|
||||||||||
|
W niedzielę wziąłem udział w biegu Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy "Rozlicz się z cukrzycą". Oczywiście, nie byłem nastawiony na ściganie, dlatego wcześniej zaaplikowałem sobie ostry trening i wymęczony stawiłem się pod Pałacem Kultury, żeby się roztruchtać. Udział w tym biegu to świetna okazja, żeby trochę szerzej otworzyć swój portfel, wspomagając szczytny cel zbiórki. Poza tym jest się częścią pewnej pozytywnej manifestacji. Na starcie spotkałem masę znajomych, już w metrze natknąłem się na Marka Troninę z rodziną. Fundacja Maraton Warszawski wspierała ten bieg organizacyjnie.
Na imprezach biegowych przeważnie się ścigałem, taka zabawa była więc dla mnie nowością. Trzeba było uważać, żeby nie złapać kontuzji - sam kilka razy dostałem w Achillesa. Masa dzieciaków biega strasznie nieodpowiedzialnie, a niektórzy niedzielni joggerzy (których była tu masa) nie są od nich lepsi. W pewnym momencie, obok mnie z prawej strony jechał rowerzysta, z lewej miałem dziewczynę z uprzężą, do której przyczepiony był biegnący przede mną pies (czasem zahaczał o mnie smyczą), a z tyłu ktoś ambitnie napierał wózkiem inwalidzkim. Jak tu uciec?! Najzabawniejszy był moment, gdy biegnący kilkanaście metrów przede mną pies zatrzymał się na chwilę i zrobił kupę na środku Świętokrzyskiej :-)
Edycja zimowych biegów górskich w Falenicy ruszyła pełną parą. Padł chyba rekord frekwencji, na trudnej trasie 10 km biegało aż 105 osób, w tym sporo naprawdę mocnych biegaczy. Byledobiec stawił się w składzie ja, Alex i Marcin. Na razie nie udało się nam wyciągnąć Marasa na jedno kółko (choroba), ale jego debiut w barwach naszego klubu zbliża się nieuchronnie. W czasie zapisów spotkaliśmy wielu znajomych z biegowych tras, atmosfera była super.
Tegoroczna "zima" bardzo sprzyja trenowaniu, w dniu biegu trochę padało, co pomogło utwardzić niektóre piaszczyste odcinki. Trasę znamy znakomicie, wielokrotnie braliśmy tu udział w zawodach, jeszcze częściej trenowaliśmy. Alex już wydobrzał po chorobie, co widać było tydzień wcześniej na Kabatach. Marcin udowodnił tam, że jego forma stabilnie rośnie. Ja po cichu liczyłem na złamanie 40 minut - miała to być okazja do rehabilitacji za nieudany eksperyment z kolcami na poprzednich zawodach.
|
Na starcie porządnie się zakotłowało, przede mną napierał jakiś gość, który umarł po pierwszym podbiegu. W połowie kółka sytuacja zaczęła się w miarę stabilizować. Alex mocno wyrwał i praktycznie od początku do końca dzieliło nas dwadzieścia kilka sekund. Ja trzymałem stabilne tempo, robiąc każde kółko w 13 minut z małym haczykiem. Bieg wygrał Robert Celiński ze świetnym czasem 36:42. Może za 10 lat to ja będę tym "lepszym Robertem Celińskim" :-) Alex wpadł na metę, jako szósty, z czasem 38:50, do drugiego miejsca stracił zaledwie 35 sekund - znakomity wynik. Ja przybiegłem ósmy - 39:16, na mecie byłem zachwycony. Marcin czuł się tego dnia trochę zmęczony, ale i tak 12. miejsce z czasem 40:26, to świetny rezultat.
Wypad do Falenicy był super, wszyscy zrobiliśmy życiówki na tej trasie. W następnych zawodach będzie o nie trudniej, gdy pojawi się śnieg. Poza tym sezon maratoński zbliża się wielkimi krokami i raczej nie poszaleję już w tym roku na wydmach.
Po udanym roku 2006 trzeba było przyzwoicie zacząć nowy sezon. Bieg Noworoczny był dla mnie dobrą okazją do zrehabilitowania się za nieudany występ w Biegu Mikołajkowym miesiąc wcześniej. Przez przerwę świąteczną sporo pracowałem nad odzyskaniem formy kładąc szczególny nacisk na szybkość. Liczyłem na czas ppniżej 36 minut i miejsce w pierwszej dziesiątce. Robert i Marcin również ciężko przepracowali ostatnie tygodnie zeszłego roku, liczyli zatem na dobre wyniki. Robert po raz pierwszy postanowił wystartować na Kabatach w kolcach. Andrzej ostatnio trenował mniej, można było zatem spodziewać się wyniku w okolicach 42 minut.
Rok temu Bieg Noworoczny nie był zbyt silnie obsadzony - praktycznie bez treningu udało mi się zająć 25. miejsce z czasem powyżej 44 minut. Robert rok temu był 11. z wynikiem niewiele poniżej 40 minut. Tym razem nie było już tak łatwo - na starcie jak zwykle spotkaliśmy mnóstwo znajomych biegaczy, a wśród nich ścisłą warszawską czołówkę z Marcinem Kuflem na czele.
Tuż po starcie tradycyjnie wyrwałem do przodu, żeby nie tracić cennych sekund na slalom między zawodnikami. Przez chwilę biegliśmy razem z Robertem, ale po kilkuset metrach zostałem już sam. Przede mną w zawrotnym tempie oddalali się Marcin Kufel i Sebastian Polak, w końcu wyprzedził mnie Jacek Gardener. Trzymałem się na czwartym miejscu przez 4 pierwsze kilometry, kiedy dogoniła mnie grupka 3 biegaczy - Szymon Drabczyk, Paweł Zach i młody zawodnik z KB Jogger Nowy Dwór Mazowiecki, Rafał Wojtczak. Kolejne kilometry biegliśmy razem, międzyczasy mieliśmy dobre, wiedziałem, że spokojnie dotrwam do mety z wynikiem poniżej 36 minut. Na 7. kilometrze trochę zwolniłem, dałem się wyprzedzić Pawłowi i Rafałowi, ale cały czas trzymałem sie parę metrów za nimi. Niestety, w okolicach 8. kilometra zaczęła mi się rozwiązywać sznurówka. Przez kilkaset metrów biegłem z nadzieją, że jakoś dotrwam do mety, ale było coraz gorzej. W końcu zdecydowałem sie zatrzymać. Niestety, miałem zawiązany supeł i gdybym zaczął go rozwiązywać, straciłbym pewnie ponad 20 sekund. Nie mogłem sobie na to pozwolić, zwłaszcza, że doganiał mnie Szymon Drabczyk. Zacisnąłem supeł, żeby jakoś sie trzymał, i ruszyłem dalej. Paweł i Rafał juz mi uciekli, nie miałem już o co walczyć, nie mogłem zresztą nawet porządnie przyspieszyć - musiałem układać nogę tak, żeby but mi nie spadł... W końcu dobiegłem do mety - czas 35:43, tylko 16 sekund gorszy od życiówki mimo problemów z butem, no i znakomite, 6. miejsce, jak sie później okazało - nagrodzone pucharem. Na mecie dowiedziałem się o niesamowitych wynikach Sebastiana Polaka (34:04) i Rafała Wojtczaka (35:15). Wszystko wskazuje na to, że konkurencja na warszawskich biegach będzie w tym roku bardzo silna. Trzeba się będzie wziąć do roboty...
Niedługo po mnie jako 11. na mecie pojawił się Marcin z nową życiówką 36:50 (poprawa o 9 sekund), a dwie pozycje za nim przybiegł Robert (37:11). Wygląda na to, że bieganie w kolcach kiedy nie ma śniegu nie było dobrym pomysłem. A może to kwestia przyzwyczajenia nóg do zupełnie innych butów. Andrzej pojawił się na mecie na 47. pozycji z czasem 42:30.
Nasz występ można uznać za bardzo udany - mnie udało się rozpocząć sezon z pucharem, Marcin pobił swoją życiówkę potwierdzając swoją wysoką formę, no i drużynowo wypadliśmy znakomicie. Gdyby sporządzono klasyfikację drużynową, zajęlibyśmy 2. miejsce za niedoścignioną ekipą ENTRE. Miejmy nadzieję, że na kolejnych zawodach w tym roku będziemy co najmniej tak silnym teamem ;)
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |