkę, jak na członka klubu OTK Rzeźnik przystało. Biegnąc mostem na chwilę straciłem orientację, skręciłem na kręty ślimak w dół i przez chwilę bałem się, że pomyliłem trasę. Na szczęście, po chwili ślimak się skończy i w tunelu pod mostem zobaczyłem kilku biegaczy - padli moim łupem w tunelu, a kolejny na podbiegu na znany mi już tego dnia wiadukt nad Circular Quay. Na wiadukcie dopingowało nas wiele osób, zbiegłem z niego, ścinają 180-stopniowy zakręt po chodniku. "Jak już blisko!". Szybko zbiegałem w dół, przy Circular Quay tłum wiwatował, zacząłem wymachiwać w górze palcem wskazującym, jakbym nakręcał katarynkę, która wydawała coraz więcej decybeli. W krzyczącym tłumie usłyszałem "Szakil!", odwróciłem się i zobaczyłem moich znajomych. Dale widzę operę, skręcam w prawo, meta jest na wyciągnięcie ręki. Wyłączam stoper - zatrzymał się na czasie 2:53:59, z radości biję się pięściami w uda i wzorem premiera Marcinkiewicza powtarzam "Yes, yes, yes!".

W kolejnych minutach wbiegali moi znajomi z biegu, między innymi kobieta, z którą jak szaleni zbiegaliśmy z górki. Wymieniliśmy parę zdań, oboje bardzo zadowoleni z biegu. Był też Duńczyk, z którym trzymaliśmy się przez dobre 10 km. Nabiegał ponad 2:56. Mówił, że bardzo chciał mnie gonić, ale byłem dla niego za szybki. To był mój wielki dzień. Na mecie nie wyglądałem na zmęczonego, co potwierdzili moi znajomi. W świetnym stylu zrealizowałem cel, który sobie postawiłem. Siedziałem na schodach opery i delektowałem się wspomnieniami z biegu i trzema cyframi 2,5,4 - moim nowym rekordem.

17.09.2006
Trzy życiówki Byledobiec w Maratonie Warszawskim
Relacja Alexa

Kiedy na 2006 rok postawiłem sobie za cel przebiegnięcie maratonu, myślałem o debiucie właśnie w Warszawie. Wyszło trochę inaczej - zachęcony przyzwoitymi wynikami w zimowych półmaratonach postanowiłem wystartować na dystansie 42,195 km jeszcze w sezonie wiosennym. Padło na majowy Maraton Toruński. Debiut udał się znakomicie, wprawdzie na ostatnich kilometrach walczyłem z kryzysem, ale uparłem się, żeby swój pierwszy maraton w całości przebiec. I udało się - dobiegłem do mety z czasem 3:23. Drugi maraton przebiegłem już w połowie lipca, w Szczytnie. Mimo trudnych warunków atmosferycznych udało mi się poprawić wynik z Torunia o 8 minut. Po biegu w Szczytnie postanowiłem w następnym maratonie złamać 3:10. W sierpniu dużo trenowałem na dłuższych dystansach, co pozwoliło mi na osiągnięcie dobrego wyniku w półmaratonie w Radzyminie (1:22:46). Wtedy postanowiłem, że w Maratonie Warszawskim wystartuję z grupą na 3h.

Byledobiec Anin na starcie maratonu stawił się w mocnej ekipie, choć brakowało naszego lidera. Robert 9 godzin wcześniej biegł maraton w Sydney, gdzie pobił swoją życiówkę o 5 minut. Kiedy rano odebrałem sms-a z wynikiem 2:53:59, pomyślałem sobie, że to będzie nasz dzień ;). Wszyscy byliśmy w bojowych nastrojach. Ja planowałem biec z grupą na 3h tak długo, jak się da, i ukończyć bieg z przyzwoitym czasem poniżej 3:10. Marcin celował na 3:30, chciał poprawić swój wynik z Maratonu Świętojańskiego (3:49), z którego nie był zadowolony. Dla Andrzeja był to już trzeci Maraton Warszawski w życiu. Andrzej najwcześniej z nas wszystkich pokonał dystans 42,195 - po raz pierwszy wystartował już jako 18-latek w 2002 roku, kiedy żaden z nas nie myślał nawet jeszcze o bieganiu. Andrzej startował z grupą na 3:45.

Wystartowaliśmy o godzinie 9. Na początku było dosyć tłoczno, wielu zawodników zdecydowało się biec na początku z grupa na 3h, którą prowadził Bogdan Barewski. Pierwsze kilometry mijały bardzo szybko. Temperatura była znośna, ale słońce dawało się we znaki. Już na pierwszym punkcie odświeżania po 5 km polałem sobie głowę wodą. Pierwsze 10 km zrobiliśmy w czasie poniżej 42 minut. Trochę za szybko, ale czułem się bardzo dobrze, nie zamierzałem zwalniać. Wolałem zresztą biec w grupie, zawsze lepiej, kiedy można z kimś zamienić parę słów. Pomijam już osłonę od wiatru ;). Przebiegliśmy przez Most Gdański na Pragę - to już było ponad 15 km. Na kolejnych punktach odświeżania polewałem się wodą, słońce przypiekało coraz bardziej, ale nogi dawały radę. Most Świętokrzyski, tunel i… połowa dystansu w 1:28. Sił jeszcze sporo, wystarczyło zrobić drugą połówkę 1:32 i spełniłoby się moje marzenie. Mijając kolejne tabliczki coraz bardziej wierzyłem, że to się może udać. Na 28. kilometrze nasza grupa była już zdecydowanie mniej liczna. Niektórzy jeszcze na początku postanowili wyrwać do przodu, niektórzy odpadli. Zostało nas ok. 10. Trasa do Wilanowa nie była łatwa, trochę przeszkadzał wiatr. W końcu skręciliśmy w Aleję Wilanowską i 30 km mieliśmy za sobą. Czas 2:06 zapowiadał świetny wynik na mecie. Biegłem dalej, trzymając się grupy. Kiedy minęliśmy tabliczkę na 32 km, Bogdan powiedział, że ostatnie 10 km trzeba zrobić w 44 minuty. Czułem już zmęczenie, ale wydawało mi się, że jestem w stanie tego dokonać. Niestety, jednak się przeliczyłem. Wszystko zaczęło się przy punkcie odświeżania na 33. km. Zwolniłem tempo, żeby wziąć łyka wody i polać sobie głowę. Straciłem do grupy ok. 20 m. Mniej więcej przez kilometr udało mi się utrzymywać ten dystans, później przyszedł kryzys. Po raz kolejny maraton okazał się dla mnie o 7 km za długi. Zacząłem zwalniać, nogi miałem coraz cięższe. Grupa oddalała się coraz bardziej, mogłem się już pożegnać ze złamaniem trójki. Chciałem jednak pobiec przyzwoicie i osiągnąć swój podstawowy cel na ten bieg - złamać 3:10. Wydawało się, że nie będzie z tym żadnego problemu, a jednak… Nogi wysiadły mi już kompletnie. Zaraz za skrzyżowaniem Górnośląskiej i Rozbrat, kiedy do mety zostały 4 km, zacząłem iść. Mijali mnie kolejni biegacze, zagrzewali do walki, ale ja już nie miałem siły. Trzy kolejne kilometry pokonałem marszobiegiem. Na 40. km wypiłem dwa kubki Powerade, polałem się wodą i ambitnie ruszyłem do przodu. Przebiegłem kilkaset metrów i znowu kawałek się przeszedłem. Byłem już na Wisłostradzie, do mety brakowało bardzo niewiele.

Kiedy zobaczyłem tabliczkę "41 km" stwierdziłem, że trzeba chociaż ukończyć ten bieg w przyzwoitym stylu. Zacząłem biec, już z założeniem, żeby do mety się nie zatrzymywać. Na ostatnich kilkuset metrach dałem z siebie wszystko, przyspieszyłem jak nigdy na mecie maratonu. Ostatecznie ukończyłem bieg na 123. miejscu z czasem 3:09:04 (netto 3:09:00).

Czułem się nienajgorzej w porównaniu do innych maratonów (zwłaszcza w Szczytnie byłem półprzytomny…), ale mimo nowej życiówki na bardzo przyzwoitym poziomie czułem pewien niedosyt. To był pierwszy maraton, którego nie udało mi się przebiec w całości. No i jednak przez 33 km utrzymywałem tempo na wynik poniżej 3h i przez te wszystkie kilometry wierzyłem, że może mi się udać. Niestety, na złamanie trójki muszę jeszcze trochę poczekać.

Bohaterem Byledobiec na Maratonie Warszawskim był Marcin. Od samego początku trzymał się grupy na 3:30, ale na 32. km stwierdził, że tempo dla niego jest zbyt wolne i przyspieszył. Przez 10 km utrzymywał szybsze tempo, niż na początku. Mijał kolejnych zawodników, którzy (zresztą tak jak ja) przeżywali najcięższe chwile po 35 km. Na koniec jeszcze piękny finisz i wynik 3:26:18 (netto 3:25:54) - 290. miejsce. Marcin był z nas wszystkich najbardziej szczęśliwy - poprawił wynik z Gdyni o 23 minuty.

Andrzej po raz pierwszy ukończył maraton z wynikiem poniżej 4h. Po kryzysie na 30. km i odłączeniu od grupy na 3:45 udało się utrzymać przyzwoite tempo w końcówce i dobiec do mety z czasem 3:58:32 (netto 3:57:50).

Drużynowo zajęliśmy 16. miejsce na 52 sklasyfikowane ekipy.

Maraton Warszawski na pewno należy uznać za udany, ze względu na trzy nowe życiówki. Trochę żałuję tej końcówki, ale trudno, na złamanie trójki mam jeszcze mnóstwo czasu. Dziękuję naszemu pacemakerowi, Bogdanowi, za świetne prowadzenie naszej grupy, Mirkowi za wsparcie przez 33 km oraz wszystkim, którzy na trasie zagrzewali mnie do walki. Gratulacje i podziękowania dla Marcina i Andrzeja za znakomite nowe życiówki!

02.09.2006
Cztery Pory Roku na Kabatach
Relacja Roberta

We wrześniu nasza drużyna nieco się podzieliła. Alex z Andrzejem pojechali w góry, żeby wziąć udział w maratonie w Gorcach, ja z Marcinem zostaliśmy w Warszawie i nie mogliśmy przepuścić okazji, żeby pobiec w zawodach na Kabatach.

Zapowiadały się dwie życiówki na 10 kilometrów. Marcin postawił sobie za cel złamanie 40 minut, co przy jego ostatnich treningach wydawało się dziecinnie prostą sprawą. Ja chciałem wyśrubować życiówkę, choć trudno było mi ocenić moje możliwości. Zacząłem bardzo ostro, potem biegłem z grupą, którą wyprzedziłem na półmaratonie w Radzyminie. Niestety, dycha, to nie półmaraton. Na początku biegłem bardzo spięty, na 4 kilometrze grupa mi uciekła. Na półmetku wyprzedziła mnie jeszcze mocna grupa: Rajzer, Protas, Wojciechowski. Przeszarżowałem na początku i kolejne kilometry były dla mnie męką. Policzyłem sobie, że złamię 37 minut bez specjalnego sprintowania na ostatnich metrach - nie miałem na to po prostu ochoty. To nie był mój dzień, ani w ogólne dobry czas w okresie treningowym na bicie rekordów na dychę. Przed sobą mam przecież maraton w Sydney, który jest dla mnie celem, ponad wszystko. Ostatecznie zająłem 21 miejsce z czasem 36:55.

Za to Marcin pobiegł znakomicie i był zachwycony: 39:12 i 41 miejsce. Pierwszy raz zapunktował w zawodach na Kabatach. Byledobiec dysponuje już trójką silnych biegaczy. Miejmy nadzieję, że Andrzej nie będzie od nas odstawał. Przykład Marcina pokazuje, jak duże postępy można zrobić, dzięki ciężkiej pracy na treningach.

Na Kabatach pękły zatem zapowiadane dwa rekordy - teraz czas na dużo poważniejsze wyzwanie - dystans maratoński.

02.09.2006
Gorce Maraton (ok. 40 km)
Relacja Alexa

Na start w Maratonie Gorce zdecydowałem się zaraz po ukończeniu Biegu Rzeźnika. Imprezy tego typu odbywają się w Polsce dosyć rzadko, a mają niepowtarzalny klimat. Do udziału w Maratonie namówiłem też Andrzeja. Postanowiliśmy połączyć bieg z planowaną już od roku wyprawą w Tatry z Gerlachem w roli głównej.

W Tatry wyjechaliśmy w sobotę (26.08) z samego rana, do wtorku byliśmy na Słowacji, później przenieśliśmy się do Kościeliska. W piątek, dzień przed zawodami planowaliśmy iść na krótszą wycieczkę, żeby nie zmęczyć za bardzo mięśni. Wyszło inaczej - zachęceni poprawą pogody wybraliśmy się z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej i jakoś nie mogliśmy się zatrzymać. Po dwóch godzinach byliśmy już na Koziej Przełęczy… W ten sposób udało się uczcić 100-lecie powstania Orlej Perci ;). Chcieliśmy przeciąć szlak i zejść przez Dolinkę Pustą do Pięciu Stawów, jednak plany pokrzyżował nam świeży śnieg, który paradoksalnie zalegał z południowej strony grani. Ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy wrócić tą samą drogą, tzn. żółtym szlakiem nad Zmarzły Staw.

Zeszliśmy do Zakopanego, kupiliśmy zapas oscypków, odebraliśmy bagaże z przechowalni i wsiedliśmy w autobus do Nowego Targu. Na miejscu okazało się, że do Długiej Polany z dworca jest niezły kawał drogi, a autobusy miejskie jeżdżą bardzo rzadko. Wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas na początek ulicy Kowaniec. Niestety, nasz pensjonat znajdował się pod numerem 165. Dalej trzeba było iść na piechotę pod górkę. Tutaj doszedłem do wniosku, że chyba powinienem sobie kupić porządny plecak i nie jeździć więcej w góry z walizką. Myślałem, że ręka mi odpadnie… W końcu dotarliśmy do pensjonatu, zostawiliśmy rzeczy i skoczyliśmy do sklepu po jedzenie. Wieczorem zrobiliśmy sobie "pasta party" - zjedliśmy makaron, wypiliśmy piwo pogryzając oscypki i ok. 23 poszliśmy spać.

W dniu zawodów wstaliśmy o 6, szybko zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w kierunku Długiej Polany, gdzie znajdowało się biuro zawodów. Na miejscu byliśmy kilka minut przed 8. Załatwiliśmy formalności i usiedliśmy na ławce w oczekiwaniu na transport do Krościenka (8:45). W Krościenku byliśmy ok. 9:40, do startu pozostało zatem tylko 20 minut. Szybko się przebrałem i zacząłem rozgrzewkę. Na start w Maratonie zdecydowało się ponad 80 zawodniczek i zawodników.

Startujemy kilka minut po 10. Na samym początku staram się trzymać czołówki, jednak już na pierwszych kilkuset metrach zaczynają się strome podbiegi. Przyjmuję zatem podobną strategię, jak w Biegu Rzeźnika - nie podbiegać pod górkę. Z ogromnym zdziwieniem patrzę na zawodników, którzy pod górkę starają się podskakiwać niezależnie od nachylenia. Myślę sobie, że to szaleńcy i zaraz wszyscy padną, ale w stosunku do większości poważnie się mylę. Na szczęście na podbiegach dużo nie tracę - może jest to chód, ale bardzo szybki ;). Na bardziej płaskich fragmentach trasy sporo odrabiam, jednak na odcinku szlaku do Lubania takich odcinków jest niewiele. Niestety, pogoda nie sprzyja biegaczom, robi się coraz cieplej, dodatkowo przeszkadzają roje muszek, które na zdjęciach widać nad głową każdego zawodnika. Na Lubań docieram w czasie 1:01. Jest dobrze, to już 10 km, a praktycznie cały odcinek ostro pod górkę. Piję izotonika, uzupełniam bidony wodą i ruszam w dalszą drogę. Na drugim odcinku do Przełęczy Knurowskiej wytraca się wysokość o prawie 400 m, jednak tego się nie czuje. Biegnie się na zmianę, w dół i w górę. Odcinek strasznie się dłuży. Tutaj też czekało mnie to, czego najbardziej się obawiałem - kiepskie oznakowanie szlaku. Drobne zawahanie kosztuje mnie na szczęście niewiele, kilkanaście sekund. Na trasie jest też coraz więcej błota. Zaczynam odczuwać głód, postanawiam na Przełęczy zjeść Snickersa, którego wrzuciłem do depozytu przed biegiem. W końcu widzę polanę i jakieś domki, myślę, że jestem już na miejscu. Nic z tego - czekają mnie jeszcze 2-3 podbiegi. Nie wytrzymuję, jem Snickersa, którego miałem w pasie. Biegnę dalej, mijam fotografa, a kilkadziesiąt metrów później dziewczynę z krótkofalówką. Zbiegam jeszcze kawałek i nareszcie jestem na Przełęczy. Zajmuję 17. miejsce. Dostaję już rozpakowanego Snickersa, piję izotonika kubek za kubkiem, uzupełniam bidony wodą. Pytam, który to kilometr, odpowiadają mi, że 20., połowa trasy. Patrzę na zegarek - 2:15 - nie jestem zadowolony. Na Przełęczy zatrzymałem się na chwilę i straciłem swoją pozycję. Ruszam dalej - na Kiczorę i do schroniska pod Turbaczem. Znowu zaczynają się dłuższe podejścia. Mijam dwóch zawodników, biegnących razem. Dowiaduję się, że Przełęcz jest sporo dalej, niż połowa trasy i z międzyczasem 2:15 spokojnie można złamać 4 godziny. To mnie bardzo podbudowuje. W końcu docieram na Kiczorę, szybki zbieg i po chwili odsłania się widok na schronisko. Biegnę przez polanę, po prawej mijam pasące się owce. Na koniec podejście - trochę idę, ostatnie 200 metrów biegnę - w końcu to już ostatni podbieg na trasie. Wreszcie docieram do stanowiska z napojami, gdzie dowiaduję się, że jeszcze niecałe pół godziny i będę na mecie. Patrzę na zegarek - jest dobrze, 3:22, powinno się udać złamać 4 godziny. Szybko piję izotonika i zaczynam zbiegać. Po prawej mijam drogowskaz Nowy Targ, Kowaniec 1:30 h. Na stoperze 3:24, już wiem, że się uda, kiedy się zbiega, spokojnie można czasy przejść dzielić przez 4. Mijam klaszczących turystów. Ktoś krzyczy Brawo, 14. zawodnik!. Udaje mi się wyprzedzić kolejnego biegacza. Utrzymuję szybkie tempo, mijam kolejnych turystów - Brawo, 15. miejsce!. Coś nie tak, ale wszystko jedno, trzeba napierać dalej. Pod koniec zbiegu zauważyłem przed sobą dwóch kolejnych zawodników. Chwila zagapienia… i leżę ;). Rozwaliłem sobie rękę, ale biegnę dalej. Zbieg się kończy, zaczyna się asfalt - 800 m do mety. Udaje mi się poprawić o 2 pozycje i biegnę już praktycznie po równym. Zaczynam czuć ból w łydce, łapie mnie skurcz. Na asfalcie widzę napis "100 m", jest ciężko, ból nie pozwala mi przyspieszyć. W końcu jest meta. Na zegarku równo 3:48, 13. miejsce, 8. w kategorii mężczyzn w wieku 18-34 lat. Siadam na ławce, piję wodę, jem banana i pączka. Nareszcie mogę odpocząć. Dzwonię do domu, dowiaduję się o sukcesach Byledobiec na Kabatach. Czekam na Andrzeja. Na mecie pojawia się z czasem 4:48, zajmując 37. miejsce. Siadamy przy stole, jemy kiełbaski, pijemy zimne piwo.

Gdy na mecie byli już wszyscy zawodnicy, odbyło się oficjalne zakończenie imprezy. Ogromne brawa należą się sponsorom biegu - tylu nagród jeszcze nie widziałem na żadnej imprezie. Po dekoracji najlepszych biegaczy organizator wyczytywał po kolei zawodników i każdy sam wybierał sobie nagrodę. Wprawdzie koszulka termoizolacyjna, którą sobie wybrałem, jest trochę ciasna, ale biegać jakoś dam radę. 30 PLN wpisowego na pewno mi się zwróciło ;). Po odebraniu nagród wróciliśmy do domu. Gorący prysznic, piwo, oscypki i… mecz Polska - Finlandia. No cóż, nie wszystko tego dnia poszło po naszej myśli…

>> Wyniki Maratonu Gorce
27.08.2006
Byledobiec na Gerlachu
Relacja Alexa
Byledobiec na Gerlachu

Rok temu spędziliśmy 10 dni w Tatrach Polskich. Pogoda była znakomita, co pozwoliło nam na zaliczenie wszystkich ważniejszych szlaków. Rysy, Orla Perć, Świnica, Czerwone Wierchy, Kościelec, Szpiglasowy Wierch, Bystra… Ze szczytów Tatr Polskich, dostępnych szlakami turystycznymi zostało nam tylko kilka gór o wysokości nie przekraczającej 1700 m. W wakacje po maturze (2003) udało nam się zaliczyć też większość szlaków Tatr Słowackich.

W tym roku postanowiliśmy spełnić nasze marzenie i zdobyć najwyższy szczyt Tatr a zarazem całego pasma Karpat - Gerlacha (2654 m n.p.m.). Ponieważ na Gerlach nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, wejście dozwolone jest jedynie z uprawnionym przewodnikiem. I tutaj pojawił się pierwszy problem - usługi polskich przewodników są strasznie drogie. Ponieważ nie udało nam się namówić nikogo na wyprawę, w przypadku wejścia dwóch osób każdy z nas musiałby zapłacić ok. 400 PLN. Na nasze studenckie kieszenie to trochę za dużo. Zacząłem szukać w Internecie informacji o usługach przewodników słowackich. W końcu trafiłem na stronę Biura Przewodników Górskich (Spolok Horskych Vodcov) w Starym Smokowcu. Za dwuosobową grupę cena wynosiła 4800 SKK, co już bylibyśmy w stanie zaakceptować. Wysłałem maila ostatniej szansy z nieśmiałymi pytaniami o możliwość wejścia na Gerlach w dniach 27-29.08. Zaznaczyłem też, że najlepiej byłoby, gdyby dołączono nas do innych osób (liczba osób w grupie nie może przekraczać 4), co znacznie obniżyłoby cenę. Odpowiedź dostałem bardzo szybko - zostaliśmy zapisani na niedzielę, 27.08. Umówiłem nas na spotkanie w biurze w sobotę ok. 17.

Z Warszawy wyjechaliśmy ekspresem Tatry o godzinie 8. W Zakopanem byliśmy o 14:20, do Smokowca dotarliśmy ok. 16:45 i od razu poszliśmy do biura. Tutaj czekała nas miła niespodzianka - okazało się, że utworzono grupę 4-osobową i każdy z nas musiał zapłacić tylko 1500 SKK. Umówiono nas o godzinie 5 rano w Tatrzańskiej Polance, skąd wynajętym gazikiem mieliśmy być przewiezieni do Śląskiego Domu. Dostaliśmy namiary na noclegi w Smokowcu, wykupiliśmy ubezpieczenie i poszliśmy do polecanego pensjonatu, który wyglądał jak ruina. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie poszukać czegoś innego, ale w Smokowcu ceny noclegów są strasznie wysokie. Postanowiliśmy pojechać do Nowej Leśnej, gdzie Andrzej znał dobre miejsce do przenocowania. Na szczęście udało się - za 250 SKK mogliśmy w całkiem dobrych warunkach przenocować przed wyprawą. Zjedliśmy kolację, zrobiliśmy kanapki na następny dzień i poszliśmy spać ok. 22.

W niedzielę telefony obudziły nas o 3:30. Złapaliśmy pierwszą kolejkę o 4:39 i 20 minut później byliśmy w umówionym miejscu, pod sklepem w Tatrzańskiej Polance. Wkrótce przyjechał po nas gazik i wraz z 6 innymi chętnymi na Gerlach wjechaliśmy na wysokość 1670 m, do Śląskiego Domu. Tam czekali na nas przewodnicy. Okazało się, że tego dnia na Gerlach było wielu chętnych, stworzono co najmniej 6 grup. Naszą grupę prowadził przewodnik Jozef Bardy. Pogoda na szczęście dopisała - na niebie ani jednej chmurki.

Wyruszyliśmy o godzinie 5:45. Najpierw szlakiem w górę Doliny Wielickiej, jak na przełęcz Polski Grzebień. Wkrótce zboczyliśmy ze szlaku i kierowaliśmy się pod zbocze Gerlacha. Robiło się coraz bardziej stromo, ale rzadko trzeba było używać rąk. W końcu doszliśmy do najtrudniejszego miejsca w drodze na Gerlach - Wielickiej Próby, ok. 25-metrowej ścianki. Przed wspinaczką zrobiliśmy sobie krótką przerwę - trzeba było poczekać, aż grupy przed nami będą już na górze. Nagle usłyszeliśmy hałas - jednemu ze słowackich turystów zleciał aparat. Upadł kilkanaście metrów od nas. Niewiele z niego zostało… Przewodnik związał nas liną i zaczęła się wspinaczka. Na początku nie było źle, ale w miarę zdobywania wysokości czułem się coraz mniej pewnie. Lina, która w razie czego miałaby mi uratować życie, trochę mi przeszkadzała, plącząc się między nogami. Brakowało też łańcuchów, które jakiś czas temu zostały stąd zerwane. Na szczęście klamer nikt nie zerwał, bez nich wejście byłoby praktycznie niemożliwe. W końcu udało się pokonać najtrudniejszy odcinek, zaczęła się przyjemna wspinaczka, z użyciem rąk, ale już bez przepaści, klamer i przepinania karabińczyków. Wkrótce osiągnęliśmy Przełączkę nad Kotłem, na wysokości 2425 m. W dole widać było Dolinę Wielicką, a z drugiej strony Gerlachowski Kocioł. Niestety, na niebie zaczęły pojawiać się chmury. Dalsza trasa przebiegała zachodnim zboczem Gerlacha. Szliśmy trawersami, czasami zdarzały się trudniejsze momenty, ale wielkich przepaści nie było. W końcu doszliśmy do żlebu, którym weszliśmy na szczyt. Było kilka minut po 9, zatem udało się wejść w czasie ok. 3:20. Pogoda nienajgorsza - trochę chmur, ale wyraźnie widzieliśmy na zachodzie Kończystą, a na wschodzie Staroleśną (Bradavicę). Niestety, Wysoka i Rysy przykryte były chmurami. Zrobiliśmy sobie zdjęcia, zjedliśmy kanapki i po ok. pół godziny zaczęliśmy schodzić do Doliny Batyżowieckiej. Na samym początku schodziło się przy pomocy łańcucha, później było już łatwo, cały czas tyłem do skały. Po jakimś czasie doszliśmy do najtrudniejszego miejsca na całej trasie - Batyżowieckiej Próby. Przewodnik dał mi karabińczyki, które co jakiś czas miałem przypinać do haków. Sam nie wiem, w jaki sposób to miałoby działać w razie wypadku, ale robiłem, co mi kazał. Schodziliśmy po prawie pionowej skale, przy pomocy klamer. Łatwo nie było - znowu trochę przeszkadzała lina, no i trzeba było patrzeć w dół… Największy problem miałem z karabińczykami - gdy jedną ręką trzymałem się klamry, drugą musiałem przypinać je do haków. Przyznaję, miałem stresa ;). Kiedy klamry się skończyły, miałem nadzieje, że już nie będzie większych trudności. Niepokój wzbudzały tylko 2 karabińczyki, które miałem przypięte do uprzęży - myślałem, że mogą się jeszcze przydać. Na szczęście przewodnik w końcu mi je zabrał i mogłem odetchnąć. Wkrótce skończyło się schodzenie po skałach i byliśmy już w dolinie. Po 11 doszliśmy do Batyżowieckiego Stawu i nasza wyprawa dobiegła końca. Nasze marzenie się spełniło - zdobyliśmy najwyższy szczyt Tatr. Pożegnaliśmy się z przewodnikiem, a ponieważ pora była wczesna, przedłużyliśmy sobie wycieczkę. Poszliśmy Magistralą Tatrzańską na Przełęcz pod Osterwą, zeszliśmy do schroniska przy Popradzkim Stawie, złapaliśmy kolejkę i wróciliśmy do Smokowca, gdzie zjedliśmy obiad i zrobiliśmy zakupy. Wieczorem wróciliśmy do Nowej Leśnej.

Dwa dni później zdecydowaliśmy się na powrót do Polski, a czekając na autobus do Łysej Polany wpadliśmy jeszcze raz do biura przewodników. Bardzo sympatyczna pani wypisała nam piękne dyplomy za Vystup na Gerlachovsky Stit. Być może jeszcze kiedyś tutaj się pojawimy, wycieczki na inne szczyty Tatr są sporo tańsze, a naprawdę warto inwestować w takie przygody. Będzie co wnukom opowiadać ;).

>> Biuro przewodników górskich w Starym Smokowcu
15.08.2006
Półmaraton "Cud nad Wisłą" w Radzyminie
Relacja Roberta

Z powodu przygotowań do maratonu ostatnio rzadko startuję w zawodach. Półmaraton na miesiąc przed główną imprezą jest jednak świetnym przetarciem i sprawdzeniem własnych możliwości. Alex wychodzi z innego założenia i biega, gdzie popadnie. Tydzień wcześniej w dobrym stylu wygrał bieg na 10 km na Młocinach. Marcin powrócił do biegania na zawodach po dłuższej przerwie, spowodowanej zainteresowaniem paralotniami, motocyklami i innymi dziwnymi rzeczami. Byledobiec Anin stawił się w Radzyminie w mocnej, 3-osobowej grupie.

Mając w pamięci moje doświadczenia z zeszłego roku pojechaliśmy do Radzymina dwoma samochodami. Jedno auto zostawiliśmy, a drugim przetransportowaliśmy się na start do Ossowa (dzięki temu po skończeniu biegu nie musieliśmy szukać miejsca w zatłoczonych autokarach). Rejestracja znów była męcząca - strasznie długo trzeba była stać w kolejce. Liczymy na poprawę za rok. Na szczęście udało się wszystko załatwić, zdążyliśmy się rozgrzać i pełni optymizmu stanęliśmy na starcie.

Moim celem było złamanie granicy 1:23. Byłby to rekord życiowy, a przede wszystkim uzyskałbym kwalifikację na maraton w Nowym Jorku bez konieczności uczestnictwa w losowaniu, które już 2 razy przegrałem (trzeba mieć 2:55 w maratonie, lub 1:23 na połówce). Moje ostatnie treningi pokazały, że stać mnie na wynik nawet nieco lepszy. Alex chciał spokojnie biec 4:00 / km, a ewentualnie później przyspieszyć. Marcin był wyznawcą naszego hasła "Byledobiec".

Na pierwszych kilometrach po starcie byłem nieco spięty i nie biegło mi się najlepiej. Pierwsza piątka była jak na mnie dosyć szybka (19:21), ale wynikało to głównie z szybszego pierwszego kilometra, gdzie chciałem się odpowiednio ustawić. Alex biegł kilkanaście metrów za mną, a więc trzymał tempo szybsze, od zakładanego. Mijankę przebiegliśmy bardzo blisko siebie, niedługo potem pozdrowiliśmy Marcina. Druga piątka poszła w 19:32 - idealnie. Utrzymywałem tempo wyższe, od otaczających mnie zawodników i powoli ich wyprzedzałem. Niestety, brakowało oznaczeń kilometrów, ale wydawało mi się, że trzymam zakładane tempo 3:55 / km. Zbliżałem się do miejsca, gdzie powinien być 15 km biegu, ale nie znalazłem żadnego oznaczenia. "Pewnie piętnastki nie wymalowali" - pomyślałem. Jakie było moje zdziwienie, gdy kilkadziesiąt sekund później zobaczyłem wymalowaną na asfalcie "15". Spojrzałem na zegarek, piątka wychodziła w 20:18 - "Albo źle zmierzyli, albo nie złamię 1:23". Pierwsza opcja wydawała mi się znacznie bardziej prawdopodobna, ale na wszelki wypadek zacząłem przyspieszać - miałem jeszcze bardzo dużo siły. Wkrótce zbliżałem się się do kolejnych zawodników. To byli dobrze znani warszawscy biegacze, których zawsze podziwiałem i marzyłem, by biec kiedyś ich tempem. Tymczasem tego dnia przyszło mi ich wyprzedzać na ostatnich kilometrach półmaratonu. Najpierw minąłem Szymona Drabczyka, potem Bogdana Barewskiego, to dodawało mi pary w nogach. Przed wiaduktem na przedostatnim kilometrze dołączyłem do Zbyszka Zawadzaka i Wojtka Staszewskiego - moich kolejnych autorytetów biegowych. Zbyszek w parze z Krzyśkiem Protasem wygrał w tym roku ultramaraton Rzeźnika w Bieszczadach, wolałem więc nie ścigać się z nim na górce, wyprzedziłem więc przed wzniesieniem. Wojtek pomylił mnie z Alexem, z którym ścigał się tydzień wcześniej. Wymieniliśmy parę zdań i pod górkę wbiegłem już sam. Kiedy zobaczyłem oznaczenie 1 km w przeciwnym kierunku, wiedziałem, że zrobię super wynik. Wbiegłem na metę w czasie 1:21:25 - poprawiłem życiówkę o prawie 6 minut! Dało mi to 26. miejsce. Niedługo potem na metę wbiegł Alex z czasem 1:22:46 - 34. miejsce. Dał z siebie wszystko na ostatnich kilometrach, żeby złamać 1:23. Może za rok razem pojedziemy do NY. Jeżeli chodzi o kibiców, to nie liczy się ilość, ale jakość. Ta była bardzo wysoka, bo na mecie czekała na nas Asia. Oczywiście, musiała zrobić kilka uwag na temat mojej śmiesznej czapeczki biegowej (może nie ma najlepszego kształtu (czapka), ale za to jest na niej logo maratonu w Los Angeles). Marcin pojawił się na mecie, jako 93. z życiówką 1:33:34. Bardzo dobry wynik po tak długiej przerwie. Jeżeli przez ten miesiąc przestanie prowadzić hulaszczy tryb życia, zrobi super wynik na maratonie w Warszawie.

Imprezę trzeba uznać za bardzo udaną (3 życiówki), mimo problemów organizacyjnych przy rejestracji i złego oznakowania trasy (parszywa piętnastka). Uzyskałem potwierdzenie mojej świetnej formy. W zeszłym roku celowałem tu poniżej 1:30 i cel udało się zrealizować (1:29:45), a potem na jesieni złamałem "trójkę" na maratonie w Dublinie. Teraz wynik 1:21:25 jest świetną prognozą przed Sydney, gdzie może pęknie 2:55 :-)

>> Wyniki biegu

(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin