Archiwum wiadomości 15.10.2006 - 23.12.2006
Statystyki na koniec 2006 roku
Ranking zawodników Byledobiec Anin
Najwięcej kilometrów przebiegniętych na zawodach
Lp.ZawodnikWynikOpis
1Robert Celiński767startów: 36
2Aleksander Celiński625startów: 40
3Paweł Kotlarz156startów: 6
4Marcin Jankowski71startów: 7
5Andrzej Putz20startów: 2

Pokaż cały ranking
Ranking zawodników Byledobiec Anin
Najlepszy współczynnik (miejsce / liczba startujących) - kobiety
Lp.ZawodnikWynikOpis
1Anna Celińska62.1%startów: 1

Pokaż cały ranking
Ranking zawodników Byledobiec Anin
Najlepszy współczynnik (miejsce / liczba startujących) - mężczyźni
Lp.ZawodnikWynikOpis
1Robert Celiński12.3%startów: 33
2Paweł Kotlarz14.4%startów: 5
3Michał Domański14.8%startów: 1
4Aleksander Celiński17.2%startów: 37
5Marcin Jankowski37.4%startów: 6

Pokaż cały ranking
18.11, 9.12, 23.12.2006
Puchar Warszawy w Biegach Górskich
Relacja Alexa

Pierwsze zawody z cyklu Pucharu Warszawy w Biegach Górskich odbyły się 18 listopada. Na start w tym biegu zdecydowało się dwóch zawodników Byledobiec - Andrzej i ja. Forma wtedy nie dopisywała, w nogach cały czas czułem maraton w Atenach. Takie zawody na krótkich dystansach uważałem za dobry sposób na odzyskanie prędkości. Mimo nienajlepszej formy i zgubienia trasy udało mi się w tym biegu zająć drugie miejsce, o włos przed Jackiem Nowocieniem i Marcinem Lewandowskim. Pierwszy był Kuba Wiśniewski, który błądził jeszcze bardziej, ale na drugim kółku minął wszystkich z zawrotną prędkością. Andrzej ukończył zawody na 7. miejscu. Niestety, co do trasy byłem trochę zawiedziony - to miały być biegi górskie, a na Kopę Cwila wbiegało się tylko 2 razy, reszta trasy prowadziła płaskimi ścieżkami wzdłuż Dolinki Służewieckiej. Trasa nie była też dobrze zmierzona - miało być 5 km, było 6,4 km. No i najważniejszy problem - oznakowanie trasy. Rzadko kto wiedział, którym mostkiem należy wrócić na południową stronę kanałku...

Jeszcze dzień po pierwszych zawodach na Kopie udało mi się zrobić porządny trening szybkościowy, ale niestety dopadł mnie jakiś wirus i musiałem zrobić sobie dłuższą przerwę w treningach. Nieco lepiej poczułem się dopiero na początku grudnia. Nie trenowałem prawie dwa tygodnie, ale mimo to wystartowałem w Biegu Mikołajkowym na Kabatach. Przez kolejne dni próbowałem się trochę ruszać, ale do mojej normalnej formy brakowało bardzo dużo.

Drugi bieg na Kopie odbył się 9 grudnia. Było nas już trzech - do mnie i Andrzeja dołączył Robert. Tym razem poszło fatalnie - sił starczyło mi tylko na pierwsze kółko, później biegłem coraz wolniej i ostatecznie przegrałem z biegaczami, których poprzednim razem wyprzedziłem - zająłem 3. miejsce za Marcinem Lewandowskim i Jackiem Nowocieniem. Robert, zupełnie bez formy po Lizbonie, przybiegł na 5. miejscu, Andrzej był 6. Organizatorzy zdecydowali, że do klasyfikacji pucharowej wliczać się będzie jeszcze dodatkowy Bieg Wigilijny, który miał odbyć się 23 grudnia w Wilanowie.

Na starcie ostatniego biegu w tym sezonie stawiliśmy się tylko my z Robertem. Sytuacja w czołówce była bardzo ciekawa - 3 osoby, w tym ja, miały tę samą liczbę punktów - 5. Było zatem o co walczyć. Trasa prowadziła polami w Wilanowie, były przeszkody w postaci leżących kłód, zbitego szkła, kałuż i... mijających nas kolarzy. Puszczenie biegaczy i kolarzy równolegle na tej samej trasie nie było dobrym pomysłem - oczywiście raz doszło do kraksy. Tradycyjnie zaskoczyła nas długość trasy - tym razem miało być 5 km, a było 2,4 km. Takie małe niedopatrzenie... Stawka w tym biegu była mocniejsza niż na poprzednich zawodach. Wygrał Marek Dzięgielewski, drugi był Marcin Lewandowski, który do ostatnich metrów walczył z Karolem Kazimierczakiem. Ja byłem czwarty, forma już dopisywała, ale na sprint na ostatnich metrach nie miałem już siły. Kolejne miejsca zajęli Jacek Nowocień, Szymon Drabczyk i Robert.

Po biegu odbyło się uroczyste zakończenie cyklu. Wygrał Marcin Lewandowski, który zapewnił sobie zwycięstwo zajmując w ostatnim biegu 2. miejsce. Wśród kobiet zwyciężyła Olena Babenko. Na drugim stopniu podium stanęliśmy we trójkę - z drugą wśród pań Basią Muzyką i Jackiem Nowocieniem. W naszym przypadku ostatni bieg nie miał znaczenia - obaj zostaliśmy z 5 punktami z poprzednich zawodów (2. i 3. oraz 3. i 2. miejsce).

Mimo kilku wpadek organizacyjnych, cały cykl oceniam pozytywnie. Biegi na Ursynowie i w Wilanowie były dobrą okazją, żeby oderwać się od szarej, listopadowo-grudniowej rzeczywistości i spotkać ze znajomymi biegaczami na trasie.

03.12.2006
Maraton w Lizbonie - znowu rekord!
Piękne zakończenie mojego wspaniałego sezonu maratońskiego
Relacja Roberta

Decyzja o starcie w Lizbonie zapadła dokładnie 6 listopada, kiedy brałem poranny prysznic w hotelu w Atenach. Już wcześniej wiedziałem, że chciałbym przebiec w tym roku jeszcze jeden maraton by "dociągnąć do dwudziestki". Myślałem o starcie 2 grudnia w Radomiu. Co ciekawe, prawdopodobnie udałoby mi się wygrać ten maraton. Okazało się potem, że zwycięzca miał gorszy czas, niż ja w Lizbonie, a do tego udało mi się go wcześniej pokonać w Poznaniu. Wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Stojąc pod prysznicem zastanawiałem się nad startem w Radomiu "Żeby chociaż w Zakopanem, za granicą, albo w Bułgarii" (cytat z filmu "Nie ma róży bez ognia"). Przypomniałem sobie, że dwa lata wcześniej, nakręcony maratonem w Monako, rozważałem starty pod w Mediolanie (koniec listopada) lub Lizbonie (początek grudnia). Niestety, wtedy nic z tego nie wyszło. Ponieważ teraz miałem fazę na zaliczanie stolic europejskich (Ateny były już ósmą), szybko zdecydowałem się na Lizbonę.

Tydzień wcześniej dowiedziałem się, że firma zrobiła nam wolne 1 grudnia (ponieważ święto 11 listopada wypadało w sobotę). W listopadzie miałem sporo zadań i raz musiałem przyjść w niedzielę do pracy. Zapowiedziałem, że odebrałem sobie to 4 grudnia. Efektem była możliwość 4-dniowego wyjazdu do Portugalii. Szybko zapłaciłem wpisowe i kupiłem bilety lotnicze. Wybrałem najlepszą opcję - przez Mediolan, wylot w piątek przed świtem, powrót w poniedziałek przed północą.

Tradycyjnie, starałem się porządnie przygotować do wyjazdu. Posiedziałem trochę w Internecie, przeczytałem artykuły w gazecie "Turystyka". Dobrze się złożyło, że dwie moje koleżanki z pracy zorganizowały sobie parę miesięcy wcześniej urlop w Portugalii - dostałem od nich przewodniki, mapę i parę dobrych rad. Obejrzałem też zdjęcia z ich wyjazdu. Wszystko to pozwoliło mi odpowiednio zaplanować urlop. Pierwszego dnia (piątek) miałem przylecieć do Lizbony i od razu na lotnisku wypożyczyć samochód na jeden dzień. Chciałem intensywnie wykorzystać te 24 "zmotoryzowane" godziny - pojechać mostem na południowy brzeg Tagu, przejechać się trasą wzdłuż wybrzeża, zaliczając Estoril i Cascais, dotrzeć do przylądka Roca i zwiedzić zamek w Sintrze. Później postanowiłem oddać samochód w centrum Lizbony. Zakładałem, że w mieście nie będzie mi zupełnie potrzebny i nie pomyliłem się. Zarezerwowałem sobie dwa noclegi na lizbońskiej starówce, skąd miałem blisko do metra, biura zawodów i startu maratonu.

Poza zaliczaniem atrakcji turystycznych, miałem bardzo ambitne cele sportowe. Chciałem pobić mój rekord z Poznania (2:49:00), choćby o sekundę. Zadanie wydawało się trudne, ale starałem się do niego przygotować. Na szczęście moim sprzymierzeńcem była dobre warunki atmosferyczne do trenowania - w Warszawie utrzymywała się łagodna, jesienna pogoda. Tryb pracy pozwalał mi na zaliczanie porannych i wieczornych biegów na trasie Anin - Pyry, w weekendy stosowałem sprawdzone treningi w rezerwacie w Marysinie. Dane z pulsometru wskazywały na prawie tak dobrą wydolność do tej, którą wytrenowałem przed Poznaniem. Liczyłem na sprzyjającą pogodę i szybką trasę. Ten drugi warunek stał pod znakiem zapytania. Rekord trasy w Lizbonie należał do Polaka, Zbigniewa Nadolskiego, który w 1994 roku przebiegł ten dystans w czasie 2:11:37. W poprzednich latach wyniki zwycięzców nie były rewelacyjne, choć statystycznie duża liczba biegaczy łamała 3 godziny - na moim poziomie konkurencja wydawała się silna.

Na Okęcie dojechałem taksówką o nieludzko wczesnej porze i byłem półprzytomny. Przed boardingiem do Mediolanu spotkałem moją koleżankę z podstawówki, Michalinę, z którą przez 7 lat graliśmy w jednym klubie szachowym. Odżyły stare wspomnienia. Niestety, nie mieliśmy pod ręką szachownicy, żeby zagrać partyjkę w samolocie. W Mediolanie rozdzieliliśmy się - Michalina miała w perspektywie podróż na urlop do Mumbaju, ja musiałem się spieszyć, bo na odprawę zostało mało czasu. Na szczęście wszystko odbyło się sprawnie i przed południem wylądowałem na lotnisku w Lizbonie, "zarabiając" przy okazji jedną godzinę. Wcześniej atrakcją był przelot nad miastem - krajobraz wyglądał dokładnie tak, jak wyobrażałem to sobie po przestudiowaniu mapy. Od razu udałem się do punktów z wynajmem samochodów i po krótkiej analizie zdecydowałem się na Citroena C3 w Budgecie. Jak się później okazało, nie był to niestety najlepszy wybór. Na początku straciłem masę czasu, kiedy dziewczyna sporządzała raport samochodowy, rejestrując wszystkie zadrapania na karoserii (zawsze było to gotowe wcześniej), do tego pojazd nie miał pełnego baku paliwa. W końcu udało mi się wyjechać z parkingu i próbowałem się kierować na Most 25 Kwietnia. Niestety, nie szło mi to najlepiej i w pewnym momencie byłem już mocno sfrustrowany, ale w końcu trafiłem na właściwą autostradę. Przejechałem długim mostem nad Tagiem kierując się w stronę figury Chrystusa na południowym brzegu. W okolicach Lizbony są 2 mosty: 25 Kwietnia i Vasco da Gama - nowy, 12 kilometrowy most, na północ od miasta. Dodatkowo, funkcjonują również promy, odpływające z centrum. Most 25 Kwietnia jest stalową, dwukilometrową konstrukcją z lat 60-tych, naśladującą Golden Gate w San Francisco. Na południowym brzegu Tagu stoi gigantyczny posąg Chrystusa z rozłożonymi ramionami - Cristo Rei. 28-metrowa postać stoi na 82-metrowym cokole i jest dobrze widoczna z daleka. Pomnik jest wzorowany na sławnym Cristo Redentor w Rio de Janeiro.

Plaża przy Costa da Caparica

Po przeprawieniu przez most udałem się na zachód, w kierunku Costa da Caparica. Chciałem zobaczyć, jak wygląda portugalski kurort. W morzu pływały dziesiątki surferów, na usypanym molo paru zapaleńców łowiło ryby. Miasteczko było pełne knajp, oferujących owoce morza. Niestety, próżno było szukać miejsca, gdzie mógłbym się posilić makaronem. Wszędzie tylko ryby, małże, krewetki i inne cuda. Po sprawdzaniu w kilkunastu knajpach w końcu odesłano mnie do Pizza Hut. Tam mogłem liczyć na porządna miskę makaronu. Z mojego stolika miałem widok na zatłoczony targ, na którym sprzedawano głównie antyki, a jakiś pan zachwalał swoje ananasy, wykrzykując ciągle te same dwa słowa. Podobał mi się klimat tego miejsca, ale musiałem się zbierać, żeby zdążyć przed zachodem słońca na Cabo da Roca. Przejechałem z powrotem mostem i kierowałem się na zachód, wzdłuż wybrzeża. Trasa była bardzo przyjemna, prawie cały czas prowadziła blisko brzegu. Atlantyk był trzecim oceanem, nad którym odpoczywałem w tym roku. Najpierw biegałem po plaży w LA, potem surfowałem na drugim końcu Pacyfiku - w Sydney. W okolicach Melbourne przebiega umowna granica morska - na zachód od niej jest już Ocean Indyjski, który miałem na wyciągnięcie ręki, biegając po plaży w Torquay, czy w okolicach Port Campbell.

Plac 5 Października w Cascais

Minąłem Estoril i zatrzymałem się przy plaży w Cascais. Jest to miejscowość wypoczynkowa, pełna domów budowanych w XIX wieku przez bogatych lizbończyków. Szli oni w ślady króla Ludwika I, który urządził tam sobie letni pałac w XVII-wiecznej fortecy. Wybrałem się na ładny plac przy plaży i ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, nosił on nazwę 5 Października - mojej daty urodzin. Zrobiłem sobie oczywiście kilka pamiątkowych fotek. Miały one udokumentować fakt, jak bardzo Portugalczycy cenią znakomitego polskiego maratończyka, który przyjechał pobiegać w Lizbonie. Tak naprawdę, 5 października 1910 roku w Portugalii wybuchła rewolucja, w wyniku której Manuel II abdykował i udał się na wygnanie. Kraj stał się wtedy republiką - stąd mieszkańcy przywiązują tak dużą wagę do tego dnia. Co ciekawe, 5 października jest także datą, która wypadła z kalendarza gregoriańskiego w 1582 roku (ze względu na jego reformę) - tego dnia nie było w Italii, Portugalii, Hiszpanii i w Polsce. Parę kilometrów za Cascais zatrzymałem się przy Boca do Inferno. Nazwę tę tłumaczy się, jako Ujście Piekieł - morze wdziera się tu do jaskiń w skałach, głośno grzmiąc, sycząc i wyrzucając w górę fontanny wody. Nacieszyłem oczy widokiem i udałem się do samochodu. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, a na mnie czekała przecież największa tego dnia atrakcja - Cabo da Roca.

Boca do Inferno - Ujście Piekieł

Przylądek Roca jest najdalej wysuniętym na zachód punktem kontynentalnej Europy (38°47' szerokości geograficznej północnej, 9°30' długości geograficznej zachodniej). Kiedyś uważany był przez mieszkańców naszego kontynentu za koniec świata. Wcześniej dotarłem w Europie do punktu bardziej wysuniętego na zachód - przy Dun Aengus na wyspie Inishmore w Irlandii. Tam klif miał "zaledwie" 110 metrów, tutaj czekała na mnie wysokość 140 metrów. Po drodze zatrzymałem się na chwilę, żeby przyjrzeć się przylądkowi z daleka, 20 minut później byłem na miejscu.

Latarnia morska na Cabo da Roca

Zaparkowałem samochód w pobliżu górującej nad urwiskiem latarni morskiej i ruszyłem w kierunku pomnika z krzyżem. Opowieści o niesamowicie silnych wiatrach na szczęście nie sprawdzały się na razie w trakcie mojego pobytu. Delektowałem się pięknymi widokami okolicy, oświetlonej promieniami zachodzącego słońca. Poprosiłem skośnookiego turystę, żeby zrobił mi zdjęcie na tle pomnika. Chłopak miał aparat z gigantycznym obiektywem i sprawiał wrażenie profesjonalisty. Do zrobienia fotki (moją, niemodną już cyfrówką) przymierzał się kilka minut. W końcu wykonał fotkę, leżąc pod murkiem nad urwiskiem, obok kałuży. Faktycznie, zdjęcie mu wyszło - podziękowałem mu serdecznie za wyjątkowy wysiłek.

Krzyż na przylądku - najbardziej czasochłonne zdjęcie

Później udałem się na południe od pomnika, gdzie odkryłem możliwość zejścia nad brzeg oceanu. Ścieżka nie była łatwa, w pewnym momencie pomogłem sobie zawieszoną na stałe w tym miejscu liną. Zszedłem do skał nad oceanem, na których poza szumem oceanu słychać było dziwny szelest, który uaktywniał się z każdym moim krokiem, po czym ustawał. Okazało się, że taki dźwięk wydają setki krabów, ukrywające się w tym miejscu. Niektóre skały były porośnięte czymś w rodzaju mchu i trzeba było bardzo uważać, żeby się na nich nie pośliznąć - skutki mogły być fatalne. Kiedy wdrapałem się z powrotem na klif, było już ciemno.

Wspinaczka na klif - zdjęcie robione samowyzwalaczem

Na koniec przeszedłem się do informacji turystycznej, gdzie wyrobiłem sobie wypisane gotykiem zaświadczenie, że dotarłem do Cabo da Roca. Postanowiłem jeszcze sfotografować certyfikat - położyłem go na masce samochodu i przykryłem przewodnikiem. Udało mi się zrobić zdjęcie, ale wiatr zrobił się tak silny, że dokumeny odleciał dosłownie ułamki sekundy później. Na szczęście udało mi się go dogonić, ale widać było na nim ślady portugalskiej ziemi.

Zdjęcie certyfikatu na masce samochodu - chwilę potem dokument już fruwał

Zadowolony z realizacji planu udałem się do Sintry. Podróż nie trwała długo, szybko znalazłem idealne miejsce do parkowania (jak się później okazało - nielegalnie). W pół godziny zrobiłem zakupy spożywcze i załatwiłem nocleg. Miałem niesamowite szczęście, że udało mi się to tak szybko załatwić. Pokój znalazłem u przemiłej starszej pani, z którą dogadywałem się na migi - ona używała przy tym pojedynczych portugalskich słów, ja angielskich, ale równie dobrze mogłem w tym czasie deklamować Pana Tadeusza - i tak jednym środkiem komunikacji był język ciała. Pani pokazała mi, że życzy sobie 3 banknoty o nominale 10 euro i byliśmy dogadani. Dostałem prawdziwy apartament - salon, sypialnię, kuchnię i łazienkę. Standard był wprawdzie bardzo niski, ale dla mnie w zupełności wystarczający. Zjadłem pożywną kolację, przeparkowałem samochód na z góry upatrzone miejsce (jego znalezienie nie było wcale łatwe) i poszedłem spać.

Sintra - Palacio da Pena, spowity poranną mgłą

Następnego dnia rano wstałem o nieludzkiej porze, żeby zrobić rozruch. Było jeszcze zupełnie ciemno, do tego padał lekki deszcz. Postanowiłem się przebiec do pałacu w Sintrze. Niestety, pod drodze złapała mnie straszna ulewa - przemokłem do suchej nitki. Po śniadaniu musiałem się szybko zbierać - trzeba było zobaczyć dwa zamki i zdążyć oddać samochód do Lizbony, żeby nie zapłacić na kolejną dobę wypożyczania. Najpierw podjechałam do położonego w centrum miasta Palacio Nacional de Sintra, nad którym górują dwa charakterystyczne stożkowe kominy. Pałac jest mieszaniną wielu stylów - już w X wieku stanowił rezydencję arabskiego kalifa. Później był wielokrotnie przebudowywany i do XIX wieku stanowił ulubioną letnią siedzibę dworu. Później stał się nią Palacio da Pena - położony na wysokim wzgórzu zamek, który jest główną atrakcją Sintry. Na zamkowe wzgórze wjechałem bardzo krętą drogą - już sama podróż robiła wrażenie. Po zaparkowaniu auta i zapłaceniu za wstęp przeszedłem się kawałek parkiem da Pena.

Pastelowe kolory zamku

Po krótkiej wspinaczce dotarłem do spowitego mgłą zamku. Okazało się, że przyszedłem kwadrans za wcześnie i musiałem poczekać na otwarcie. Miałem czas na podziwianie tego niesamowitego budynku z zewnątrz. Wyglądał bardziej, jak atrakcja Disneylandu, niż była siedziba portugalskiej rodziny królewskiej. Budynek to kolejna widziana przeze mnie portugalska mieszanina stylów - kombinacja arabskich mineretów, gotyckich wież, renesansowych kopuł, manuelińskich okien. Zamek został zbudowany w połowie XIX wieku przez niemieckiego architekta, barona von Eschwege, na polecenie księcia Ferdynanda, męża portugalskiej królowej Marii II. Tej informacji dowiedziałem się tuż po otwarciu zamku dla zwiedzających od przewodniczki jednej z grup. Zauważyła moją obecność i upomniała mnie - "Synku, ty chyba nie jesteś z naszej wycieczki". Musiałem zwiedzać zamek samemu, co wyszło mi na dobre, po pani przewodnik przynudzała najpierw po portugalsku, potem po angielsku, przez co poruszaliśmy się bardzo wolno. Szczególnie podobały mi się wnętrza komnat zamku, zbliżone do XX-wiecznych, jednocześnie bardzo ładnie zdobione.

Roślinność w zamkowych ogrodach

Po zwiedzeniu wszystkich atrakcji wróciłem z powrotem do parku, który nie był niestety najlepiej oznakowany. Złapał mnie straszny deszcz, spieszyło mi się, żeby w końcu dotrzeć do samochodu, do którego miałem daleko, bo trochę się zgubiłem. Siłą rzeczy, zwiedziłem cały park w ekspresowym tempie. Był bardzo ładny, w przeciwieństwie do pogody. Gdy wsiadłem do samochodu, nie miałem już nawet ochoty, żeby wyjąć z bagażnika ciuchy do przebrania - lało, jak z cebra. Włączyłem ogrzewanie i ruszyłem w kierunku Lizbony. Po paru minutach jazdy zauważyłem, że pracujące wycieraczki zaczęły o siebie uderzać. Nie mogłem ich jednak wyłączyć, bo nic bym nie widział. W pewnym momencie prawa wycieraczka pociągnęła lewą, wyrywając ją. Zjechałem na stację, ale nie mogłem tego naprawić. Wrzuciłem popsutą część do środka, podniosłem konstrukcję, która ją wcześniej podtrzymywała, żeby nie rysować szyby i jechałem z kiwającym się na środku prętem. Na szczęście lewa wycieraczka chodziła jeszcze bez zarzutu. Przejechałem tysiące kilometrów i nigdy coś takiego mi się nie zdarzyło. To było możliwe tylko w Portugalii, albo tylko w Citroenie. Z Sintry zjechałem do Estoril - utrzymanej w pastelowych kolorach miejscowości. Wraz z Cascais i Sintrą tworzy ona tzw. Złoty Trójkąt. Dalej jechałem już wzdłuż zatoki. W Lizbonie zatrzymałem się w dzielnicy Belem, żeby zobaczyć słynną Torre de Belem - chyba najbardziej rozpoznawalny symbol miasta. Jest to XVI-wieczna, bogato zdobiona forteca, spod której w swoje wyprawy wyruszał między innymi Vasco da Gama. Spacerując po fortecy miałem wrażenie, że została ona zbudowana dla kransnoludków - tak niskie i wąskie były niektóre przejścia. Jeszcze na początku XIX wieku budynek był znacznie oddalony od brzegu, który został osuszony i teraz można się tu dostać, przechodząc kilkunastometrową kładką. Inną atrakcją Belem jest wychodzący w morze Pomnik Odkrywców, którego główną postacią jest Henryk Żeglarz. Niestety, nie zdążyłem zwiedzić opisywanego w przewodnikach Klasztoru Hieronimitów.

Torre de Belem

Podjechałem w okolice mojego hotelu, utwierdzając się w przekonaniu, że wynajmowanie samochodu na czas pobytu w Lizbonie nie miało żadnego sensu - nie było nigdzie miejsca do pozostawienia auta. Na szczęście udało mi się szybko znaleźć piętrowy parking, skąd ruszyłem na piechotę w poszukiwaniu hotelu. Tam zostawiłem bagaże przy recepcji i wróciłem, żeby oddać samochód. Miałem zamiar zatankować, jednak przejechałem 10 km i nie było nawet śladu stacji benzynowej. Dojechałem do dzielnicy pełnej ulic jednokierunkowych, w której mieściło się biuro Budget. Po wysłuchaniu wywodu spotkanego przechodnia, jak mam wrócić do tego punktu, wrzuciłem wsteczny i przejechałem na nim dobre 200 metrów pod prąd. Biuro było nieczynne (przerwa obiadowa - czego można oczekiwać w Portugalii). Miałem jeszcze blisko godzinny zapas, przez który nie powinienem być obciążony za kolejny dzień wynajmu i postanowiłem w tym czasie wziąć paliwo. Polecono mi najbliższy punkt przy lotnisku, do którego miałem daleko. Brak stacji benzynowych w mieście był dla mnie dużym zaskoczeniem. Skończyło się na tym, że oddając samochód, musiałem zapłacić podwójną stawkę za wypaloną przez 160 km benzynę. Na szczęście byłem w pełni ubezpieczony, bo inaczej zapłaciłbym jeszcze więcej za popsutą wycieraczkę. Nigdzie nie miałem takich problemów z wynajmem samochodu, jak w Portugalii, do tego przez zaledwie jeden dzień.

Lizboński zachód słońca, sfotografowany spod mojego hotelu

Po powrocie do hotelu i rozwieszeniu mokrych rzeczy (między innymi butów, w których miałem biec) włączyłem mocne ogrzewanie w pokoju i wyszedłem, żeby zarejestrować się na maraton. Kiedy dotarłem do biura, było już ciemno. Po drodze doszedłem do Praca do Comercio - główny plac Lizbony, przy którym następnego dnia był przewidziany start i meta maratonu. Załapałem się akurat na odsłonięcie świątecznej choinki - na placu było mnóstwo ludzi. Zarejestrowałem się na maraton w niewielkiej sali, w niczym nie przypominała ona wielkich targów maratońskich, w jakich miałem okazję wcześniej uczestniczyć. Otrzymałem kupon na pasta party, które odbywało się w drugiej części miasta. Dojechałem tam metrem z jedną przesiadką. Dziwiło mnie, że wszystkie bramki na dwóch stacjach były pootwierane, ale nie zagłębiałem się w tajniki lizbońskiego systemu komunikacji. Pasta party odbyło się w restauracji w hotelu, jednak jedzenie nie było niczym nadzwyczajnym - kluchy z prostym sosem. Przy wychodzeniu spotkałem Polaków - między innymi reprezentującego LOT Andrzeja, z którym rozmawialiśmy również później przed startem, oraz organizatorów półmaratonu 4 Energy, z którymi miałem niedługo później do czynienie przy kupowaniu w sklepie internetowym prezentu gwiazdkowego dla brata (pulsometr). Po powrocie do hotelu posiliłem się jeszcze lekki posiłkiem i przygotowałem sobie wszystko na następny dzień. Byłem już zaprawiony w takich bojach - w końcu miał to być mój dwudziesty maraton.

Przed startem maratonu, stoję (a właściwie schylam się) w pierwszym rzędzie, po prawej stronie

Następnego dnia dotarłem na Praca do Comercio ponad godzinę przed startem. Zdążyłem się rozgrzać, udało mi się też oddać odżywki, choć przy portugalskiej organizacji były z tym problemy. Tutejsi mieszkańcy są mało punktualni, a przy tym bardzo wyluzowani. Start maratonu nieco się opóźnił, stawka było wysunięta parę ładnych metrów za przepisową linię, dopiero apele biegnącego z numerem 1 faworyta, Portugalczyka Luisa Jesusa skłoniły biegaczy do wycofania się. Wystartowałem z jednego z pierwszych rzędów. Tłok szybko się przerzedził, przez pierwsze kilometry trzymałem się kilku zawodników, później sam sobie dyktowałem tempo. Planem było utrzymywanie 4 min/km, spokojnie mi to wychodziło, a na pierwszych kilometrach wyrobiłem sobie nawet zapas. Biegliśmy wzdłuż lizbońskiego wybrzeża, na zachód, minęliśmy Belem, by po jakimś czasie zawrócić z powrotem do centrum. Tam odpowiedziałem na pozdrowienia poznanych poprzedniego dnia Polaków. Im było łatwiej wyłowić mnie w stawce biegaczy - ze względu na charakterystyczną koszulkę z flagą Polski, oraz mniejszy tłok wokół mnie. Pogoda do biegania była niezła - temperatura około 12-15 stopni i spore zachmurzenie. Niestety, spadł deszcz, który przemoczył moje spodenki. Z góry wiedziałem, że skończy się to masakrą pachwin. Przerobiłem tę bolesną lekcję między innymi w Dublinie, gdzie dokonywałem cudów męstwa na ostatnich kilometrach. Liczyłem na to, że w Lizbonie również będę taki dzielny.

Łuk triumfalny przy Praca do Comercio, pięciokrotnie odwiedzany w trakcie maratonu

Przebiegliśmy pod mostem, na Praca do Comercio zakręciliśmy w Rua da Prata, w stronę wyżej położonych dzielnic miasta. Tutaj czekało na nas kilka pułapek w postaci torowiska, kocich łbów i mokrych, śliskich krawężników. Zakrętów nie można było brać "na ostro", bo mogło się to skończyć upadkiem. Wspinaczka ulicą Avenida Almirante Reis trwała długo, nie było bardzo stromo, ale konsekwentnie w górę. Po zawrotce można był lecieć z górki na pazurki. Wbiegając z powrotem na Praca do Comercio dostałem wiatru w skrzydła, wyprzedziłem zawodników, z którymi biegliśmy po centrum. Półmetek minąłem w czasie 1:23:44, zarabiając jeszcze dodatkowe sekundy w stosunku do i tak szybkiej pierwszej dychy (39:28). Wyrwałem do przodu, wyprzedziłem jeszcze kilku zawodników i na długiej prostej nie widziałem już żadnego biegacza. Po lewej stronie minąłem Alfamę, nad którą górował Castelo de Sao Jorge - lizboński zamek. Niedługo potem moim oczom ukazał się wysoki wiadukt. Trochę dołująca stawała się perspektywa biegnięcia cały czas po prostej. Taka trasa jest teoretycznie szybsza, ale zakręty są kolejnymi celami, które jednak bardziej mnie motywują.

Widok na lizbońską starówkę i zamek z Elevator de Santa Justa

Za wiaduktem zacząłem wyprzedzać bardzo wolno biegnących zawodników. Potem były ich coraz większe grupy. Przypomniałem sobie, że godzinę po maratończykach miał startować półmaraton, niestety, na tej samej trasie. Przedzierałem się przez wolno biegnący tłum, często nadrabiając drogi. Najgorzej było na szerokiej zawrotce z pasem zieleni. Tutaj musiałem biec najbardziej po zewnętrznej, bo wszyscy przede mną trzymali się krawężnika. Tłum gęstniał, przemykałem przez niego, często klaszcząc, albo krzycząc "Excuse me!". Niestety, jedna z grup, biegnących ławą nie zareagowała na trzy tego typu ostrzeżenia i doszło do rękoczynów. Na szczęście łokcie mam całkiem mocne. Usłyszałem z tyłu coś po portugalsku, być może były to obelgi, jednak nie zrobiło to na mnie dużego wrażenia.

Na 30 kilometrze, za wiaduktem, na który wbiegałem w drodze powrotenej, miał na mnie czekać opisany moim numerem startowym żel energetyczny, który zostawiłem rano organizatorom. Punkt obsługiwały 3 osoby, dwóch gości rozmawiało ze sobą wesoło, panienka stała przy trasie, trzymając w ręku butelki. Ich zadaniem było wypatrywanie numerów biegaczy i podawanie odżywek. Długo wcześniej podniosłem do góry rękę, potem zacząłem krzyczeć "Żel, żel" - chciałem, żeby znaleźli mi odżywkę na stole. Niestety, moje wrzaski i machanie rękami nie zrobiły na nich żadnego wrażenia, przebiegłem wściekły obok stolika, kątem oka zauważając moją tubkę. Cofnąłem się parę metrów (parę ładnych sekund straty) i wziąłem tubkę, zabijając przy okazji wzrokiem uśmiechniętych wolontariuszy. Już dużo wcześniej zauważyłem, że bieganie wyzwala u mnie ekstremalne emocje. Gdybym dostał od nich tę tubkę, podziękowałbym im z przesadną serdecznością, wtedy chciałem jednak ich pozabijać. Podobnie uczucia miałem miesiąc wcześniej w stosunku nieznanego człowieka, który pozdejmował oznaczenia na trasie maratonu w Starej Miłośnie.

30 kilometrów poszło w czasie 1:59:28 - to był ten zapas, który wyrobiłem sobie na pierwszej dyszce, od połówki trochę jednak straciłem. Tłok cały czas był duży, do tego wyprzedzanie szło mi coraz wolniej - po prostu przesuwając się w kierunku przodu stawki trafiałem na coraz szybsze grupki. W tłumie zauważyłem również kilku maratończyków, których widziałem wcześniej na mijankach - wyraźnie osłabli w porównaniu do mnie. Przebiegłem obok Praca do Comercio, wśród hałasu wiwatującego tłumu, który wkrótce miał się doczekać na zwycięzców obu biegów. Dalej trasa przebiegała, jak po starcie. Aby wyprzedzać, przesunąłem się na prawy pas jezdni, biegnąc pod prąd. Tempo miałem lekko powyżej 4 min/km, ale w przyzwoitych granicach. Zaniepokoiłem się na 37 kilometrze (4:09) - nie mogłem tak biec do końca, bo z mojego rekordu (2:49:00) byłyby nici. W takich sytuacjach przed oczami stają mi godziny ciężkich treningów. Mimo zmęczenia, nie mogłem się poddać. Dałem do pieca, przy okazji zmotywował mnie jakiś starszy półmaratończyk, który uczepił się mnie na kilkadziesiąt metrów. Strasznie dyszał, a jego częstotliwość kroków była znacznie większa od mojej. Liczył na to, że będzie tak jechał przez następne kilometry. "Nic z tego, bratku" - przyspieszyłem i tupanie nagle ustało. "Zapamiętaj sobie widok pleców tej koszulki, jestem Celiński, z Polski". Kilometr poszedł w 3:57 - to był decydujący moment maratonu, świadectwo mojej silnej woli.

Na kolejnych kilometrach pilnowałem tylko tempa. Nawet nie zauważyłem, jak przebiegłem pod mostem, meta była już na wyciągnięcie ręki. Przy rondzie Cais de Sodre już czwarty raz minąłem się z Andrzejem. "Tak trzymać, Anin!" - usłyszałem. Machnąłem ręką wysilając uśmiech na twarzy. Mnie czekały jeszcze dwie minuty biegu, Andrzeja - godzina. Wolontariusze pokazali mi, że mam się przesunąć na lewą stronę trasy. Chwilę później zobaczyłem na niej maratończyka - przyspieszyłem i "łyknąłem go". Stać mnie było jeszcze na szybszy bieg przed metą, choć nie był to sprint z Poznania. Nie wiedziałem, co się dzieje wokół mnie, ale odczuwałem wielką radość. Zatrzymałem stopery - 2:48:36 - nowy rekord!

Kiedy stanąłem parę kroków za metą poczułem dziwny spadek napięcia. Organizm zachował się jak maszyna, która pędziła przez blisko 3 godziny na najwyższych obrotach i nagle została brutalnie wyłączona. Przysiadłem na jednym z krzeseł w namiocie. Prawie wszystkie były wolne, bo przybiegłem na 21. miejscu i na razie nie było komu na nich siedzieć. Analizując międzyczasy zauważyłem, że drugą połowę dystansu przebiegłem półtorej minuty wolniej, niż pierwszą. W ostatnich maratonach coś takiego mi się nie zdarzało - zawsze przyspieszałem, a nie zwalniałem. Może była to kwestia trasy. Zwycięzca biegu, faworyzowany Portugalczyk Luis Jesus, celował na czas poniżej 2:10. Drugą połowę dystansu przebiegł jednak 11 minut wolniej (!), niż pierwszą. Jesus stwierdził, że był to jego najtrudniejszy maraton w karierze. Tym bardziej, mogę być dumny ze swojego wyniku. Za metą czekał na mnie poczęstunek w postaci suszonych owoców. Były pyszne, ale zjadłem ich tak dużo, że żołądek potem mocno się zbuntował. Wracając na piechotę do hotelu, odebrałem SMSy od brata, opisujące kolejne sety meczu Brazylia - Polska w finale siatkarskich Mistrzostw Świata. Przysiadłem na placu przy Rua Loreto, gdzie dostałem ostatnią wiadomość - przegraliśmy 3:0, ale i tak srebro było wielkim sukcesem.

Taki zjeżdżający w dół tramwaj jest świetnym rozwiązaniem komunikacyjneym dla obolałego maratończyka

Do hotelu dotarłem kaczym krokiem. Ból pachwin przy mydleniu się pod prysznicem był nieopisany. Poleżałem trochę i zjadłem spory obiad, popijając go portugalskim winem. Poprzedniego dnia udało mi się na szczęście znaleźć w sklepie wersję półwytrawną - Porto jest przeważnie potwornie słodkie. W moim hotelu było parę osób, które również brały udział w maratonie. Można było ich łatwo poznać po sposobie schodzenia ze schodów. "Downstairs backwards!" - uśmiechnąłem się do dziewczyny, która miała z tym spore trudności. Grupa Brytyjek podniecała się wynikiem jakiegoś chłopaka, który chwalił się, że pobiegł 3:15. Nie chciałem go kasować moim wynikiem - niech chłopak ma swoje pięć minut.

Elevator de Santa Justa - winda do transportu pieszych

Kiedy mój organizm nadawał się w miarę do użytku, wyszedłem na popołudniowe zwiedzanie. Przejechałem się zabytkowym tramwajem, który zjechał bardzo stromo w dół w okolice Tagu. Na Praca do Comercio po maratonie pozostały już tylko trybuny i kilka namiotów. Przeszedłem pod łukiem triumfalnym i przespacerowałem się po ulicach zabytkowej dzielnicy Baixa. Dotarłem do neogotyckiej windy - Elevator de Santa Justa, którą wjechałem do położonej 32 metry wyżej dzielnicy Bairro Alto. Z samego szczytu wieży roztaczał się piękny widok na lizbońską starówkę. Tuż obok widać ruiny Igreja do Carmo - gotyckiego kościoła karmelitów. Niestety, został on bardzo zniszczony w trakcie trzęsienia ziemi w 1755. Następnego dnia, w muzeum lizbońskiego zamku, widziałem fragment filmu, który był rekonstrukcją zawalania się konstrukcji kościoła.

Ruiny Igreja do Carmo

Po minięciu placu Largo do Carmo, zszedłem z powrotem do Baixy, gdzie zrobiłem sobie wycieczkę po tutejszych placach - najpierw Rossio, potem Praca da Figueira, przez który przebiegał maraton. Tutaj kupiłem sobie rożek pełen kasztanów, które jeszcze dodatkowo wzmogły mój apetyt. Wszedłem do polecanej w przewodniku restauracji przy Rua das Sportas de Santo Antao. Na wystawie można było obejrzeć akwarium z żywymi homarami. Nie miałem jednak ochoty na eksperymentowanie z owocami morza i zamówiłem filet z latającej ryby, po której na szczęście nie musiałem latać do toalety. Przy okazji obejrzałem magazyn ligi portugalskiej - trafiłem na dwa mecze derbowe: Sporting - Benfica (z Lizbony) i FC Porto - Boavista (Porto). Oba mecze 2:0 wygrali moi faworyci - Benfica i Porto. Ostatnim punktem zwiedzania był Praca dos Restauradores - duży plac w centrum. Po takiej dawce atrakcji udałem się do hotelu, gdzie dopijając wino delektowałem się myślami o moim rekordzie.

Castelo de Sao Jorge

Następnego dnia rano udałem się na dalszy ciąg zwiedzania. Przeszedłem przez centrum i zacząłem podchodzić ulicami dzielnicy Alfama. Nogi trochę bolały, ale wkrótce wdrapałem się na górę w rejon klimatycznych uliczek. Największą atrakcją Alfamy jest Castelo de Sao Jorge. Zamek był początkowo fortecą Maurów, po zdobyciu Lizbony przez Alfonsa I, cytadela została przekształcona w siedzibę królów Portugalii. W 1511 roku przenieśli się oni do pałacu przy Praca do Comercio - zamek stał się wtedy teatrem, arsenałem i więzieniem. Spacer po murach obronnych zamku był bardzo przyjemnym doświadczeniem. Z wież rozciągały się wspaniałe widoki na miasto i estuarium Tagu. Miło było również przespacerować się uliczkami w okolicach zamku. Wracając przeszedłem się przez tętniącą życiem Lizbonę. W dzień powszedni panuje na niej intensywny ruch. W drodze do hotelu kupiłem prezenty dla rodziny. Oczywiście, nie mogło zabraknąć butelki szlachetnego porto.

Widok z zamku na Lizbonę

Po południu złapałem autobus na lotnisko z placu Rossio. Czekając na samolot spotkałem Dorotę Ustianowską - zawodową polską maratonkę. Przybiegła ponad dwie minuty po mnie, ale wystarczyło jej to na zajęcie drugiego miejsca wśród kobiet. Nie była zadowolona z wyniku i organizacji maratonu. Rozmowa z nią utwierdziła mnie w przekonaniu, że Portugalczycy są za bardzo wyluzowani. W samolocie czekała mnie chwila stresu, bo poinformowano nas, że możemy wylecieć z 40-minutowym opóźnieniem. Byłoby to fatalne, bo mogłem nie zdążyć się przesiąść w Mediolanie. Dobił mnie kolejny komunikat dotyczący braku napojów alkoholowych w samolocie. Włosi przypisywali winę portugalskiej obsłudze lotniska. Mimo wszystko, moja ogólna ocena ich linii wypadła negatywnie, w porównaniu, na przykład do naszego LOTu.

Na szczęście udało nam się jednak wylecieć i w Mediolanie miałem trochę wolnego czasu. Czekając na samolot spotkałem Kubę Jakowicza, którego znam z warszawskich biegów, przede wszystkim ze 100-kilometrowej sztafety Wesoła Stówa. Jego drużyna, Brygada Kryzys, zajęła wtedy trzecie miejsce, wyprzedzając naszą Byledobiec Anin. Okazało się, że Kuba jest znakomitym skrzypkiem. Grał w wielu filharmoniach na całym świecie. Akurat wracał z Florencji, gdzie oglądał jakieś fantastyczne skrzypce, których jednak nie kupił, bo nie były oryginalne. Później dowiedziałem się, że Kuba jest laureatem Paszportu Polityki w kategorii Muzyka - rzeczywiście, musi być mistrzem w swoim fachu. Wspaniale, że przy okazji biegania można poznać tak ciekawe osoby.

Na lotnisku w Warszawie, spotkała mnie kolejna niespodzianka - setki kibiców, krzyczących, trąbiących, śpiewających piosenki. Niestety, (jeszcze) nie na mój temat. Okazało się, że wylądowałem 20 minut po siatkarskiej reprezentacji Polski, która wracała z mistrzostw świata w Japonii ze srebrnymi medalami. Na lotnisku czekała na mnie mama z Alexem - przynieśli mi ostatni numer pisma "Bieganie" z moim artykułem na temat maratonu w Sydney. Na koniec wyjazdu miałem dużo wrażeń.

Czterodniowy wypad do Portugalii był świetnym pomysłem. Trochę, żałowałem, że nie miałem więcej czasu na zwiedzanie kraju, ale było to zdeterminowane bardzo ograniczoną liczbą dni urlopu. Dany mi czas wykorzystałem bardzo intensywnie i jestem zadowolony z tego, co zobaczyłem. Byłem dumny z wyniku sportowego, a przede wszystkim z pokazania charakteru i bezwzględnej realizacji celu. Miałem pobić rekord, choćby o sekundę i udało się. Na pytanie, gdzie nabiegałem swój rekord w maratonie, mogłem z podniesioną głową odpowiedzieć - "W Lizbonie".

02.12.2006
Bieg Mikołajkowy na Kabatach
Relacja Alexa

Rok temu w Biegu Mikołajkowym w barwach Byledobiec po raz pierwszy wystartował Marcin. Osiągnął wtedy czas ponad 48 minut. Ja w tamtym biegu nie mogłem wystartować z powodu choroby. I niewiele brakowało, żeby w tym roku było podobnie - przez prawie dwa tygodnie męczył mnie wirus, lepiej poczułem się dopiero w piątek, dzień przed biegiem. Miałem straszne ciśnienie, żeby wystartować, choć wiedziałem, że na dobry wynik nie ma co liczyć. Ale nogi same rwały sie do biegu ;) Na starcie stawiliśmy się w 3-osobowym składzie. Marcin planował kolejną życiówkę - liczył na złamanie 37 minut. Andrzej ostatnio niewiele trenował, podobnie jak ja, dlatego nasze wyniki były wielką niewiadomą.

Na początku biegu utrzymywałem dosyć szybkie tempo, ale sił starczyło na niewiele ponad kilometr. Im więcej miałem w nogach, tym bardziej spadało moje tempo. Wyprzedzali mnie kolejni zawodnicy, a ja nic nie mogłem na to poradzić - nie miałem siły przyspieszyć. W pewnym momencie już myślałem, że zacznę iść, ale uparłem się, żeby jakoś dotruchtać do końca. Choroba jednak dawała mi się we znaki, kaszel do końca jeszcze nie przeszedł. Kiedy dobiegłem do mety, byłem szczęśliwy, że udało mi się ten bieg ukończyć. Czas oczywiście bardzo kiepski, w porównaniu do moich osiągów sprzed 2 miesięcy - 39:23, prawie 4 minuty gorzej od życiówki. Na mecie spotkałem Marcina. Okazało się, że tym razem rekord pobił nie o minutę, tylko o sekundę (ale jak ważną sekundę - z 37:00 na 36:59). Marcin zajął wysokie, szóste miejsce (jak się później okazało, medalowe). Andrzej pojawił się na mecie niedługo po mnie z nową życiówką 41:18.

Trochę żałowałem, że choroba tak mnie załatwiła, gdybym był w formie, mógłbym powalczyć o miejsce w ścisłej czołówce. Ale najważniejsze, że po dwóch tygodniach abstynencji wreszcie wróciłem do biegania. Nie sądziłem, że tak będzie mi tego brakowało ;)

11.11.2006
18. Bieg Niepodległości
Relacja Alexa
Finisz - przede mną Krzysiek Rajzer z ENTRE, między nami noga Roberta Korzeniowskiego

Emocje po Atenach jeszcze nie opadły, a już każą biegać ;). To moja pierwsza atestowana dycha. Ekipa Byledobiec tym razem stawiła się w 3-osobowym składzie. Robert i Marcin postanowili sobie zrobić wolne, pobiegli za to Andrzej, ciągle walczący z kontuzjami, i Mikołaj.

Pogoda typowo listopadowa - zimno, wiatr, dobrze, ze nie padało. Miałem w planie pobiec poniżej 36 minut - teoretycznie nie powinno być problemu, na Kabatach przecież już miałe dużo lepsze wyniki. Niestety, znowu przeceniłem swoje możliwości. Na samym początku ambitnie ruszyłem do przodu, trzymając się biegaczy, z którymi jeszcze ostatnio walczyłem o miejsca w pierwszej dziesiątce na Kabatach. Trochę się przeraziłem, kiedy się zorientowałem, że 2 km poszły w 7 minut (tempo na 35 minut, a miało być na 36...). Kolejny kilometr był z górki, 3 km poszły w ok. 10:15. I tutaj skończyło się szybkie bieganie - 3 maratony w 2 miesiące zrobiły swoje. Przeciwny wiatr na pewno też... Kolejne kilometry biegłem coraz wolniej, na 5 km miałem międzyczas 17:45, tempo zatem wyraźnie spadło, ale 36 minut teoretycznie powinienem złamać. Na kolejnych kilometrach niestety niewiele się zmieniło, dopiero pod koniec, kiedy zobaczyłem tabliczkę "8 km", postanowiłem przyspieszyć. Na metę wpadłem z czasem netto 36:20, zajmując 38. miejsce. Dwie pozycje wyżej z czasem lepszym o 4 sekundy znalazł się... Robert Korzeniowski. Andrzej zajął 382. miejsce z czasem netto 43:20 (brutto 45:19). Mikołaj pojawił się na mecie po czasie 49:18 (brutto 50:37), zajmując 861. pozycję. W biegu wzięła udział rekordowa liczba 2078 zawodników.

Z wyniku oczywiście nie byłem zadowolony, ale nie ma się czym przejmować - ciężko zrobić dobry wynik na 10 km 6 dni po maratonie. W najbliższych tygodniach trzeba będzie popracować nad prędkością. Imprezę uważam za bardzo udaną, fajnie jest odbierać gratulacje za złamanie trójki :D.

5.11.2006
24th Athens Classic Marathon
Wspaniały urlop w Grecji i 2:56 Alexa
Relacja Roberta

Na maraton do Aten wybierałem się już dwa lata wcześniej - w roku olimpijskim. Praktycznie wszystko miałem już pozałatwiane, ale na dwa dni przed planowanym zapłaceniem za bilet lotniczy i wpisowe uprzedził mnie kolega, zapraszając w terminie maratonu na swój ślub. Nie mogłem mu odmówić i w końcu pobiegłem w Monako (tydzień po Atenach). Może dobrze się wtedy stało - w Monako było wspaniale, a teraz do Aten mogłem pojechać z mocną reprezentacją klubu Byledobiec. Skład wyprawy przedstawiał się następująco: ja, Alex, Marcin i Marzena (ówczesna koleżanka Marcina).

Wyjazd do Aten zaplanowałem starannie, czytając przewodnik i szukając trochę w Internecie. Zakładałem, że wypożyczymy samochód i zrobimy duże kółko po kontynentalnej Grecji, zaliczając największe atrakcje. Moim zdaniem były to: Ateny, Delfy, wejście na Olimp, Meteora, przejazd na Peloponez i Olimpia. Po podzieleniu trasy na odcinki liczba kilometrów do przejechania nie wydawała mi się przerażająca, nawet po uwzględnieniu kiepskiej jakości dróg. Na wszelki wypadek jeszcze w Warszawie zarezerwowałem dla nas noclegi w Atenach na dwie noce, w pozostałych miejscach szliśmy pod tym względem na żywioł.

Do Aten wylecieliśmy we wtorek późnym wieczorem. Wcześniej, po wyjściu z pracy, zrobiliśmy sobie z Alexem trening na Kabatach. Biegło nam się kiepsko, bo było ciemno, mglisto, a światło czołówki nie uchroniło mnie przed kilkoma nierównościami terenu. Po biegu wzięliśmy prysznic i umówiliśmy się z tatą, który podwiózł nas na Okęcie. Tam staliśmy w bardzo długiej kolejce, wśród rozbrykanej młodzieży z Izraela - odprawa o tak późnej godzinie była męcząca.

Delfy - Łubu dubu, łubu dubu, nich żyje nam prezes naszego klubu

Do Aten dolecieliśmy po drugiej w nocy. Pierwsze, co uderzyło mnie na lotnisku to wszechobecne napisy alfabetem greckim. Fonetyczny odczyt sprawiał mi problem, radziłem sobie kombinacją alfabetu łacińskiego, rosyjskiego i zapamiętanych symboli, typu sigma, omega, itd. Nauczenie się odczytywania napisów miało duże znaczenie w przypadku późniejszego rozpracowywania miast miejscowości, przez które przejeżdżaliśmy (choć często zdarzały się tłumaczenia "naszym" alfabetem). Najlepiej z greką radził sobie Alex.

Na lotnisku od razu udaliśmy się w kierunku stanowisk wynajmu samochodów. Po przejrzeniu wszystkich ofert, zdecydowaliśmy się na złotą Skode Octavię w Alamo. Samochód z silnikiem 1.6 litra okazał się mało zrywny (4 osoby + bagaże), ale jego atutem był duży bagażnik. Było po 3 w nocy, ale zgodnie z założeniami nie zamierzaliśmy szukać noclegu - w planie był przejazd do Delf. Najpierw pojechaliśmy autostradą, potem trafiliśmy na krętą, zamgloną drogę, na której musieliśmy się zatrzymywać z powodu braku widoczności. Marzena prowadziła, ja pilotowałem, choć z powodu greckich napisów szło mi bardzo ciężko. Raz się zgubiliśmy i musieliśmy pytać o drogę, którą pewien sympatyczny pan objaśnił nam na migi. W końcu dojechaliśmy do górskiej, narciarskiej miejscowości Arachova, z której roztaczał się piękny widok na zbocza Parnasu (2459 m n.p.m). Niedługo później, o świcie byliśmy w Delfach. Miasteczko (ok. 2,5 tysiąca mieszkańców) leży na wysokości 600 m n.p.m. i cieszy oko ładnymi widokami doliny, pełnej drzewek oliwnych, w którą wcina się zatoka. Po wyjściu z auta zaczęliśmy szukać jakiejkolwiek knajpy. Od miejscowych dostałem namiar na miejsce, gdzie o tej porze można było dostać śniadanie. Za 7 euro był szwedzki stół i mogliśmy się najeść do syta. Alex minimalizował koszt jednej kanapki, zjadając ich kilkanaście, co wprawiło w zdumienie Marcina i Marzeną (ja jestem już przyzwyczajony do jego śniadań). Po porządnym posiłku, udaliśmy się w kierunku ruin. Po drodze minęliśmy maszty z flagami Unii Europejskiej - polska wywieszona była do góry nogami (z tego, co wiem, Monako, ani Indonezja nie są w Unii).

Nie jestem specjalnym fanem oglądania ruin, znacznie bardziej interesuje mnie to, co stworzyła natura, a nie człowiek. Jego dzieła niszczeją z czasem, co widać było po greckich zabytkach, doświadczonych przez trzęsienia ziemi, czy najazdy Turków. Zobaczenie zabytków z początków naszej kultury traktowałem, jako mój obowiązek.

Paparazzi dopadli nas na jednej z plaż (zdjęcie robione z zaskoczenia)

Na początku zaliczyliśmy muzeum, w którym wystawiono cenne eksponaty, zabrane w wykopalisk przy ruinach. Najbardziej znany jest posąg "Woźnica" z brązu z V wieku p.n.e. Z dwoma pogiętymi prętami w ręku wygląda, jakby zbierał złom. Potem przeszliśmy się do górnych wykopalisk (powyżej drogi). Na początku widać tam ruiny z czasów wpływów rzymskich i chrześcijańskich, wyżej można zobaczyć już typową grecką zabudowę. Największą atrakcją jest wyrocznia, w której ustami Pytii przepowiedni udzielał Apollo. Były one bardzo wieloznaczne, dlatego właściwie wszystkie się sprawdzały. Delfy zgromadziły dzięki temu wspaniałe bogactwa, zbierane od osób, które przybywały tutaj z prośbą o radę. Świątynia bardzo intensyfikowała swoją działalność - najpierw otwierana była raz w roku, później nawet codziennie. Ludzie składali swoje dary w pobliskich skarbcach ("Trezorach") - skarbiec Ateńczyków został w pełni zrekonstruowany. Wraz z Marcinem wdrażaliśmy system o takiej nazwie w Ministerstwie Finansów i nie mogliśmy odmówić sobie przyjemności zrobienia zdjęcia z Trezorem. Powyżej, świetnie zachował się teatr (ok. 400 lat p.n.e), a także antyczny stadion z kamienną widownią na 7 tysięcy osób. Oczywiście, musieliśmy po nim pobiegać. W dolnej części ruin (poniżej drogi) znajdują się ruiny owalnej świątyni. Nie schodziliśmy już na dół, żeby przyjrzeć się im z bliska, bardziej zainteresowały mnie śliczne małe kotki przed muzeum. W drodze do samochodu zrobiliśmy zakupy, wszedłem też do sklepu, na wystawie którego było wiele zestawów szachów. W podstawówce uprawiałem ten sport zawodowo przez 7 lat i nawet byłbym zainteresowany kupnem zestawu z figurkami antycznymi, choć ceny były raczej zniechęcająco. Sprzedawca tłumaczył mi, jak wytwarza te figurki, że robi to tak dobrze, jak gra w szachy. Przemknęła mi przez głowę myśl, żeby zagrać z nim partyjkę i powalczyć o parę euro zniżki, ale niestety, nie mieliśmy na to specjalnie czasu. W planie mieliśmy długą drogę do Litochoro (miejscowość pod Olimpem), a po drodze chcieliśmy pojechać nad morze, żeby się wykąpać. W tym celu zatrzymaliśmy się nad zatoką, na wschód od Lamii. To była spontaniczna decyzja, żeby zjechać z drogi w kierunku wody, choć ciężko było tam dotrzeć. Alex poprowadził mnie na początku trasą, na której nasz samochód zamieniał się momentami w amfibię. Na szczęście w końcu dojechaliśmy lepszą drogą nad brzeg zatoki, gdzie można było się zrelaksować. 3-osobowy skład Byledobiec ruszył na trening wzdłuż brzegu, choć trasa okazała się fatalna. Przebiegaliśmy przez jakieś dzikie działki, pełne krzaków, jakichś śmieci, itd. Najbardziej ambitny był Marcin, który mocno trenował. Ja i Alex daliśmy sobie spokój i przyglądaliśmy się technikom zbierania oliwek. Bardzo lubię te owoce, ale na surowo są naprawdę obrzydliwe.

To wygląda, jak reklama Skody Octavii, tylko że przy autach przeważnie stoją roznegliżowane panienki

Po powrocie do auta w końcu wykąpaliśmy się. Pogoda nas rozpieszczała - tego dnia było 20 stopni i mocne słońce - pełen relaks. W drodze w kierunku Olimpu trochę przysnąłem, a Marzena szybko dowiozła nas autostradą do Litochoro (6,7 tysiąca mieszkańców). Miejscowość bardzo przypadła mi do gustu. Niedaleko na wschodzie było morze, na zachodzie wspaniale wyglądał masyw Olimpu, na który mieliśmy wchodzić z Alexem następnego dnia.

Poszliśmy do knajpy, w której postanowiliśmy zamówić sobie spaghetti. Po piętnastu minutach do restauracji wszedł facet z torbą surowego makaronu. Śmialiśmy, że właśnie przyszedł nasz obiad. Później nie było nam już tak do śmiechu. Kelnerka długu nie przychodziła, Alexowi skręcało żołądek z głodu. Ja na szczęście zamówiłem na początek grecką sałatkę. To danie bardzo mi smakowało. Grecka feta jest znacznie lepsza od polskiej.

Po długim oczekiwaniu, na nasz stół wjechały 4 porcje makaronu z utartym serem na wierzchu. Cieszyłem się, że makaron był ugotowany, a pani poświęcała się dla nas z tym serem (widziałem, jak długo tarła w kuchni). Pytanie, gdzie był sos pomidorowy. Alex oczywiście zaczął jeść suchy makaron, ja musiałem się wykłócać, czym jest spaghetti, pokazując piękne zdjęcia dania z menu. Pani przyniosła nam ketchup... Walka trwała dalej, po paru minutach pani w końcu przyniosła nam jakiś sos, w którym chyba były pomidory. Grecy zdecydowanie nie są specjalistami od kuchni włoskiej.

Po posiłku znaleźliśmy hotel, zrobiliśmy zakupy, wypiliśmy piwko i położyliśmy się wcześnie spać. Następnego dnia wstaliśmy przed świtem, żeby przygotować się do wyprawy na Olimp. Uznaliśmy, że wspaniale byłoby się zmierzyć z najwyższym pasmem w Grecji, które było uważane za siedzibę bogów. Czekała nas długa wspinaczka, dlatego zaopatrzyliśmy się w odpowiednią ilość kanapek i batonów. Udało nam się zwlec z łóżka towarzystwo, Marcin poszedł biegać, a Marzena podwiozła nas do Prionii (1100 m n.p.m.) - ostatniego punktu przed Olimpem, do którego można dojechać samochodem. Dzięki temu zaoszczędziliśmy sporo czasu - od Litochoro do Prionii jest 16 km stromą, krętą drogą. Wyruszyliśmy pod górę, kiedy szarość poranka zaczynała się już przejaśniać. Już na wstępie duże wrażenie zrobił na nas widok Zatoki Termajskiej i rysujących się na horyzoncie gór Półwyspu Chalcydyckiego - regiony górskie są oddalone od morza zaledwie o 20 km. Niestety, z biegiem czasu piękne widoki zaczęły nam zasłaniać chmury.

Po kilkunastu minutach po wyjściu z Prionii przyłączył się do nas pies. Myśleliśmy, że jego właścicielami są turyści, których mijaliśmy, ale on wiernie za nami podążał. Czasem znikał nam z oczu, wbiegając pod górę jakimś skrótem, ale po paru minutach pojawił się znowu. Wyglądał na zwykłego mieszańca, ale miał niesamowicie umięśnione uda, oraz charakterystyczne, odstające piąte pazury w tylnych kończynach. Wyglądały, jak szpony u jakiegoś drapieżnego ptaka. Prawdopodobnie przystosował się do życia w górach, te szpony bardzo przydawały mu się później przy chwytaniu skał. Roboczo nazwaliśmy go "Irasiad", po gafie, jaką strzelił niedługo wcześniej prezydent Kaczyński. Na prezentacji psów policyjnych funkcjonariusz wydał komendę: "Ira - siad!", na co prezydent zareagował: "Irasiad jest bardzo zdenerwowany". Po tym, jak doprowadził nas na szczyt, Irasiad został przemianowany na Rzeźnika (od bieszczadzkiego ultramaratonu).

Alex z Rzeźnikiem na Skali

Wchodziliśmy szybko, zrobiliśmy sobie postój w lesie. Wyciągnęliśmy prowiant, ale nie podzieliliśmy się nim z Rzeźnikiem. Najpierw powinien wykonać swoją robotę - doprowadzić nas do celu. W miarę upływu czasu drzewa liściaste zaczęły ustępować miejsca roślinności z wyższych partii górskich, potem trzeba się było przeprawiać przez śnieg, na którym przed nami widać było tylko ślady Rzeźnika i kozicy. Po godzinie i 40 minutach dotarliśmy do Schroniska A, które było w przewodniku oznaczone na 2:30 - 3 godziny. Standardem jest, że robimy trasę w zaledwie 2/3 czasu, który przeznacza na to przewodnik. W końcu nie przez przypadek jesteśmy rzeźnikowymi hardcorowcami. Schronisku jest niestety nieczynne o tej porze roku, ciężko znaleźć tu nawet kawałek dachu, żeby schronić się przed deszczem (a trochę padało).

Po kwadransie wyruszyliśmy w wyższe partie górskie. Masyw Olimpu składa się z 52 wierzchołków. Najwyższy jest Mytikas (2917 m n.p.m.) i on był naszym celem. Ze względu na zalegający śnieg wybraliśmy teoretycznie łatwiejszą drogę od południa - przez Skalę. Z czasem trasa stała się bardzo trudna. Gubiliśmy przykryty śniegiem szlak i brnęliśmy "na czuja". Wdrapywałem się na górę, stawiając stopy w śladach Alexa. Ręce stawały się przydatne przy wspinaczce i wzorem Rzeźnika często używałem 4 kończyn. Nie do zniesienia stawał się bardzo silny wiatr - to jest to, co najbardziej zniechęca mnie do wędrówki po szczytach - wichura, niosąca ze sobą zmrożony śnieg. Dotarliśmy na Skalę (2866 m n.p.m.) i po chwili zaczęliśmy kontynuować naszą podróż, zgodnie ze drogowskazem na Mytikas. Szlak był widoczny na bardziej stromych skałach, na których nie mógł utrzymać się śnieg. Trasa była w tych warunkach bardzo niebezpieczna. W wielu miejscach znajdowały się wkręty, w które można było wpiąć karabińczyk z liną. Niestety, my nie mieliśmy tego typu wyposażenia. Przerażająca była mgła, nie chciałem wiedzieć, ile metrów przepaści jest za tym mlekiem pode mną. Po zejściu ze Skali zaczęła się stroma wspinaczka. Zbocze było konkretne, Alex niechcący zepchnął kamień w moim kierunku i potem wchodziłem trochę inną trasą, niż on. Wszedłem na szczyt, pod którym do kamienia przymocowana była tabliczka "Mytikas...", wstawiona latem 2006 roku. Miałem szczerą nadzieję, że to koniec naszej wędrówki, ale szlak biegł gdzieś dalej. Spojrzałem w tym kierunku i to, co zobaczyłem, nie było zbyt zachęcające - trasa szła kawałek w dół i była bardzo trudna. Obok mnie, stał Rzeźnik, patrzący w tę stronę i mimo ogłuszającej wichury słyszałem jego popiskiwanie, jakby chciał nam powiedzieć "Nie idźcie dalej!". Nie byliśmy chyba na głównym wierzchołku Mytikas, do niego był jeszcze kawałek. Podobno powiewa tam Grecka flaga i można się wpisać do księgi pamiątkowej. Chcieliśmy tam dotrzeć, ale rozsądek mówił zupełnie co innego. Pomyślałem jeszcze o naszej mamie, która chyba dostałaby zawału serca, widząc nasze wyczyny. "Zerknij, Alex - wracamy, co?" - "Wracamy".

Ostra wspinaczka na szczyt

Powrót był równie nieprzyjemny, co podejście, odetchnęliśmy dopiero z powrotem na Skali. Ukryliśmy się trochę za skałami, Alex wyjął herbatniki, których dużą część pochłonął Rzeźnik. Przy schodzeniu wiatr był tak mocny, że uderzał w nas małymi kamyczkami. Odwracałem się do niego plecami, ale obcisłe spodnie do bieganie nie były w stanie uchronić mnie przed bólem okrutnego biczowania. Nieco niżej spotkaliśmy jedynego poza nami turystę w tych okolicach - Charliego. Widziałem go już na parkingu w Prionii - wyszedł może parę minut po nas. Ostrzegaliśmy go, ale on postanowił twardo wspinać się sam - szaleniec. W końcu minęliśmy przełęcz, za którą byliśmy trochę osłonięciu od wiatru, pojawiła się też kosodrzewina. W schronisku można było już odetchnąć pełną piersią. Czuliśmy trochę niedosyt, że nie udało nam się dotrzeć do najwyższego punktu masywu Olimpu, ale na pewno byliśmy na jednej z jego skał, na wysokości ponad 2900. Niestety, ciężko było znaleźć na mapie, w którym miejscu dokładnie zawróciliśmy.

W partiach lasu liściastego Rzeźnik zginął nam na ponad 10 minut, ale potem pojawił się ponownie. W Prionii byliśmy z powrotem po czasie 6:54 od wyjścia stąd, a przewodniki przeznaczają 7 godzin na letnie podejście na Mytikas. My w tym czasie zaliczyliśmy tę trasę w dwie strony. Problemem był brak zasięgu sieci komórkowej - nie mogliśmy skontaktować się z Marcinem i Marzeną, żeby po nas przyjechali. Pamiętam, że zasięg był na drodze, prowadzącej tutaj, ale parę ładnych kilometrów stąd. Nie pozostawało nam nic innego, jak kontynuować nasz marsz szosą. Rzeźnik cały czas trzymał się w okolicy, nawet pierwszy raz wściekle zaszczekał na kierowcę, który zatrąbił na nas, gdy chcieliśmy go złapać na stopa. Był może kciuk, podniesiony do góry oznacza co innego w Grecji, niż w Polsce. Następną okazję udało się nam złapać - był to busik. Rzeźnik był poza zasięgiem naszego wzroku, nie zdążyliśmy go przytulić na pożegnanie. Alex później wyczytał, że podczas wspinaczki na Olimp niektórym turystom towarzyszą nawet dwa górskie psy. Rzeźnik był pewnie jednym z nich. Świetnie wykonał swoją pracę, za co nagrodziliśmy go herbatnikami i kanapkami. Zawsze będę go wspominał z łezką w oku, mam nadzieją, że wprowadzi na Olimp jeszcze wielu turystów.

Byledobiec na Olimpie

W zatrzymanym busiku jechały dwie rodziny z dziećmi. Pochodzili z Niemiec, spod Frankfurtu nad Menem. Chcieli pochodzić trochę po lasach pod Olimpem, ale narzekali, że dzieci im bardzo marudziły. Miło gaworzyliśmy sobie z nimi po angielsku, ale Alex musiał zabłysnąć swoim niemieckim: "Wir moechten einen SMS schicken!". Faktycznie, w końcu złapałem zasięg i umówiliśmy się z Marcinem i Marzeną w Litochoro. Na miejscu podziękowaliśmy serdecznie naszym przyjaciołom zza zachodniej granicy - dzięki nim zaoszczędziliśmy pewnie z godzinę. Przebraliśmy się przy ulicy w centrum Litochoro i poszliśmy do knajpy przy głównym rondzie. Tradycyjnie, zamówiłem grecką sałatkę, ale głównym daniem nie było już spaghetti.

Dzień zbliżał się ku końcowi, naszym kolejnym celem podróży była Meteora - moim zdaniem główna atrakcja podróży do Grecji. To tutaj znajdują się niesamowite, strome, wysokie skały, na których wybudowano średniowieczne klasztory. Zatrzymaliśmy się w pokojach gościnnych w pobliskiej Kalambace (7,4 tys. mieszkańców) - po turecku oznacza to to samo, co Meteora (Wiszące Skały). Już przed wjazdem do miasta czekający na nas krajobraz robił niesamowite wrażenie. Zwiedzanie mieliśmy zacząć następnego dnia - na razie zrobiliśmy zakupy w Lidlu (a Lidl jest tani). Nie mogliśmy się obyć bez napojów wyskokowych - ja posmakowałem w winach australijskich, reszta zdecydowała się na greckie. Impreza odbyła się jak zawsze w naszym pokoju. Kiedy wszyscy poszli już spać, ja kończyłem swoją butelkę, pochłonięty oglądaniem pasjonującego filmu "Mumia 2", który w greckiej wersji nabierał dodatkowego smaczku (na trzeźwo nie dałoby się tego oglądać).

Krajobraz Meteory

Następnego dnia rano zjedliśmy z Alexem śniadanie w jakimś obskurnym barze i wyruszyliśmy zwiedzać Meteorę. Czekała na nas trasa ok. 20 km, wśród skał, na których stoją 24 słynne klasztory Meteory. Tylko w sześciu z nich mieszkają jeszcze mnisi, tylko kilka jest udostępnionych do zwiedzania przez turystów. Skały zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Takie formy ostańców piaskowcowych ukształtowały przez milionami lat ogromne masy wody, napływające znad morza. Pozostałością po tym okresie są niesamowite kształty. Pierwszy klasztor Meteory powstał w XIV wieku, szybko wznoszono kolejne. Można się było do nich dostać przeważnie tylko przy użyciu drabin i specjalnych wciągarek linowych. Postanowiliśmy odwiedzić dwa klasztory. Najpierw podjechaliśmy do Megalo Meteoro - najstarszego, najwyższego rangą, największego, najwyżej położonego i chyba najpiękniejszego klasztoru. Jest on cały czas zamieszkały przez mnichów. Panuje tu bardzo specyficzny klimat, z wysokiego tarasu można podziwiać widoki tej niesamowitej krainy. Na mnie największe wrażenie zrobiły czaszki mnichów, wystawione w jednej z wnęk. Warta zobaczenia jest kaplica, kuchnia, można się również obejrzeć kilka ekspozycji. Dla dociekliwego turysty jest tu zwiedzania na kilka godzin. Następnie, pojechaliśmy na drugi koniec tej niesamowitej krainy - do klasztoru Agia Triada. Wchodzi się do niego po schodach, wykutych w skale dopiero w 1925. Wcześniej mnisi przemieszczali się przy pomocy sznurowej drabiny, a towary dostarczano przy pomocy sieci, wciąganej i spuszczanej po linach. Jeżeli chodzi o zwiedzanie, Meteora była dla mnie punktem numer 1 naszej wyprawy i jeśli ktoś wybiera się do Grecji, to ta atrakcja powinna być priorytetem, nawet przed Akropolem.

Megalo Meteoro, największy z klasztorów - postać na dole po prawej stronie, to Alex

Po wyjeździe z Meteory czekał nas najdłuższy odcinek drogi (ok. 700 km) - do Olimpii na Peloponezie. Na początku niestety sprawdziły się moje obawy, co do dróg w Grecji. Krótki na pozór odcinek na mapie okazywał się prowadzić niesamowicie krętą, górską trasą, na której trzeba się było nawet zatrzymywać, żeby przepuścić samochody, jadące z przeciwka. Tak wyglądała większość naszej trasy do Ioanniny. Trud podróży wynagrodził nam widok jeziora Ioannion. Dalej droga była już nieco przyjemniejsza. Na posiłek zatrzymaliśmy się przy trasie nad zatoką. O zmierzchu dotarliśmy na niedawno wybudowany most, prowadzący na Peloponez. Zaskoczyło nas trochę wysokość myta - 10,5 euro. Wieczorem dotarliśmy do Olimpii, ja byłem trochę zmęczony - prowadziłem przez całą trasę. Zrobiliśmy zakupy i po kilku próbach znalezienia noclegu zatrzymaliśmy w hotelu Kronio. Jego właściciel, Asteris Panagiotis, jest maratończykiem - w recepcji wisiało kilka jego dyplomów z maratonów w Atenach. Dał nam kilka rad, że trasa trudna, żeby nie zaczynać za szybko, ale i tak zamierzaliśmy z Alexem bezwzględnie napierać na złamanie 3-godzin. Asteris wskazał nam również drogę do Marathon Expo, które miało się odbyć na obrzeżach Aten.

Wieczorem zrobiliśmy sobie małą imprezkę. Piłem piekielnie słodkie wino, Marcin z Marzeną przygotowywali sałatkę grecką, która składała się głównie z cebuli - waliło w całym pokoju. Rano zarządziłem rozruch - wraz z Alexem i Marcinem jeszcze po ciemku biegaliśmy po zupełnie pustych ulicach Olimpii. Najbardziej popisywał się Marcin, podbiegając pod jakieś górki, ja raczej truchtałem. Niestety, nie udało się nam dostać do ruin, wśród których fajnie by było pobiegać. Po śniadaniu w hotelu, poszliśmy w kierunku antycznej części miasta. Najpierw zwiedziliśmy muzeum archeologiczne, odnowione przed igrzyskami olimpijskimi w 2004 roku. Eksponowane były znaleziska z Olimpii z różnych epok, sięgających ponad 2000 lat p.n.e. Najbardziej z całej ekspozycji podobał mi się marmurowy posąg Hermesa. Po wyjściu z muzeum zgubiliśmy Marcina i Marzenę, którzy na domiar złego nie wzięli ze sobą telefonów. Poszliśmy w stronę wykopalisk, w których centrum stały ruiny ogromnej świątyni Zeusa. Główną atrakcją dla nas był antyczny stadion olimpijski - aż trudno uwierzyć, że kiedyś całkowicie pokryty sklepieniem z gliny. Za trybuny służyły usypane wały, mogące niegdyś pomieścić nawet 40 tysięcy mężczyzn. Pierwsze igrzyska olimpijskie odbyły się w 776 roku p.n.e., kiedy rozegrano tylko jedną konkurencję - bieg wokół stadionu na dystansie 192 m. Później dochodziły inne konkurencje - podwójny bieg dookoła stadionu, bieg na 4600 metrów, pięciobój (bieg, rzut oszczepem, rzut dyskiem, zapasy, pięcioskok bez rozbiegu), a potem także walki na pięści i wyścigi rydwanów. Po stadionie biegały jakieś dzieci, my z Alexem również nie mogliśmy odmówić sobie tej przyjemności.

Olimpia - stadion, na którym odbyły się pierwsze igrzyska olimpijskie

Po zwiedzeniu ruin Olimpii, z której niestety niewiele zostało, udaliśmy się do Muzeum Igrzysk Olimpijskich (nowożytnych). Towarzystwo nie było jakoś poruszone ekspozycją (szczególnie Marzena), ale ja dokładnie oglądałem wszystkie eksponaty. Szczególnie poruszył mnie wyczyn lekkoatlety o nazwisku Spyridon Louis. Został on zwycięzcą pierwszego maratonu na nowożytnych igrzyskach olimpijskich w Atenach w 1896. Dystans wynosił wtedy 40 kilometrów, trasa była prawie taka sama, jak ta, którą mieliśmy biec następnego dnia - z Maratonu do Aten. Zdjęcie bohatera wbiegającego na stadion Panathinaikon jest dostępne tutaj (nie mam praw do publikacji tego zdjęcia). Grek ukończył bieg w czasie 2:58:20 (choć było to "tylko" 40 km), ja z Alexem mieliśmy podjąć to wyzwanie następnego dnia. Pobyt w muzeum naładował moje akumulatory, podobnie, jak niedawna wizyta w wiosce olimpijskiej, w przeddzień maratonu w Sydney.

Po wyjeździe z Olimpii skierowaliśmy w stronę Aten. Niestety, zaskoczył nas remont drogi i musieliśmy przedzierać się przez małe miejscowości. Wynagrodziły nam to widoki na Zatokę Koryncką i niesamowicie kręta, schodząca w jej kierunku trasa. Ominęliśmy Korynt i dotarliśmy do Aten. Od razu skierowaliśmy się w kierunku Pireusu, a potem Ellinikon, gdzie dotarliśmy na Marathon Expo. Odebraliśmy pakiety startowe, a także karty miejskie, upoważniające nas do darmowego korzystania z komunikacji miejskiej w Atenach. To bardzo miły gest. Na telebimach można było oglądać biegi maratońskie kobiet i mężczyzn z igrzysk w 2004 roku. Zobaczyłem ostatnie 20 minut męskiego maratonu, wygranego przez Włocha Stefano Baldiniego - aż się chce biegać po obejrzeniu tych niesamowitych momentów. Wspaniałe było pasta party, nie przypominam sobie, żeby wcześniej przed jakimś maratonem ktoś zorganizował takie dobre jedzenie. Można było sobie dokładać do woli i muszę przyznać, że trochę zapchałem się tym makaronem. W maratonie uczestniczyło wielu Polaków, między innymi liczna grupa z Mszany Dolnej - wymieniliśmy parę zdań z sympatycznymi ludźmi z tego miasta. Wskazali nam biegacza, za którym mieliśmy się trzymać, chcąc złamać 3 godziny. Jak się później okazało, biegł szybciej od nas, ale wyprzedziliśmy go z Alexem na 2 kilometry przed metą.

Przed wyjazdem zarezerwowałem 2 dni w hotelu w Atenach, żeby zaoszczędzić czas poszukiwania w zatłoczonym mieście, poza tym bałem się, że na miejscu trudno będzie coś znaleźć, ze względu na sporą ilość przyjeżdżających biegaczy. Wybór padł na hotel Filoxenia w dzielnicy Omonia, jak się potem okazało - okolicy z wieloma polskimi akcentami. Znaleźliśmy "nasze" sklepy, biura podróży, nawet wypożyczalnię kaset z polskimi filmami wideo. Bez trudu pokierowałem Marzenę na plac Omonia. Dużym sukcesem było znalezienie miejsca parkingowego, ale przestawiliśmy jakiś śmietnik i udało się. Potem rozdzieliliśmy się - ja poszedłem załatwiać hotel, reszta miała robić zakupy. Moja misja zakończyła się sukcesem, Alex był wściekły, bo przed nosem zamknęli mu market. W innych sklepach nie mógł znaleźć składników, potrzebnych do naszego maratońskiego śniadania. Trochę panikował ("Nie zjem - nie pobiegnę") i po dotarciu do hotelu od razu wyruszyliśmy na obchód, kupując chleb tostowy i chudą wędlinę.

Biegliśmy razem od początku do końca

Następnego dnia spożyliśmy maratoński posiłek, a na drugie śniadanie Alex przygotował tonę kanapek z miodem. Wyjechaliśmy spod hotelu w kierunku stadionu, skąd na start w maratonie miały nas zabrać autobusy. Szok przeżyliśmy od razu przy placu Omonia - tutaj nawet o 6 nad ranem w niedzielę są korki! Zaparkowaliśmy w bocznych, wąskich uliczkach, w połowie drogi, między Akropolem i stadionem Panathonaikon. Nasz autobus wyjechał trochę po szóstej i w Maratonie byliśmy na blisko 2 godziny przed startem, który miał się odbyć o 8:30. Aby uciec od tłumu maratończyków i schować się od wiatru, udaliśmy się w stronę kościółka, który zauważyłem na wzgórzu. Tutaj spokojnie się rozgrzewałem, ale chłopaki stwierdzili, że wolą jednak zejść na dół, bo tam są fajne śmierdzące kible i tłum maratończyków, wysmarowanych Ben-Gayem - droga wolna. Grecko-katolicki kościółek był otwarty i skorzystało z tego masę maratończyków - posłużył im za szatnię. Ja na początku nie wchodziłem do środka, zrobiłem to dopiero na pół godziny przed startem, kiedy oddaliśmy ciuchy i mimo foliowych peleryn (zrobiliśmy je sobie dzień wcześniej z wielkich czarnych worków na śmieci, podwędzonych pani sprzątającej na Marathon Expo) było nam strasznie zimno. Alex docenił wtedy zalety kościółka, ale dawał temu wyraz w inny sposób. Kiedy ja siedziałem spokojnie, wpatrzony w ołtarz, zastanawiając się nad sensem życia, Alex energicznie wymachiwał nogami. Po zejściu na dół, przed startem powtarzaliśmy za prowadzącym słowa przysięgi, że będziemy walczyć zgodnie z duchem sportu. Po starcie ruszyliśmy z Alexem dziarsko do przodu. Byliśmy ustawieni w najszybszej strefie, tuż za elitą, więc nie musieliśmy się przepychać przez jakiś dziki tłum. Jesteśmy łatwo rozpoznawalni na trasie, ze względu na nasze koszulki Byledobiec. Od razu zaczepiło nas dwóch Polaków - jednym z nich był Dariusz Nawrocki - zawodowiec, który kiedyś przebiegł maraton w czasie 2:14. Kiedy to usłyszałem - lekko zdębiałem. Mieliśmy się trzymać razem na 3 godziny. Po dwóch kilometrach, ku naszemu zaskoczeniu dołączył do nas Marcin. Porozmawialiśmy chwilę, ale przy tabliczce kończącej 4 kilometr stwierdziłem, że biegniemy zdecydowanie za wolno, więc daliśmy do pieca, zostawiając Marcina na pastwę losu. Potem przyszła kolej na absurdalną mijankę - skręciliśmy w lewo i biegliśmy prawą stroną drogi, dalej nastąpiła zawrotka, biegliśmy prawą stroną, ale za chwilę mieliśmy skręcić w lewo, z powrotem do drogi głównej. W związku z tym wpadliśmy na tłum wolniejszych biegaczy z naprzeciwka - doskonała organizacja. Biegliśmy dalej z naszą grupą i dowiadywaliśmy, jak mamy się ustawiać w grupie, żeby minimalizować opory powietrza. Przypominało to trochę klucz ptaków - w końcu one są w tym zakresie specjalistami. Wymienialiśmy się z Dariuszem na prowadzeniu, po czym on trochę nam odjechał. Nie przejmowałem się tym za bardzo. Dyktowałem dobre tempo - na 10. kilometrze mieliśmy 42:14 (42:30 było na 3h), na półmetku 1:29:05. Na kolejnych kilometrach dogoniliśmy Dariusza na jednym ze zbiegów, które zaliczaliśmy na dużym luzie. Pozdrowił nas, życząc powodzenia - "Prowadź brata na 3 godziny". Musiałem wywiązać się z tego obowiązku. Górki cały czas były nieubłagane, po półmetku trasa systematycznie wznosiła się, ale dobrze dawaliśmy sobie z tym radę - wyprzedziliśmy dziesiątki zawodników, nas wziął tylko jeden - Włoch, za którym byliśmy bezpośrednio o jedno miejsce w ostatecznej klasyfikacji. Na 30 kilometrze usłyszałem od Alexa: "Chyba rozwiązuje mi się sznurówka", a po minucie "Kur...". Pomyślałem, że w związku z tym skorzystam z okazji i pozbędę się nadmiaru płynów w pęcherzu moczowym, wskakując na pas zieleni. Alex uporał się ze sznurowadłem w kilka sekund i pobiegł dalej, moje sprawy trwały nieco dłużej i dzieliła nas spora odległość - jakieś 13-15 sekund. Kiedy Alex się odwrócił - machnąłem, żeby biegł szybko. Nadrabiałem straty, ale na macie 30 kilometra miałem jeszcze dokładnie 8 sekund straty (2:07:43). W końcu go dogoniłem i dalej starałem się osłaniać go z przodu od wiadru (a trochę wiało). Na następnym kilometrze dotarliśmy do najwyższego punktu trasy i od tego momentu zaczął się nasz wielki bieg.

Wspaniale było finiszować na pięknym, historycznym stadionie Panathinaikon

Nikt nie miał już prawa nas dogonić, wyprzedzaliśmy kolejnych zawodników, pojawiających się na horyzoncie. Doszło do tego, że wzięliśmy też jakiegoś zmęczonego Kenijczyka. Zbliżaliśmy się do centrum Aten, trzymałem się niebieskiej linii, wyznaczającej trasę maratonu i patrzyłem tylko, kogo teraz będziemy wyprzedzać. Alex czuł się znakomicie, był zachwycony. Paru kibiców klaskało, co on skwitował stwierdzeniem "Fantastyczna atmosfera!". Faktycznie, nie jest był to klimat Wałów z maratonu Juranda (o tym można przeczytać w relacji ze Szczytna), ale atmosfera wydawała się taka wspaniała, bo my tak wspaniale biegliśmy. Pod koniec wyprzedziliśmy jeszcze małą, rozerwaną grupkę, w której był biegacz z Mszany Dolnej. Nasze średnie tempo na ostatnich 10 km wychodziło 3:57/km, więc nikt nie miał już ochoty, żeby nas gonić. 42. kilometr szedł na 3:30, przed stadionem zrobiliśmy jeszcze zawrotkę, Alex uciekł mi na parę metrów i z rozłożonymi rękami wbiegł na stadion. Dogoniłem go na bieżni i razem wpadliśmy na metą, trzymając się za ręce. Zegar na stadionie był zepsuty, nasz czas brutto 2:56:33. Netto miałem 2:56:26, ale Alex przebiegł linię startu 2 sekundy później i miał lepszy czas netto. Zapłakał chwilę ze szczęścia i wzruszenia - udało mu się to, co sobie wymarzył. Złamał trzy godziny w Atenach na trudnej trasie, na której historia miesza się ze współczesnością.

Na mecie złapała nas jakaś Polka, która koniecznie chciała zrobić nam zdjęcia, bo jesteśmy tacy fajni i mamy super koszulki - pozowaliśmy z tyłu i z przodu. Potem poszliśmy na odnowę, choć rozbijanie mi mięśni przez jakiegoś faceta nie było zbyt przyjemne - znacznie milej wspominam zeszłoroczny masaż w Dublinie, kiedy to delikatnie zajmowały się mną dwie urocze masażystki. Zasiedliśmy dumnie na trybunach marmurowego stadionu Panathinaikon, który powstał przed pierwszymi igrzyskami ery nowożytnej (1896 rok) na ruinach antycznego obiektu z IV w. p.n.e. Przed igrzyskami w 2004 roku został jeszcze odnowiony i robił naprawdę duże wrażenie.

Delektowaliśmy się widokiem stadionu i naszym wspaniałym wynikiem, wypatrując Marcina. Wbiegł na metę w czasie 3:09:13, netto 3:08:51. To jego nowy rekord, ale na mecie nie był z niego zachwycony, do tego wyglądał na chorego - strasznie kaszlał. Po niedługim czasie dołączyła do nas Marzena. Spędziliśmy trochę czasu na stadionie, po czym udaliśmy w stronę samochodu, po drodze zaliczając jeszcze ruiny świątyni Zeusa. Jadąc w stronę placu Omonia, przeżywaliśmy koszmar. Całe miasto było zakorkowane, między innymi z powodu wyłączenia ulic, którymi przebiegał maraton. Zawrócić nie można nigdzie, a większość uliczek jest jednokierunkowa. Wszyscy trąbią, krzyczą - niezły hardkor. Ateny niestety nie podobały mi się - na pewno nie są miejscem, w którym chciałbym mieszkać. Kluczyliśmy bardzo długo, zanim dotarliśmy do naszego hotelu. Wykupiliśmy miejsce parkingowe na dobę, bo na szukanie szczęścia na ulicy nie było co liczyć.

Alex na Akropolu

Po kąpieli i lekkim posiłku poszliśmy do metra, które przywiozło nas pod Akropol. 156-metrowe wzgórze w środku miasta robi z daleka duże wrażenie, jednak z bliska nie wygląda już tak okazale. Większość ruin pochodzi z V w. p.n.e., między innymi Partenon, który tak naprawdę jest teraz jednym wielkim rusztowaniem i więcej można znaleźć tu stalowych wsporników, niż faktycznych kształtów budowli. Najbardziej na Akropolu podobał mi się Odeon Herodesa Attyka - amfiteatr z 161 wieku n.e. Poza tym, ze wzgórza rozciąga się wspaniały widok na miasto. Ateny są ogromne - 4 mln ludności stanowią ponad 1/3 populacji całego kraju. Budownictwo jest tutaj bardzo jednolite - brak jest wysokich wieżowców. Zeszliśmy na północną część Akropolu, u jego podnóża jest dzielnica, pełna kafejek. Zatrzymaliśmy się tam na smaczny obiad, po czym wstąpiliśmy jeszcze do innej knajpy. Na uliczce była masa handlarzy pirackimi płytami i jakimiś błyskotkami - gorzej, niż na stadionie X-lecia. Przeszliśmy się parkiem, niedaleko Agory, gdzie niegdyś przemawiali Sokrates, Platon i Arystoteles. Na zwiedzanie było już niestety za późno, mogliśmy podziwiać oświetlony budynek jedynie z zewnątrz.

Przed powrotem do hotelu zaopatrzyliśmy się jeszcze z Alexem w dwie butelki Metaxy, o pojemności 0,375, wraz z popitą i innymi akcesoriami. 4-osobowa impreza jak zwykle odbywała się w naszym pokoju, choć towarzystwo szybko się ulotniło, a my z Alexem dalej opijaliśmy nasze dzisiejsze zwycięstwo. Cieszyłem się za siebie, a jeszcze bardziej za brata. Dla niego musiała być to niesamowita sprawa - pojechać pierwszy raz na maraton zagraniczny, od razu na antyczną trasę do Aten i pierwszy raz w życiu złamać tam 3 godziny. Wiem coś o tym, że takie maratońskie dziewictwo traci się tylko raz, dlatego Dublin zawsze pozostanie w mojej pamięci. Alex będzie tak wspominał Ateny.

Następnego dnia obudziliśmy się z lekkim kacem. Pod prysznicem wpadłem na znakomity pomysł, żeby nie biec w Radomiu 2 grudnia, tylko dzień później w Lizbonie. Czasem na kacu człowiek wpada na dobre pomysłu. Najedliśmy do syta w hotelu i poszliśmy kupić prezenty, w kierunku placu Omonia. Alex nie czuł się najlepiej po naszej libacji alkoholowej. Ateny podobały mi się jeszcze mniej, niż poprzedniego dnia. Przy przechodzeniu przez ulicę trzeba było bardzo uważać, żeby nie zostać ofiarą jakiegoś debila na skuterze. Na chodnikach czułem się niewiele bezpieczniej. Jakiś brudas, kupujący strasznie dziwny zestaw artykułów spożywczych, wykrzykiwał coś przede mną przy kasie. Ktoś zaczepił nas na światłach i gdybym szybko nie zareagował, objąłby pewnie zaraz nasze kolana - tragedia. W drodze do hotelu natrafiliśmy na strajk służby zdrowia, blokujący całą ulicę, a kierowcy dawali wyraz poparcia protestującym nieustannym trąbieniem - dżungla. Dotarliśmy w końcu do samochodu, żeby jak najprędzej uciec z tego miasta. Ale nie ma tak łatwo - droga na lotnisko nie prowadzi głównymi arteriami (jechaliśmy zgodnie z drogowskazami z namalowanym samolotem), ale też wąskimi drogami. Na jednej z nich utknęliśmy na blisko pół godziny. Przespacerowałem się dwa skrzyżowania dalej, żeby obadać sytuację. Kierowcy po prostu wjeżdżali z głównej drogi poprzecznej na skrzyżowanie, blokując cały nasz ruch, niezależnie od koloru światła. Nikt nie zastanawiał się, że może nie zjechać z tego skrzyżowania - zero pomyślunku. My byliśmy w pułapce, bo nie było żadnej alternatywy. Na szczęście mieliśmy spory zapas czasu i udało nam się zdążyć na lotnisko, choć mam zastrzeżenia, co do oznaczeń na drogach. Samochód oddaliśmy bez problemu. Ja miałem jeszcze chwile stresu, bo zapomniałem wyjąć z bagażu podręcznego niedawno kupiony scyzoryk (zostałby skonfiskowany przy bramkach). Na szczęście w ostatniej chwili udało mi się nadać plecak, jako drugą sztukę bagażu. Wieczorem byliśmy już w Polsce i z dumą opowiadaliśmy rodzinie o naszych greckich wyczynach.

Wyjazd do Grecji był fantastyczny. Wspaniale było się tam zmierzyć z historyczną trasą Maraton - Ateny. Pod względem turystyki wyjazd wypadł równie dobrze. Bardzo cieszyłem się, że Alex w końcu zrealizował swoje marzenie o przebiegnięciu maratonu poniżej 3 godzin - nie mógł chyba wybrać sobie na to lepszego miejsca.

28.10.2006
Maraton w Starej Miłośnie - Zwycięstwo Roberta, Marcin drugi
Maraton na orientację, z przewagą szybkiego biegania, nad moją orientacją
Relacja Roberta

Dwa tygodnie po moim rekordowym biegu w Poznaniu przyszedł czas na maraton w Starej Miłośnie, który udało mi się wygrać w poprzednim roku. Miałem wspaniałe wspomnienia, związane z tą imprezą i nie mogłem sobie odmówić przyjemności wystartowania. Bieg był bardziej nagłośniony, niż jego poprzednia edycja, a liczba uczestników znacznie wzrosła (ponad 20 osób) i konkurencja wydawała mi się mocniejsza. Startowało trzech zawodników z życiówkami lepszymi od mojej, ja byłem jednak w szczytowej formie. Warunki atmosferyczne zapowiadały się znakomicie (w poprzednim roku był mróz i śnieg) i mimo leśnej, wydmowej trasy, liczyłem na złamanie trójki. Gdyby udało mi się dokonać tego tutaj i w Atenach, miałbym 4 maratony, przebiegnięte poniżej 3 godzin w zaledwie 2 miesiące. Jeżeli taki wynik dałby mi również zwycięstwo, byłbym bardzo szczęśliwy.

Rano przyjechał po mnie Marcin, na miejscu byliśmy sporo przed czasem. Można było się spokojnie rozgrzać. Na starcie spotkałem sporo znajomych, panowała sympatyczna atmosfera, jak to zwykle na zawodach w Starej Miłośnie, organizowanych przez Marka Troninę, dyrektora Maratonu Warszawskiego. Trasa wyznaczona była podobnie, jak w poprzednim roku - najpierw 195 metrów dobiegu, potem 6 okrążeń po 7 km. Po starcie od razu utworzyła się pierwsza trójka biegaczy - ja, Jarek Bieniecki i Dominik Wasilewski. Z Jarkiem poznałem się w trakcie biegu Rzeźnika w Bieszczadach, którego był organizatorem. Kiedy ja zaczynałem biegać w 2003 roku, włócząc się w ogonach biegów na 10 km, Jarek zawsze wygrywał, a jego wyniki były imponujące. Mimo czekającego nas zmęczenia, chłopaki chętnie uczestniczyli w konwersacji. Czas mijał, ja koncentrowałem się tylko na tym, żeby biec za dyktującym tempo 4:10 min/km Jarkiem. Trasa była dobrze oznakowana i nie wysilałem się zbytnio, żeby ją zapamiętać, co potem okazało się dla mnie zgubne.

Pierwsze kółko pobiegliśmy 29:02, drugie 29:09. Jarek planował, że przebiegnie tylko półmaraton i utwierdził się w tym przekonaniu na trzecim kółku, które pobiegliśmy nieco wolniej. Czas po przebiegnięciu dystansu 21,195 wynosił 1:28:32 i pozwalał spokojnie myśleć o złamaniu 3 godzin. Na drugim kilometrze czwartego kółka przycisnąłem lekko i zgubiłem Dominika. Jeszcze parę miesięcy wcześniej był ode mnie znacznie lepszy, w tym czasie ja się poprawiłem, on zgubił formę z powodu innych obowiązków. Widać to było w tym biegu. Pędziłem na 3 godziny, zdublowałem dwóch zawodników. Dotarłem do skrzyżowania, na którym prowadziło kilka dróg. Nie widziałem żadnych oznaczeń i wybrałem tę, idącą prosto. Na drzewach namalowany były białe kwadraty, podobne do białych kartek A4, którymi oznakowana była trasa. Po jakichś 150 metrach okazało się, że pomyliłem drogę. Za mną biegł Dominik. Wróciliśmy do skrzyżowania, gdzie przy jednej z dróg zauważyłem daleko drzewo z kartką. Ta pomyłka sporo mnie kosztowała - 26. kilometr poszedł w 6:59! Zdenerwowany, zacząłem napierać i następny zrobiłem w 3:54 (trochę za szybko). Na tym kilometrze ponownie zdublowałem dwóch zawodników, których mijałem kilkanaście minut wcześniej (musieli być zdziwieni). Policzyłem sobie, że mimo pomyłki uda mi się złamać trójkę. Z tą nadzieją zacząłem piąte kółko, na którym wszystko szło zgodnie z planem. Biegło mi się super. Na 10 kilometrów (32,195) przed metą miałem czas (2:17:29) - byłem w domu, wystarczyło utrzymać tempo 4:15 na kilometr.

Dramat nastąpił na 34. kilometrze. Biegłem zgodnie ze znakami, aż w pewnym znalazłem się na rozdrożu i nie miałem pojęcia, gdzie biec. Ktoś po prostu pozdejmował kartki z drzew. Liczę na to, że nie był to żaden złośliwiec, który nie lubi biegaczy, tylko bogu ducha winny człowiek, sprzątający las. Jeżeli ktoś zrobił to specjalnie, to chętnie porachowałbym mu kości, rozwalił rower i straż miejska faktycznie miałaby po co przyjeżdżać (o tym później).

Przed metą...

Do tej pory sen z powiek spędza mi jeden fakt - za skrzyżowaniem, przy którym zgubiłem drogę, leżała w poprzek drogi młoda brzózka. Gdybym ją zapamiętał (a miałem na to okazję na 4 kółkach), niechybnie złamałbym 3 godziny. Tymczasem, wpadłem w panikę, zacząłem biegać we wszystkich kierunkach, do tego zapomniałem na chwilę, skąd przybiegłem. W końcu zauważyłem starszą panią na rowerze. "Którędy do Starej Miłosny?" - spytałem łamiącym się głosem. "Tam do drogi i prosto" - usłyszałem i sprintem ruszyłem we wskazanym kierunku. Złapałem jakiś żółty szlak - na pewno wcześniej tędy nie biegłem. Nie miałem wyjścia, trzymałem się wskazówek i biegłem prosto. Przez moment było mi już wszystko jedno, ale po około 400 metrach zdarzył się cud - daleko z przodu zobaczyłem skrzyżowanie, przez które ktoś przebiegał, za chwilę zauważyłem też kartkę na drzewie. Znowu jestem w walce! Biegacz, którego widziałem, należał do 4-osobowej grupki, którą dublowałem kilkanaście minut temu. Gdy mnie zobaczyli, byli równie zdziwieni, jak ci biegacze na poprzednim kółku. Zyskałem miano gościa, który szybko biega, ale nie wie, w jakim kierunku. Ten kolejny pechowy kilometr poszedł w 7:02. Mocno przycisnąłem, łudząc się, że jeszcze może się udać. Na końcu kółka czekała moja mama, mówiła, że wyglądałem na wkurzonego. Szybko biegłem jeszcze do tabliczki, przy której do mety pozostawało równo 6 km. Aby złamać 3 godziny, musiałbym pokonać ten dystans w 23 minuty, co niestety nie było już możliwe.

...i za metą

Zrezygnowany, biegłem kolejne kilometry. Znowu dotarłem do skrzyżowania z leżącą brzózką. Poprzednio zawróciłem tutaj i pobiegłem inną drogą. Teraz na drzewach przewieszona była taśma, która wskazywała, że trzeba skręcić w prawo, ale żadnych kartek nie było widać. Po około dwóch minutach niepewności i krążenia wokół skrzyżowania, zdecydowałem się pobiec tą drogą i faktycznie - 300 metrów dalej zobaczyłem kartkę. Dalej znałem już trasę. Na ostatniej prostej podniosłem rękę 150 metrów przed metą, jakby pytając, czy na pewno jestem pierwszy. Za chwilę zobaczyłem rozłożoną taśmę i nie miałem już żadnych wątpliwości. Pierwszy raz w życiu przeciąłem wstęgę własną piersią! Potem musiałem to powtórzyć, bo nie wszystkim wyszły zdjęcia - fantastyczne uczucie. Skończyłem w czasie 3:05:55. Zdawałem relację z mojego biegu na orientację, kiedy na metę dokładnie 5 minut po mnie wpadł Marcin. Trochę mnie to zaskoczyło, ale faktycznie - nie dzieliło nas już tak dużo, a jemu udało się nie pomylić ani razu trasy.

Dwa pierwsze miejsca dla Byledobiec

Na mecie pojawiali się kolejni zawodnicy - trzeci był Dominik, który wyraźnie osłabł. W oczekiwaniu na dekorację przeszedłem się ze znajomymi do sklepu po piwo. Sponsorem mojej puszki był Jarek - dzięki, to piwo miało naprawdę wyjątkowy smak. Zasiedliśmy na ławeczce przy mecie i powoli sączyliśmy. Znienacka podjechał radiowóz z tabliczką "Straż Miejska", z którego wysiadło dwóch niezbyt sympatycznych panów i zaczęli się mądrzyć. Fakt, nie można pić alkoholu na ulicy, ale na zorganizowanych imprezach biegowych nigdy nie było z tym problemu. Raczej nie wyglądamy z Jarkiem na ludzi, którzy po wypiciu puszki piwa mieliby rozrabiać. Do panów nie trafiały te argumenty, choć wszyscy stawali w naszej obronie. Spisali Jarka (podał prawdziwe dane), ze mną poszło trochę gorzej - "Nazwisko? - Właśnie przypominam sobie" (cytat z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Barei). Po prostu - chciałem sprawdzić, co mogą mi zrobić. To się panu nie spodobało, zamknął mnie w radiowozie i zadzwonił na policję. To z kolei nie spodobało się mnie i podałem mu jednak swoje dane. Nie chciałem też robić problemów organizatorom. Pan Strażnik coś krzyczał o zerze tolerancji, mandacie, sądzie grodzkim, ale na koniec pogroził palcem "Niech pan się czuje pouczony". Podziękowałem, poczułem się bardzo pouczony i po odjeździe radiowozu dokończyliśmy piwo w namiocie. Taka historia.

W trakcie dekoracji odebrałem statuetkę za zwycięstwo. Marek stwierdził, że to pierwszy organizowany przez niego bieg, w którym ktoś obronił tytuł z zeszłego roku. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia, między innymi zrobiono mi fotkę do miejscowej gazetki. Na koniec Marek i Ala zaprosili część osób do siebie do domu, gdzie zostaliśmy wspaniale przyjęci - była beczka piwa, pyszne jedzenie - szaleństwo. Bardzo miło to wspominam - chyba mój najfajniejszy wieczór pomaratoński. Na koniec (gdy już byłem porządnie nagrzany piwem) do domu podwieźli mnie znajomi Jarka. Mimo, że w Starej Miłośnie nie udało mi się znowu złamać 3 godzin, to i tak przeżyłem wspaniałe chwile. Duże podziękowania należą się Markowi i Ali za wspaniałą organizację (maratońską i pomaratońską) oraz wielu innym osobom (szczególnie Jarkowi), bez których nie byłoby tej niepowtarzalnej atmosfery. Wspomnienia tego dnia będę jeszcze długo wywoływać u mnie uśmiech.

21.10.2006
4 Pory Roku - Jesień, inauguracja sezonu na Kabatach
Relacja Roberta

Sezon 2006/2007 na Kabatach zainaugurował bieg 4 Pory Roku Jesień. Wystawiliśmy w nim najliczniejszą reprezentację w historii klubu - 5 zawodników. Do braci założycieli (Robert, Alex) i ojca dyrektora Marcina dołączyli Magda i Mikołaj. Magda pracuje z nami w firmie i chyba pozazdrościła nam zdrowego trybu życia - trenuje od niedawna. Mikołaj jest moim kolegą z liceum, biegaliśmy wtedy testy Coopera na Agrykoli (to były czasy). Teraz jest wielkim naukowcem, a od dwóch lat analizuje teorię względności w trakcie długich wybiegań.

Sześć dni po maratonie ciężko liczyć na rewelacyjny wynik na dychę. Alex chciał jednak wyśrubować życiówkę, a Marcin przez cały dystans postanowił skrobać mi marchewki na trasie. Po starcie Alex tradycyjnie wyrwał i zniknął gdzieś za horyzontem. Marcin dotrzymywał mi kroku na pierwszej prostej, potem trochę wyrwałem. Zacząłem raczej z tyłu na kolejnych kilometrach udało mi się wyprzedzić kilku zawodników, na ostatnich metrach bardzo mocno finiszowałem, żeby wyprzedzić jeszcze jednego - skończyło się na 36:39 (rekord) i 17. miejscu. Na mecie spotkałem niezadowolonego Alexa - (35:55, 14. miejsce). Był wściekły, że osłabł w drugiej połowie dystansu. Niestety, to jest cena za przestawienie się na bieganie maratonów. Po Atenach szybkość powinna wrócić. Niedługo po mnie pojawił się Marcin (37:00, 21. miejsce!). Robi niesamowite postępy, kontynuując swoją serię poprawiania się o minutę na każdych zawodach. Na następnym biegu na dychę będę się musiał nieźle napocić, żeby nie zostać za nim w tyle. Policzyliśmy, że jeszcze 10 startów Marcina i Kenenisa Bekele zostanie zdetronizowany. Mikołaj zameldował się na mecie z czasem 46:28, Magda złamała godzinę (57:37) i zdobyła dla naszego klubu 2 punkciki.

W klasyfikacji drużynowej wśród mężczyzn zajęliśmy 3. miejsce, za niedoścignionymi zawodnikami Entre, a także wzmocnioną w tym sezonie drużyną KB Gymnasion. Konkurencja stale rośnie - bieg ukończyła rekordowa liczba 329 zawodników.

15.10.2006
Maraton w Poznaniu - kolejne 3 życiówki Byledobiec
Relacja Roberta
Robert, Marcin, Alex - silna reprezentacja Byledobiec w Poznaniu

Miesiąc przed maratonem w Poznaniu (17.09), wszyscy w klubie mieliśmy powody do radości. Czterech zawodników pobiło swoje rekordy życiowe: Alex, Marcin i Andrzej w Warszawie, ja w Sydney. Teraz z Alexem i Marcinem postanowiliśmy wybrać się na maraton do Poznania, by jeszcze wyśrubować życiówki. Każdy z nas miał inny cel. Ja chciałem pobiec poniżej 2:50, Alex walczył o złamanie trójki, Marcin nastawiał się na 3:15. Każdy z nas liczył więc na znaczący postęp na przestrzeni zaledwie 4 tygodni.

Przygotowania do Poznania rozpocząłem dopiero po powrocie z urlopu. Przez cały tydzień po maratonie w Sydney nabijałem kilometry na australijskich drogach (blisko 3000), niestety - tylko samochodem. Długi lot powrotny również nie poprawił specjalnie mojej formy (dobiegnięcie do metra w czasie przesiadki w Singapurze trudno nazwać treningiem :-)). Po powrocie do Polski bardzo irytowały mnie podróże do pracy komunikacją miejską w korkach, które w tym okresie były straszne. Mieszkam w Aninie, pracuję w Pyrach, do biura dojeżdżałem około 1,5 godziny w zatłoczonych autobusach. Do tej pory często praktykowałem bieganie do pracy i z powrotem, w tym okresie postanowiłem tak robić codziennie. W poniedziałek rano przywiozłem do pracy ciuchy na zmianę na cały tydzień. W moim biurze jest prysznic, przybory do kąpieli trzymam u siebie w szafie. Udało mi się tak, że przez cały jeden tydzień nie jeździłem w ogóle do klienta, poza tym nie miałem żadnych innych spotkań - mogłem biegać do woli. Wstawałem rano, wypijałem szklankę wody, chwilę pomyślałem i o 7:30 wybiegałem do pracy, gdzie pojawiałem się o 9:00, po 20 kilometrach ciągłego, spokojnego biegu. Wyjmowałem notebooka z szuflady, żeby zaznaczyć swoją obencność i szedłem pod prysznic. W czasie kupionego poprzedniego dnia śniadania, czytałem pocztę i wchodziłem w normalny tryb pracy. Przed 18 notebook lądował w szufladzie, ja lądowałem w moich asicsach i ruszałem na bardziej urozmaicony trening (szedłem, biegłem, sprintowałem, rozciągałem się, itd.). Wieczorem kąpałem się, zjadałem miskę makaronu, porozmawiałem z domownikami i szedłem spać.

Wielki bieg, wielki finisz

Po takim rygorze treningowym miałem prawo liczyć na wynik 2:50. Niestety w czwartek, na 3 dni przed biegiem złapało mnie przeziębienie, które mogło zupełnie przekreślić moje plany. W tym roku to była ostatnia szansa na ustanowienie życiówki w maratonie, ale w piątek nawet zastanawiałem się, czy w ogóle jest sens startować - decyzję miałem podjąć na miejscu. W sobotę wcześnie rano wyszedłem na rozruch z zatkanym nosem. Na szczęście dało się jakoś z tym biegać. Dwie godziny później Marcin podjechał po nas samochodem i wyruszyliśmy w drogę. Po południu dotarliśmy do Novotelu Malta. Marcin wybrał się na zwiedzanie muzeum militarnego, ja z Alexem poszliśmy na rynek, zatrzymaliśmy w knajpie Brovaria, gdzie delektowaliśmy smacznym piwem miodowym, wytwarzanym na miejscu (trunek nie jest pasteryzowany, dlatego dostępny tylko tutaj). Atrakcją pubu, są stojące w centrum sali kadzie, w których warzone jest piwo. Wieczorem poszliśmy się zarejestrować, gdzie zjedliśmy podwójną porcję na kończącym się pasta party. Wróciliśmy do pełnego maratończyków hotelu, którego właściciele chcieli nam chyba zasugerować, żebyśmy poszli spać, ponieważ odłączono prąd. Taki stan utrzymywał się przez blisko godzinę, na szczęście w końcu usunięto awarię.

Następnego dnia rano wyruszyliśmy w kierunku linii startu. Organizacyjnie wszystko przebiegało sprawnie, mieliśmy tylko problem z oddaniem toreb z rzeczami. Polecano nam, żebyśmy na 15 minut przed startem przeszli się do oddalonego o 1,5 km biura zawodów i wrócili (bardzo dobra rada, wujku). Na szczęście udało nam się wrzucić torby do bagażnika samochodu z zegarem, który miał jechać przed czołówką biegaczy. Na starcie z przodu stawki spotkaliśmy masę znajomych. Odliczanie, strzał startera i tłum ruszył.

Do mety jeszcze parę metrów, właśnie mijają 3 godziny...

Na pierwszych kilometrach trzymałem się blisko Sylwestra Karczewskiego, który również biegł na 2:50. Po paru kilometrach wyprzedził nas Wojtek Staszewski, celujący w 2:45 oraz grupa ze znajomymi z Huraganu Wołomin: Darkiem Królem i Pawłem Szynalem. Biegłem za nimi w okolicach Starego Miasta, potem odpuściłem. Cały czas starałem się trzymać zakładane tempo 4:00 min/km, choć zauważyłem, że oznaczenia trasy są mylące - co piąty kilometr był dłuższy. 4 kilometry biegło się po 3:58, by kolejny zaliczać w 4:15. Na 13 kilometrze dogoniło mnie kilku zawodników i zaczęliśmy powoli zmniejszać dystans do wyprzedzającej nas grupy. Dogoniliśmy ją na 19 kilometrze i od tego momentu napieraliśmy razem. Półmetek poszedł w 1:24:37 - miałem lekki zapas. Po przebiegnięciu Warty przesunąłem się na początek grupy, a przed rynkiem zacząłem jej uciekać. Nie udało mi się niestety załapać na trykające zawsze w południe koziołki. Maraton startował o 11:00 - na pierwszym kółku było za wcześnie, na drugim już za późno. Biegło mi się wspaniale, przypomniały mi się chwile z Sydney, kiedy mijałem kolejne osoby przed 30 km. Na punkcie odżywiania powinien czekać na mnie żel, który opisałem moim numerem i zostawiłem organizatorom na starcie. Niestety mimo krzyków i gróźb nikt nie znalazł go na stoliku - zakląłem i pobiegłem dalej. Do tej pory piłem tylko wodę, przydałoby się trochę węglowodanów. Druga moja tubka, którą zostawiłem po 30 kilometrze była teraz bardzo pożądana. Na długiej prostej - ulicy Warszawskiej wyprzedziłem kilku kolejnych biegaczy. Cały czas smarkałem i spluwałem, przeziębienie jednak trochę dawało się we znaki. Na punkcie odżywiania po 30 km czekała na mnie upragniona tubka żelu. Serdecznie podziękowałem wolontariuszom za ten wspaniały dar i zaczął wysysać słodką, truskawkową substancję. Na 32 kilometrze, po wyprzedzeniu kilku kolejnych zawodników dołączyłem do jakiejś kobiety, która wydawała mi się mocna. Na podbiegu przed ulicą Dymka do walki zagrzewała nas kapela rockowa, grająca "Come As You Are" Nirvany. Na 35 kilometrze moja towarzyszka nieco zwolniła i zacząłem obawiać się o utrzymanie tempa. Na szczęście chwilę później wyprzedził nas Marek Swoboda, autor strony internetowej, na której dostępne są zdjęcia wszystkich polskich maratończyków. Z przyjemnością do niego dołączyłem i kolejne kilometry biegłem za nim, wyprzedzając kolejnych biegaczy. Nie odczuwałem specjalnego zmęczenia, nie było mowy nawet o cieniu kryzysu. Pilnowałem jedynie długości kroku. Na mijance w okolicach 41 kilometra dopingowałem znajomych zawodników, którzy tracili do mnie już dobrze ponad 500 metrów. Klaszcząc i krzycząc nie zwróciłem uwagi na rozrzucone na asfalcie przy punkcie odżywiania skórki od bananów. Mało nie wywinąłem orła na jednej z nich. Skręciliśmy z ulicy Baraniaka, tuż za punktem, z którego startowaliśmy blisko 3 godziny wcześniej. Kiedy wbiegałem nad Maltę wyszło słońce. To było niesamowite uczucie - przez cały dzień chmury szczelnie zasłaniały niebo, a kiedy zbiegałem nad jezioro, stała się jasność. Mój towarzysz, za którym biegłem przez ostatnie 7 kilometrów, cały czas wyprzedzał mnie o kilkanaście metrów. Dopiero, gdy zbiegaliśmy na 100 metrów przed metą dostałem wiatru w żagle, zrobiłem sprint i szybko zostawiłem go z tyłu. Ostatnie kilkanaście metrów przebiegłem wymachując rękami z radości. Na zegarku widniał wynik 2:49:00!

Marcin wyprzedza na finiszu

Drugą połowę dystansu przebiegłem jeszcze szybciej, niż pierwszą. Zająłem 58 miejsce - znakomite, jak na tak dobrze obsadzony maraton. Konsekwentnie przesuwałem się do przodu stawki (kolejne dziesiątki: 93, 83, 67 i 58 miejsce). Osiągnąłem znakomity, okrągły wynik - to było fantastyczne!

Czekałem na mecie na kolejnych zawodników, przede wszystkim na Alexa. Pojawił się chwilę potem, jak na zegarze minęły 3 godziny. Co za pech - do złamania trójki zabrakło zaledwie 9 sekund. Długo leżał zawiedziony na asfalcie. Byłem pewien, że jeszcze nieraz pobiegnie maraton dobrze poniżej 3 godzin, ale ta informacja nie była dla niego pocieszająca. Ktoś spytał: "Potrzebuje pan lekarza?". "Psychologa" - padła odpowiedź.

Kwadrans później na mecie pojawił się Marcin - 3:15:37. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby nie sensacje żołądkowe i wizyta w Toi-toice na 30 kilometrze (szczegółowa relacja z Toi-toiki na stronie Marcina :-)). Cenna nauka - zjedzenie 4 bananów przed maratonem, to nie jest najlepszy pomysł - nie eksperymentujemy przed takimi zawodami.

Banany wchodziły za to znakomicie po biegu. Porządnie się odżywiliśmy i wróciliśmy do hotelu. Po kąpieli wyruszyliśmy do Warszawy, po drodze zatrzymując się na porządny obiad. Mnie i Marcinowi humory bardzo dopisywały, Alex miał mieszane uczucia. Może Poznań nie jest najlepszym miejscem na złamanie trójki, a efektowniej będzie zrobić to w Atenach?


(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin