Archiwum wiadomości 21.01.2007 - 09.04.2007
09.04.2007
Biegi górskie w Falenicy - Lany Poniedziałek
Relacja Robert

Bardzo spodobał nam się pomysł zorganizowania biegu na falenickiej wydmie w lany poniedziałek. Byledobiec stawił się w trzyosobowym składzie. Zawody potraktowaliśmy treningowo. Alex ostatnio mniej biegał, ale jego zwycięstwo wydawało się niezagrożone, ja robiłem ostatni mocniejszy trening przed maratonem, a Marcin liczył, że na znanej trasie znajdzie poszukiwaną ostatnio motywację.

Na pierwszych podbiegach Alex wyrwał mocno do przodu, zaraz po nim biegł Filip z Entre. Marcin trzymał się niedaleko za mną. Biegłem stałym tempem i pod koniec pierwszego kółka wysunąłem się na pierwszą pozycję. Niedługo później nie było już za mną nikogo, za to Alex był w zasięgu wzroku. Do końca biegłem stałym tempem, dopingując Alexa do walki. Dobiegł w czasie 38:15, dużo słabiej od życiówki, ale jak na treningowy bieg w tym okresie, to i tak dobry wynik. Ja przybiegłem 42 sekundy później, łamiąc 39 minut. Marcin odpuścił sobie ten bieg i spokojnie uplasował się na czwartej pozycji - 42:33.

Zmoknięci, ale zadowoleni - jak to w lany poniedziałek

Mnie biegało się bardzo fajnie i mimo kiepskiej pogody nastrój dopisywał. Fajnie było biec na niezagrożonym drugim miejscu i poganiać Alexa na mijankach. Pewnie długo nie będzie zawodów, w których zajmiemy 2 pierwsze miejsca, a jeszcze mniej prawdopodobne - będziemy dwoma najmłodszymi zawodnikami :-)

31.03.2007
Grand Prix Warszawy na Kabatach - bieg nr 2
Relacja Alexa

W ostatnią sobotę marca Byledobiec w 3-osobowym składzie wystartowało w drugim biegu z cyklu Grand Prix Warszawy na Kabatach. Mój start stał pod znakiem zapytania, ponieważ po pierwszym treningu w nowych butach porobiły mi się odciski. Jednak postanowiłem pojawić się na Kabatach - nie chciałem opuszczać zawodów, zwłaszcza że w jednym z wiosennych biegów wystartuję trzy dni po maratonie, co na pewno odbije się na moim wyniku. Mój czas ze względu na problemy z odciskami był wielką niewiadomą, ale przyjąłem optymistyczne założenie, że podczas biegu nie będę ich czuł. Robert chciał wreszcie złamać 36 minut, a Marcin - wyśrubować życiówkę.

Na starcie biegu zjawiło się tym razem więcej mocnych zawodników, niż w pierwszym biegu z cyklu, ale liczyłem na miejsce w pierwszej dziesiątce. Od początku starałem się trzymać moich stałych, od paru biegów, kabackich rywali - Sebastiana Polaka i Rafała Wojtczaka. Większość dystansu pokonaliśmy wspólnie, na metę wpadliśmy w kilkusekundowych odstępach - najpierw Sebastian, potem ja i Rafał. Z odciskami podczas biegu nie było na szczęście problemu i mimo zmęczenia po półmaratonie udało mi się pobić kabacką życiówkę o 1 sekundę (34:43). Co do miejsca plan też wykonany - uplasowałem się na 8. pozycji. Jako 18. linię mety przekroczył Robert z czasem niestety gorszym od życiówki - 36:17. Zaraz za nim, jako 19., przybiegł Marcin z nowym rekordem 36:20. Po raz kolejny drużynowo odnieśliśmy sukces - w klasyfikacji 3Naj jesteśmy niekwestionowanym numerem dwa za ekipą ENTRE.PL.

25.03.2007
Półmaraton Warszawski
Pięć życiówek Byledobiec, piąte miejsce w generalce, drużynowo złamane 4 godziny
Relacja Roberta

Na razie krótko: 5 życiówek, 3 w półmaratonie:

42. #613 CELIŃSKI Aleksander - 1:17:43

74. #612 CELIŃSKI Robert - 1:20:34

77. #1103 JANKOWSKI Marcin - 1:20:46

RAZEM: 3:59:03

oraz Alexa i moja na 15 km. Alex i Marcin - super, ja niestety nie jestem do końca zadowolony, ale to mobilizuje do dalszej pracy. Więcej napiszemy, jak organizatorzy poprawią wyniki.

18.03.2007
Maratona della Citta di Roma
Relacja Roberta

Udział w rzymskim maratonie planowałem już od dawna. Dwa lata wcześniej, znajomi namówili mnie na wyjazd do Włoch, ale na narty. Byłem tam akurat w okresie, kiedy w Rzymie rozgrywany był maraton i trochę żałowałem, że nie wziąłem w nim udziału. Rok później miałem wspaniały, marcowy wyjazd do Los Angeles, w związku z czym Rzym musiał poczekać. W końcu, sprawdziło się powiedzenie "do trzech razy sztuka".

Miesiąc wcześniej w dobrym stylu pobiegłem w Egipcie 2:55, a od tego czasu jeszcze poprawiłem formę. Tydzień po maratonie w Rzymie miał być rozgrywany Półmaraton Warszawski i Alex namówił mnie, żebym potraktował go, jako docelową imprezę. Dlatego do stolicy Włoch leciałem bez specjalnych ambicji wynikowych. Chciałem tylko złamać 3 godziny, co wydawało mi się dziecinnie proste.

Chciałem oszczędzać urlop i wykupiłem poranny, piątkowy lot, a wracałem w niedzielę późnym popołudniem. O tak krótkim wyjeździe zadecydowało również to, że już wcześniej byłem w Rzymie na wycieczce w szkole średniej. Pamiętałem wiele zabytków w centrum miasta, ale również zwiedziłem wtedy muzea watykańskie. Stwierdziłem więc, że krótki, weekendowy wypad będzie idealnym rozwiązaniem.

Odpowiednio wcześniej zapłaciłem wpisowe i zarezerwowałem sobie pokój na dwie doby, w okolicach głównej stacji kolei i metra - Termini. Lokalizacja wydała mi się znakomite ze względów transportowych. Pierwszy raz w historii moich wyjazdów zdecydowałem się na hostel i wybrałem pokój 4-osobowy, do którego mieli mi kogoś "dorzucić". Stwierdziłem, że interesująco będzie poznać dzięki temu nowych ludzi, zamiast zamykać się samemu w pokoju.

W piątek w południe wylądowałem na lotnisku Ciampino, przetransportowałem się autobusem do stacji Termini, skąd miałem dwa kroki do hostelu. W Internecie był on bardzo rekomendowany - kiedyś został uznany za jedno z 10 najlepszych tanich miejsc noclegowych na świecie. Niestety, z dawnej sławy raczej niewiele pozostało - nieczynna kuchnia, kiepski dostęp do Internetu, pokoje bez rewelacji. W porównaniu ze świetnym noclegiem w Lizbonie, wypadał raczej słabo.

Mój pokój był na razie pusty. Zostawiłem rzeczy i wyszedłem na obchód. Byłem bardzo głodny i najpierw zjadłem spaghetti w pobliskiej restauracji, w której byłem jedynym klientem. Jedzenie nie było wybitne, za to drogie, a do tego kelner przyniósł rachunek z dodatkiem za serwis, nakrycie i jeszcze nie wiadomo co. Po wypełnieniu brzucha, udałem się do pobliskiej stacji metra i przejechałem linią B do południowej dzielnicy EUR, gdzie odbywały się targi maratońskie. W drodze do Palazzo dei Congressi minąłem włoskie Ministerstwo Finansów i szybko znalazłem się pod dużym gmachem, w okolicy którego spacerowało wielu maratończyków. Odebrałem numer startowy i gadżety, po czym zacząłem zwiedzanie targów. Były rozproszone w wielu salach, ale naprawdę duże - masa stoisk ze sprzętem biegowym i odżywkami, punkty z informacjami o wielu maratonach, stoiska sponsorskie, itd. Mnie najbardziej interesowała karta maratońska, która upoważniała do bezpłatnego korzystania z komunikacji miejskiej. Po dość długim zwiedzaniu opuściłem targi i wróciłem do metra. Po przejechaniu kilku stacji wysiadłem, żeby obejrzeć Bazylikę Świętego Pawła. W tym miejscu miałem przebiegać na pierwszych kilometrach maratonu. Przeszedłem się koło kościoła, a dalej aleją, na której roiło się od dzieci, które zaczynały tu weekend. Trochę pobłądziłem po okolicznych uliczkach, szukając kolejnej stacji metra.

Kiedy wróciłem w okolice mojego hostelu, robiło się już ciemno. Szukałem jakiegoś sklepu spożywczego. Mimo, że zaczepiona przeze mnie Włoszka nie rozumiała angielskiego, to potrafiłem wydusić z siebie "negozio alimentari", a otrzymałem jeszcze łatwiejszą odpowiedź "si, supermercato". Poznałem nazwę sklepu, a z ruchu jej rąk wywnioskowałem, jak do niego trafić. Muszę się pochwalić, że do wyjazdu byłem dobrze przygotowany. Nie dość, że przeczytałem dużą część przewodnika "Wspaniały weekend w Rzymie", to jeszcze do tego przerobiłem na kasecie osiem pierwszych lekcji rozmówek polsko-włoskich. Znałem kilka prostych zwrotów, ale też potrafiłem zamówić pół kilograma nie za bardzo dojrzałych pomidorów. Sklep znalazłem bez problemu, a po powrocie do hotelu zjadłem dużą część zakupionych produktów.

Po kolacji ani myślałem o odpoczynku. Zabrałem ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy i ruszyłem na obchód Rzymu. Oj, było tego zwiedzania. Zacząłem od Piazza della Republica - placu z piękną fontanną na środku. Panował tam bardzo duży ruch, a poza klimat był nieco popsuty przez stoliki restauracji McDonald's. Później udałem się w kierunku Placu Weneckiego, nad którym górował olbrzymi gmach - Ołtarz Ojczyzny. Budynek robił duże wrażenie, był ładnie oświetlony. Dalej kierowałem się zgodnie z mapą do Fontanny di Trevi. Stanąłem do niej tyłem i przez lewe ramię wrzuciłem pieniążek. Dzięki temu miałem pewność, że kiedyś tu jeszcze wrócę. W moim przypadku sprawdziła się przepowiednia sprzed jedenastu lat (jak ten czas leci).

Ołtarz Ojczyzny

Później udałem się "na czuja" w kierunku Schodów Hiszpańskich, jednak zupełnie zabłądziłem i nawet nie mogłem znaleźć na mapie ulicy, na której się znajdowałem. Uratowały mnie dwie sympatyczne motocyklistki. Wdrapałem się na szczyt Schodów Hiszpańskich, na których mimo późnej godziny panował spory ruch. Następną atrakcją był Piazza del Popolo. Doszedłem do niego trasą, którą później pokonywałem w przeciwnym kierunku na 37 i 38 kilometrze maratonu. Niestety, jak się później okazało - również pieszo. Zrobiłem kilka zdjęć na placu i zastanawiałem się, co robić dalej. Nieopodal była stacja metra, którym mogłem wrócić do domu, jednak postanowiłem kontynuować zwiedzanie.

Doszedłem do mostu i przeprawiłem się na drugą stronę Tybru. Rzeka ma dobrze uregulowane, wysokie brzegi (kiedyś było tu duże zagrożenie powodziowe), jest kręta i dość wąska. Większość stolice europejskich nie ma takiego komfortu - rzeki są przeważnie szerokie. Włosi mogli pozwolić sobie na wybudowanie tutaj wielu pięknych mostów i to relatywnie niewielkim kosztem w porównaniu do innych państw.

Skierowałem się na południe, minąłem Piazza Tribunali z górującym nad nim wysokim budynkiem i doszedłem do Castel Sant Angelo. Zamek był pięknie oświetlony, prowadził do niego bardzo elegancki most. Zatrzymałem się na trochę, żeby zrobić zdjęcia i nacieszyć oczy. Chwilę potem spojrzałem w kierunku zachodnim i moim oczom ukazał się imponujący budynek Bazyliki Świętego Piotra. Było już późno, ale postanowiłem jednak udać się w kierunku Watykanu i wrócić stamtąd metrem. Na pięknie oświetlonym placu było bardzo spokojnie. Po krótkim postoju przeszedłem się wzdłuż wysokiego muru, w kierunku Bramy Papieskiej. Dalej skierowałem się do wejścia muzeów watykańskich. Nie było tam żywego ducha, ale przynajmniej przypomniałem sobie miejsce, które kiedyś odwiedziłem. Następnie przeszedłem spory kawałek do metra, które było właśnie zamykane. Na szczęście strażnik polecił mi autobus, którym mogłem dojechać do Termini. Panował w nim spory ścisk, ale cieszyłem się, że przy okazji mogę poobserwować nocne życie Rzymu.

Bazylika nocą

Kiedy wróciłem do pokoju, leżały w nim już czyjeś rzeczy. W nocy obudził mnie hasał - jeszcze dwóch chłopaków rozkładało swoje rzeczy. Porozmawiałem z nimi trochę. Byli Irlandczykami i ucieszyli się, kiedy opowiedziałem im o mojej podróży na Zieloną Wyspę i maratonie w Dublinie. Okazało się, że nie tylko maraton był powodem dużego napływu turystów w ten weekend. Akurat następnego dnia w Rzymie miał się odbyć jeden z trzech ostatnich meczów Pucharu Sześciu Narodów w Rugby: Włochy - Irlandia. Żeby było ciekawie, na 25-tysięcznym stadionie aż 17 tysięcy biletów wykupili Irlandczycy, pozostawiając gospodarzom skromną resztę. Rzym był w ten weekend zielonym miastem, pełnym kibiców z wysp. Do tego dochodził wypadający w sobotę Dzień Świętego Patryka - prawdziwe irlandzkie szaleństwo. Przed meczami Irlandia, Francja i Anglia miały tyle samo punktów i toczyły korespondencyjne pojedynki, które musiały wygrać i zdobyć jak największą liczbę goli. Anglicy przegrali, Irlandczycy rozgromili Włochów 51:24. Wśród kibiców w zielonych koszulkach panowała ogromna radość. O zdobyciu pucharu decydował odbywający się później mecz na Stade de France, gdzie gospodarze spokojnie wygrywali, jednak w końcówce nie mieli wystarczającej przewagi goli, żeby wyprzedzić Irlandię. Zapewnili ją sobie dopiero w ostatniej, problematycznej akcji meczu, zdobywając tytuł. Mimo takiego pecha, w Rzymie i tak odbywało się zielone święto.

Kiedy wstawałem wcześnie rano, wszyscy smacznie spali. Poza Irlandczykami był jeszcze jeden chłopak, którego niestety nie było dane mi poznać - zawsze się mijaliśmy. Przebrałem się w ciuchy do biegania, wziąłem aparat, małą mapkę i wyruszyłem na poranny rozruch, połączony ze zwiedzaniem.

Zacząłem od Koloseum, do którego podjechałem metrem. Wokół wielkiego amfiteatru czuć było atmosferę maratonu. To tutaj umiejscowiono jego metę i start, rozkładane były już barierki. Wokół poruszały się grupki biegaczy. Nie tylko ja wpadłem na pomysł, żeby robić tu poranny rozruch.

Przed Koloseum, w przeddzień startu maratonu

Budowę Koloseum rozpoczęto w 72 roku, ukończono 8 lat później, za czasów Tytusa. Obwód obiektu liczy 527 metrów, widownia potrafiła pomieścić 55 tysięcy widzów, wpuszczanych 80 arkadowymi wejściami. Nic dziwnego, że w VIII wieku amfiteatrowi nadano nazwę "Koloseum". Biegnąc dookoła, starałem sobie wyobrazić, jak wyglądało to miejsce blisko dwa tysiące lat temu. Podobno w trakcie trwającej 100 dni inauguracji amfiteatru, życie straciło 2000 wojowników i 9000 zwierząt. W tym czasie zamęczonych zostało również wielu prześladowanych Chrześcijan. Zastanawiałem się również nad prawdą historyczną w "Quo vadis" Sienkiewicza. Fabuła w niedługim odstępie czasu łączy żywot Świętego Piotra z wydarzeniami w Koloseum. Słusznie wątpiłem wtedy, że Piotr doczekał tych czasów - zmarł męczeńską śmiercią w 67 roku n.e., 13 lat przed otwarciem amfiteatru.

Później, przeszedłem się do parku na wzgórzu, skąd roztaczał się bardzo ładny widok. Wróciłem pod Arco di Constantino przy Koloseum, skąd obejrzałem Palatyn - wzgórze, które stało się rezydencją cesarzy. Dalej, przetruchtałem ulicą Fori Imperiali, zatrzymując się przy Forum Romanum - dawnym centrum miasta. Dotarłem do Placu Weneckiego, nad którym górował Ołtarz Ojczyzny - pomnik Wiktora Emanuela II. Ten potężny, renesansowych gmach był do połowy XVI wieku rezydencją papieską, później mieściła się tu ambasada austriacko-węgierska, a także rezydencja Mussoliniego. Okrążając zabytkowy, rzymski obszar, wdrapałem się na Kapitol, podziwiając plac i budynki, zaprojektowane przez Michała Anioła. Przemieściłem się marszobiegiem na drugą stronę Tybru, przechodząc mostem na Isola Tiberina, po czym przeprawiłem się z powrotem kolejnym mostem. Wycieczkę zakończyłem spacerem po pozostałościach Circo Massimo. Był to najstarszy i największy cyrk starożytniego Rzymu, wielokrotnie przebudowywany pomiędzy VI, a IV wiekiem p.n.e. 250 tysięczna widownia mogła na nim podziwiać między innymi wyścigi rydwanów. Po tak intensywnym rozruchu udałem się na śniadanie do hostelu. Moi irlandzcy znajomi wychodzili na mecz - życzyłem powodzenia ich drużynie. Trzeci współlokator smacznie spał. Śniadanie zjadłem obok kuchni, która niestety była nieczynna i nie znalazłem w niej żadnych naczyń. Potrzeba jest matką wynalazków - miskę do płatków i łyżeczkę wyciąłem scyzorykiem z butelki po wodzie mineralnej (bardzo wygodnie się z tego jadło), a za talerz robił spód od jednorazowego opakowania po wędlinie. Śniadanie popiłem wodą "Egeria", która nazywała się dokładnie tak samo, jak system informatyczny, produkowany przez moją firmę.

Po śniadaniu mogłem rozpocząć właściwe zwiedzanie z podręcznym przewodnikiem. Najpierw przejechałem do stacji Flamino i przeszedłem się na Piazza del Popolo. Tam spotkałem Piotra i Michała, których poznałem jeszcze w Warszawie. Lecieliśmy razem samolotem, a potem spotkaliśmy się jeszcze przy okazji rejestracji na maraton. W okolicach było bardzo zielono, ale nie za sprawą drzew, tylko irlandzkich koszulek. W ten weekend w Rzymie było więcej Irlandczyków, niż maratończyków i zastanawiałem się, jak rozbudowaną bazę turystyczną muszą tu posiadać, żeby pomieścić tych wszystkich ludzi.

Piazza del Popolo

Przeszedłem się trochę po placu, który znajduje się u zbiegu trzech dużych ulic. Jego dwa charakterystyczne punkty, to XVI-wieczna brama (Porta del Popolo) i wysoki obelisk. Podszedłem do Santa Maria del Popolo - wczesnorenesansowego kościoła. Został on wybudowany w tym miejscu, żeby przegonić błąkają się duszę pochowanego w tych okolicach Nerona. Później, udałem się na parkowe wzgórze - Monte Pincio, z którego roztaczał się piękny widok na miasto.

Fontanna di Trevi

Kolejną atrakcją była Via Veneto - bardzo popularna w pierwszej połowie XX wieku ulica w Rzymie. Została zaprojektowana dopiero pod koniec XIX wieku i bardzo szybko pojawiło się przy niej wiele luksusowych lokali. Dostałem się tam, przekraczając bramę w wysokim murze. Moją uwagę od razu zwróciły eleganckie, długie, przeszklone lokale restauracyjne od strony ulicy, oddzielone od restauracji chodnikiem. Zatrzymałem się na kawę i ciastko w sklepie-kawiarni Palombi, gdzie sprzedawano wiele ciekawych rodzajów makaronów.

Przeszedłem się do końca ekskluzywnej ulicy, po czym pobłądziłem trochę, by znaleźć się przy dużym Piazza dei Quirinale. Stamtąd przeszedłem w dół wąskimi uliczkami do Fontanny di Trevi, jak zwykle bardzo obleganej przez turystów. Kolejną atrakcją był Piazza di Spagna, do którego tym razem trafiłem bez problemu. Plac był niegdyś ulubionym miejscem rzymskich artystów. Teraz jest tam zawsze niezwykle tłoczno. W centrum placu stoi charakterystyczna fontanna, w kształcie łodzi. Wdrapałem się na Schody Hiszpańskie, żeby popatrzeć na miasto z góry. Zrobiło się bardzo ciepło, a sprzedawcy na straganach z radością sprzedawali półlitrowe butelki wody, za kosmiczną cenę. Żeby było ciekawiej, nawet w knajpach ta woda była tańsza, niż w tych kramikach.

Schody Hiszpańskie

Zszedłem z powrotem schodami, na których odbywają się czasem pokazy mody, a odchodząca na wprost Via Condotti jest pełna ekskluzywnych butików. Przechodząc tą ulicą uśmiechałem się tylko, patrząc na ceny w witrynach sklepowych. Po krótkim spacerze przeszedłem Ponte Cavour na drugą stronę Tybru. Doszedłem do Piazza Cavour, przez który miałem biec następnego dnia, a później dotarłem do Castel Sant' Angelo - potężnej fortecy, pełniącej kiedyś funkcję siedziby papieży w chwilach zagrożenia. Jest połączony z Watykanem korytarzem. Zamek przez pewien czas gościł również rodziny arystokratyczne, pełnił również funkcję więzienia.

Przeszedłem dalej tą samą drogą, którą przemierzałem poprzedniego wieczora i dotarłem pod Bazylikę Świętego Piotra. Okazało się, że mam mnóstwo czasu i postanowiłem przekroczyć jej próg. Niestety, przy bramkach bezpieczeństwa okazało się, że mam przy sobie scyzoryk. Strażnicy polecili mi opuścić Watykan, bo turyści nie mogą tu wnosić tego typu przedmiotów. Zostawienie noża w depozycie nie było niestety możliwe. Cóż, jak to się mówi: "Duralex Durex" - wyszedłem z placu i udałem się do pierwszego napotkanego sklepu z pamiątkami. Sympatyczna obsługa wzięła mój scyzoryk na przechowanie, a ja udałem się z powrotem do bazyliki.

Widok z kopuły bazyliki na Plac Świętego Piotra

Tam okazało się, że istnieje możliwość wejścia na kopułę, na wysokość 136,5 metra. Nie wahałem się długo i po odstaniu kilkunastu minut w kolejce, wdrapywałem się szybko okrągłymi schodami. Niedługo potem mogłem z lotu ptaka podziwiać wnętrze bazyliki. Kolejnym etapem była stroma wspinaczka na kopułę. Słuchając oddechu idących ze mną ludzi utwierdziłem się w przekonaniu o mojej znakomitej kondycji. Czułem jednak, że ta wspinaczka mocno wejdzie mi w nogi, co w perspektywie maratonu wydawało się dość groźne. Nie przejmowałem się jednak tym specjalnie, na wyniku sportowym specjalnie mi nie zależało. Długi marsz został nagrodzony wspaniałymi widokami ze szczytu - to było piękne. Później dotarłem jeszcze na poziom tarasów, na których stoją charakterystyczne figury. Kolejnym etapem zwiedzania było bogate wnętrze Bazyliki, a na koniec przeszedłem się do grobów papieskich. Zbliżała się wtedy druga rocznica śmierci Jana Pawła II.

Piazza Navona

Zakończyłem spacer po Watykanie i przeszedłem na drugą stronę Tybru, do zabytkowej Via del Governo Vecchio. Odsapnąłem chwilę na tamtejszym skwerku, przespacerowałem się po uliczkach, pełnych klimatycznych knajpek, po czym udałem się w kierunku Piazza Navona. Piękny, barokowy plac był rzeczywiście tak duży, jak wskazywała na to mapa. Trudno uwierzyć, że w tym miejscu był zbudowany kiedyś antyczny stadion, mogący pomieścić 30 tysięcy widzów. Przeciskałem się przez gęsty tłum i odpocząłem chwilę przed Fontanną Czterech Rzek.

Panteon

Po przebyciu krótkiego dystansu dotarłem do Panteonu, przy Piazza della Rotonda. Gmach zbudowany w 125 roku n.e. stoi teraz wśród gęsto rozstawionych domów rzymskiej starówki. Wygląda to inaczej, niż w Grecji, czy Egipcie, gdzie starożytne obiekty są wyraźnie oddzielone od nowszej zabudowy. Wnętrzu "świątyni wszystkich bogów" odpowiedni klimat nadaje oculus - otwór w szczycie kopuły, przez który wpada do środka światło słoneczne. Niestety, było już późno i światło nie docierało już na posadzkę świątyni, co pewnie wywołałoby jeszcze ciekawsze wrażenie. W Panteonie znajdują jest pochowanych wiele sławnych osób, między innymi Rafael.

Tuż przy Panteonie znajdowała się oblegana lodziarnia. Ponieważ zgłodniałem, nie mogłem sobie odmówić porcji lodów. Zamówiłem małą i faktycznie, otrzymałem skromny wafelek, ale lód był gigantyczny. Zamówiłem porcję czekoladowych, która smakowała wprost wyśmienicie. To były zdecydowanie najlepsze lody czekoladowe, jakie kiedykolwiek jadłem. Przespacerowałem się zadowolony po okolicznych uliczkach i poszedłem na południe Via Torre Argentina, mijając duży plac z antyczną zabudową i charakterystycznymi rozjazdami tramwajów.

Campo dei Fiori

Dotarłem do Campo dei Fiori, po którym jeździły dwa pojazdy-odkurzacze, sprzątające pozostałości po targu kwiatowym. W części placu pozostało jeszcze kilka ładnych stoisk. Spojrzałem na pomnik Giordana Bruna - filozofa, uznanego w 1600 roku uznanego za heretyka i spalonego na stosie. Na rogu placu były rozstawione stoliki pubu, przy których klienci sączyli zielone (z okazji Dnia Świętego Patryka) piwo. Parę kroków dalej znajduje się Palazzo Farnese, którego budowę kończył sam Michał Anioł. Pałac nie jest dostępny dla zwiedzających, ponieważ mieści się w nim teraz ambasada Francji. Byłem ciekawy, jak w Paryżu zrewanżowano się Włochom za ten hojny gest - miałem się o tym przekonać miesiąc później, podczas maratonu w stolicy Francji.

Kolejnym etapem mojej pieszej wycieczki było Trastevere - "Zatybrze". Przeszedłem przez most, a potem wzdłuż brzegu, mijają bogatą Villa Farnesina, wybudowaną przez bogatego bankiera ze Sieny. Następnie, skręciłem kierunku wąskich uliczek Zatybrza. Bardzo podobał mi się klimat tego miejsca, przypominał mi trochę urokliwe miasteczka Lazurowego Wybrzeża. Pięknie było przy Piazza Santa Maria, gdzie atrakcją był pokaz dwóch akrobatów, którzy wyczyniali niesamowite rzeczy na środku placu.

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy dotarłem na Isola Tiberina - odwiedzoną już rano wyspę, w kształcie łodzi. Teraz nie mogłem sobie odmówić przyjemności obejścia jej dookoła. To bardzo romantyczne miejsce - przeważały pary, spacerujące za rączkę i dzielące gorące pocałunki. Prawie całą wyspę zajmuje szpital Fatebenefratelli. Kiedyś była tu świątyni Eskulapa, boga medycyny, a w 1656 roku, na wyspie gromadzono chorych na dżumę, żeby zapobiec rozprzestrzenianiu się tej choroby w trakcie epidemii.

Widok z wyspy na Tyber

Most na wyspie zaprowadził mnie do średniowiecznego getta, w którym papież kazał się osiedlić Źydom. Dzielnica została ogrodzona wysokim murem, a Źydzi byli zmuszani do chodzenia do pobliskiego kościoła. Kolejna fala prześladowań była dziełem faszystów w trakcie II wojny światowej. Do tej pory dzielnicę zamieszkuje społeczność żydowska (podobnie, jak w krakowskim Kazimierzu). Największą atrakcją w tej części miasta jest piękna fontanna Tartarughe, na której szczycie znajdują się cztery charakterystyczne żółwie.

Zrobiło się już ciemno i postanowiłem wrócić do domu, przechodząc po drodze przez Kapitol, a kończąc przy oświetlonym Koloseum. Na Via dei Fori Imperiali była już rozstawiona brama ze startem i metą maratonu. Po drodze do hostelu zrobiłem jeszcze zakupy na śniadanie. Nie zamierzałem jednak kłaść się jeszcze spać, postanowiłem wypić symboliczne piwo z okazji Dnia Świętego Patryka. Po zasięgnięciu wskazówek, udałem się w kierunku pubu irlandzkiego, spacerując wzdłuż ruchliwej Via Cavour. Wokół knajpy tłoczyło się kilkaset osób. Udało mi się jakoś przepchnąć przez ten tłum i zakupić małe piwo, po cenie, za którą w warszawskim pubie dostałbym dwa duże.

Kiedy wracałem do domu, czułem się zmęczony - miałem ciężkie nogi. Nic dziwnego - najpierw zaliczyłem tego dnia spacer biegowy, a potem wielogodzinne zwiedzanie, z takimi atrakcjami, jak wejście na szczyt Bazyliki. Tego dnia zaliczyłem przeszło 50 km. Absolutnie nie żałowałem, ale czy w tej sytuacji mogłem liczyć na spokojne ukończenie maratonu następnego dnia? Położyłem się spać z nadzieją, że w nocy nieco się zregeneruję. Niestety, kiedy następnego dnia rano wstawałem z łóżka, moje nogi nie były w najlepszym stanie. Kiedy jadłem wczesne śniadanie, do hostelu właśnie wracali jacyś Irlandczycy, po całonocnej zabawie. Przysiedli się do mojego stolika, żeby się zbratać, a przy okazji wyjeść mi trochę chleba. Grzecznie odpowiadałem na wszystkie pytania. Byli pod wrażeniem moich sukcesów biegowych i cieszyli się, że zwiedziłem Irlandię. Kiedy tamci sobie poszli, przysiadł się do mnie inny Irlandczyk, o hippisowskim podejściu do życia. Podróżował ze swoją dziewczyną - Francuzką po całej Europie, a w Rzymie spotkało ich to nieszczęście, że ukradziono im samochód turystyczny, ze wszystkimi rzeczami osobistymi. Musieli spędzić noc w "moim" hostelu i nie wiedzieli, co będzie dalej. Obiecałem im, że jeżeli w trakcie maratonu zauważę żółtego turystycznego volkswagena, z pewnością ich o tym poinformuję.

Do Koloseum podjechałem stosunkowo wcześnie i miałem dużo czasu na rozgrzewkę. Mimo zmęczenia z poprzedniego dnia, cały czas chciałem złamać 3 godziny. Do strefy na starcie wszedłem dość późno i nie byłem najlepiej ustawiony. Po strzale startera tłum poruszał się bardzo powoli, minęło pół minut, zanim dotarłem do mat i po pierwszych kilometrach miałem sporą stratę do zakładanego tempa. Wynagrodziły mi to widoki - Forum Romanum, Ołtarz Ojczyzny, Kapitol. Później pobiegliśmy na południe, mijając Bazylikę Świętego Pawła, po czym zawróciliśmy, by na 10 kilometrze minąć charakterystyczną mini-piramidę. Zauważyłem, że Włochy to wspaniały kraj na bieganie maratonu. Przed każdym zakrętem na trasie można krzyknąć "o curva!", wszyscy cię rozumieją i nikt się z tego powodu nie oburza.

Trasa biegła dalej cały czas wschodnim brzegiem Tybru, gdzie doping kibiców był bardzo gorący. Po przeszło czterech kilometrach takiego biegu skierowaliśmy się mostem w kierunku Watykanu. Po bruku Piazza Cavour biegło się dość niewygodnie, chwilę potem minąłem 15 km, a moim oczom ukazała się Bazylika Świętego Piotra. Przy placu również mieliśmy bardzo mocny doping.

Przed startem maratonu w okolicach Koloseum

Przed 20 kilometrem dołączył do mnie Lucjan z Mszany Dolnej, którego poznałem w czasie maratonu w Atenach. Wtedy biegliśmy razem blisko połowę dystansu, ale później nasz nowo poznany znajomy bardzo osłabł, z my z Alexem dostaliśmy wiatru w żagle. Nie przejmowałem się uwagą Lucjana, że wyglądam na zmęczonego. Dodawałem sobie otuchy opowieściami, jak to dobrze mi się ostatnio biega, jakie miałem dobre wyniki na jesieni, itd. Podkreślałem też, że mimo męczącego poprzedniego dnia, na drugiej połówce maratonu powinienem utrzymać przyzwoite tempo. Przegadaliśmy kilka kilometrów, doganiając w końcu grupę z balonikami na 3 godziny. Lucjan zaczął napierać, wyprzedzając kolejnych zawodników, ja powoli traciłem dystans, utrzymując stałe tempo. Po pewnym czasie wysunąłem się przed baloniki, ale tupot nóg grupy z tyłu był cały czas dobrze słyszalny.

Po minięciu Piazza Navona skończył się długi bieg w kierunku południowym. Przekroczyliśmy bramę 35 km i zawróciliśmy na północ, w kierunku Piazza del Popolo. Niedługo potem zostałem dogoniony przez baloniki, przed którymi uciekałem skutecznie przez parę kilometrów. Moment później przyszedł kryzys, z którym nie próbowałem nawet walczyć - zupełnie odpuściłem, tempo gwałtownie spadło. Przy Piazza del Popolo minąłem się z mocno już uszczuploną grupą na 3 godziny. Miałem do niej już sporą stratę. Do mety pozostało niecałe 5 kilometrów, postanowiłem się przespacerować. Z uśmiechem odmachiwałem wspierającym mnie kibicom, ale nie dałem się zachęcić do biegu. Potruchtałem chwilę przy Schodach Hiszpańskich - tam tłum kibiców był ogromny. Minąłem Fontannę Di Trevi, rozglądając się dookoła. Niedługo potem dotarłem na Plac Wenecki i oślepiany przez słońce podziwiałem ponownie Ołtarz Ojczyzny. Dalej znów Kapitol po lewej stronie, niedługo potem zakręt w lewo i widok na Circo Massimo. Przy Koloseum dogonił mnie pace maker na 3:15 i zaczął mnie poganiać "Forza Ragazzi!". Uśmiechnąłem się i przyspieszyłem, wyprzedzając jeszcze kilka osób na ostatnich dwustu metrach. Wpadłem na metę z uniesionymi rękami, choć wynik 3:14 to nie było raczej moje zwycięstwo.

W moim niedzielnym osiągnięciu można znaleźć sporo analogii do przygody Adama Małysza z tego samego dnia. Nasz bohater narodowy poprzedniego dnia wskoczył na pierwsze miejsce w klasyfikacji pucharu świata i wszyscy liczyli na znakomity występ w niedzielę, umacniający przewagę nad rywalami. W niedzielę, polskiego skoczka spotkał jednak niesamowity pech - dostał silny podmuch wiatru z boku, z trudem opanował sytuację w powietrzu i z trudem wylądował. Zajął dopiero 54. miejsce, ale i tak cieszył się, że nic mu się nie stało. Ja tak samo - wbiegłem na metę uśmiechnięty, z uniesionymi rękami, ciesząc się, że w ogóle udało mi się ukończyć bieg. Małysz spokojnie zapewnił sobie kryształową kulę w kolejnych konkursach, ja miałem sobie powetować porażkę w zbliżających się maratonach.

Relaks z Egerią na lotnisku

Okazało się, że ukończenie biegu nie było dla wielu zawodników największym osiągnięciem tego dnia. Ważniejsze było odebranie torby, zostawionej w depozycie. Do mojej ciężarówki (z niskimi numerami startowymi) ustawiła się bardzo duża kolejka i nie była ona w żaden sposób zorganizowana. Tłum nie pachniał różami i robiło mi się wręcz słabo. Po jakichś 10 minutach dopchałem się do brzegu ciężarówki, unosząc wysoko do góry odpięty numer startowy. Niestety, na torbę czekałem kolejne 10 minut, ale gość, który jej szukał tylko rozkładał ręce. Wściekły, wspiąłem się na ciężarówkę i sam wziąłem się do roboty. Torba znalazła się po paru minutach i chwilę później mogłem odetchnąć z ulgą świeżym powietrzem. Po powrocie do hostelu mogłem skorzystać z ogólnodostępnego prysznica. Nie czułem się najlepiej, niepotrzebnie najadłem się owoców chwilę po maratonie. Udało mi zdążyć idealnie przed odjazdem autobusu na lotnisko. Tam skorzystałem jeszcze ze słońca, zdjąłem koszulkę i trochę się poopalałem. W Polsce długo nie było do tego tak dogodnej okazji.

17.03.2007
Biegi Górskie w Falenicy - ostatnie starcie
Relacja Alexa

Ostatnie zawody z cyklu Zimowych Biegów Górskich miały być dla mnie biegiem po obronę miejsca na podium w klasyfikacji generalnej. Moja pozycja zależała głównie od obecności Roberta Celińskiego i Maćka Badurka, którzy mieli nade mną sporą przewagę i byli praktycznie poza moim zasięgiem. Do Falenicy pojechałem z założeniem obrony 3. miejsca, lub wyższego, w przypadku nieobecności Roberta lub Maćka.

Byledobiec tym razem stawiło się w trzyosobowym składzie. Oprócz mnie wystartował jeszcze wracający do formy Marcin oraz Marek - na dystansie 3,33 km. Robert zrezygnował ze startu - postanowił pobiec swój kolejny maraton - tym razem w Rzymie.

Od początku dystansu trzymaliśmy się w prowadzącej grupie we trzech - z Maćkiem Badurkiem oraz Pawłem Janiakiem z ENTRE.PL. Na drugim kółku postanowiłem trochę przyspieszyć i po paru podbiegach zostaliśmy we dwóch z Maćkiem. Na początku trzeciego kólka odwróciłem się - miałem już kilka sekund przewagi. Żeby wyprzedzić Maćka w klasyfikacji generalnej, musiałbym wyrobić sobie na ostatnim kółku ponad dwudziestosekundową przewagę. Porywanie się na coś takiego było szaleństwem, ale nie miałem nic do stracenia - drugiego miejsca już raczej nikt nie mógł mi odebrać, a skoro był cień szansy na zwycięstwo... Zacząłem biec jak jeszcze nigdy w Falenicy, nawet pod górkę zasuwałem sprintem. Sporo pomagał mi doping znajomych, których udało mi się zdublować. W miarę zbliżania się do mety było mi jednak coraz ciężej. Na ostatniej prostej próbowałem przyspieszyć, ale nie mogłem. Dziwne rzeczy działy się z moim organizmem... Na metę wpadłem półprzytomny, czas 37:37 oznaczał poprawienie mojego rekordu z tej trasy o całe 17 sekund. Z niepokojem patrzyłem na stoper i dobiegającego do mety Maćka - przybiegł 26 sekund za mną - do zwycięstwa w klasyfikacji generalnej zabrakło mi 3 sekund... Niedługo po mnie, jako ósmy, na metę wpadł Marcin, również z nowym rekordem 40:12. Marek na dystansie 3,33 km uzyskał wynik 17:58, zajmując 14. miejsce.

Po biegu okazało się, że w wynikach popełniono błąd i Maćkowi dodano 3 sekundy, co oznacza, że wspólnie staniemy na najwyższym stopniu podium. Dla mnie ta sytuacja jest trochę niezręczna, nie czuję się jak zwycięzca, mimo pierwszego miejsca w dwóch ostatnich biegach.

Ale narzekać nie ma na co - drugi raz z rzędu wygrałem bieg w Falenicy, tym razem ze sporą przewagą, ustanawiając zarazem "wicerekord" trasy (36:42 Roberta Celińskiego było poza moim zasięgiem ;)). W kategorii wiekowej M-21 w klasyfikacji generalnej zająłem 1. miejsce, Marcin był 3. w M-30.

10.03.2007
Grand Prix Warszawy na Kabatach - inauguracja sezonu
Relacja Alexa

Długo czekałem na ten bieg - na Kabatach w zeszłym roku od początku wiosny do września na każdych zawodach ustanawiałem swój rekord, później zawsze coś było nie tak. Zmęczenie po maratonie, choroba, rozwiązany but, bieg po lodzie - tak w skrócie wyglądały ostatnie 4 biegi na tej trasie. Dlatego tym razem wreszcie się zmobilizowałem i postanowiłem osiągnąć swój kolejny cel - złamać na kabackiej trasie 35 minut.

Na starcie stawiło się tym razem aż 317 zawodników, w tym 3-osobowa ekipa Byledobiec - Robert, Marcin i ja. Stawka bardzo mocna, wiedziałem, że na wysokie miejsce nie mam co liczyć, ale to była sprawa drugorzędna - liczył się wynik. Od początku narzuciłem sobie dosyć ostre tempo, biegnąc z walczącym z chorobą Sebastianem Polakiem. Pierwsze kilometry były dosyć ciężkie, cały czas czułem zmęczenie nóg, nie wiedziałem, czy uda mi się dotrwać do mety w takim tempie. Na szczęście było coraz lepiej. Międzyczas na połowie dystansu miałem bardzo dobry, a sił jeszcze było sporo. Na 7. kilometrze wyprzedziłem Rafała Wojtczaka i zacząłem sprint do mety. Wiedziałem, że zajmuję dobre, 6. miejsce, i nikt nie powinien mi już zagrozić. Na metę wpadłem z czasem 34:44 - życiówka poprawiona o 43 sekundy, kolejny cel osiągnięty ;) Robert również pobił swoją życiówkę, co przy jego ostatnich maratońskich treningach jest sporym sukcesem. Czas 36:09 dał mu 17. miejsce. Marcin tym razem swojego rekordu nie pobił, ale i tak czas 37:29 po przerwie w treningach spowodowanej kontuzją jest bardzo dobry. Nasze wyniki przełożyły się na drugie miejsce w klasyfikacji drużyn męskich, za bezkonkurencyjną ekipą ENTRE.PL, w tym sezonie dodatkowo wzmocnioną przez Kubę Wiśniewskiego.

A ponieważ był to bieg z okazji dnia kobiet, kończąc tę krótką relację, życzymy wszystkiego najlepszego na trasach biegowych, jak również w życiu osobistym i zawodowym wszystkim znajomym i nieznajomym biegaczkom ;)

3.03.2007
Zimowe Biegi Górskie w Falenicy - bieg nr III
Relacja Alexa

Tym razem zimowy bieg górski odbył się w wiosennej scenerii. Mrozy się skończyły, a deszcz spowodował, że na trasie w Falenicy piach przestał być problemem. Warunki do ścigania były zatem znakomite.

Nasz klub stawił się tym razem w 4-osobowym składzie, choć zabrakło Marcina i Andrzeja. Po raz pierwszy do startu w zawodach udało nam się namówić naszego 13-letniego brata, Marka, który na co dzień trenuje piłkę nożną w Agrykoli. W Falenicy po raz pierwszy wystartowała też... nasza mama - na razie bez treningu, ale miejmy nadzieję, że pierwsze zawody będą dla niej zachętą. W końcu ja też zaczynałem od startu w zawodach ;) Mama z Markiem wystartowali oczywiście na dystansie 3,33 km (1 okrążenie).

Bracia Byledobiec w pierwszej linii, mama z Markiem na dalszym planie

Na starcie biegu głównego stawiło się tym razem ponad 80 osób. Zabrakło prowadzących w klasyfikacji Roberta Celińskiego i Pawła Janiaka, co dawało możliwość walki o wysokie miejsca. Na samym początku jak zwykle wyrwałem do przodu, żeby nie tracić później czasu na wyprzedzanie. Już po kilkudziesięciu metrach przypadła mi pozycja lidera. Trochę dziwnie się poczułem, ale jakoś nikt nie chciał mnie wyprzedzić. Przez całe pierwsze kółko biegliśmy w grupie we trzech - z Rafałem Bogulakiem z Pomiechówka, biegnącym po zwycięstwo w biegu na dystansie 3,33 km, i Maćkiem Badurkiem z Mińska, mocnym zawodnikiem, którego na pierwszym biegu z cyklu wyprzedził tylko Robert Celiński. Pierwsze kółko poszło trochę za szybko - 12:22, jednak jeszcze nie czułem zmęczenia. Na drugim kółku udało mi się wyrobić kilkunastometrową przewagę i wszystko wskazywało na to, że mogę ten bieg wygrać. Na trzecim kółku dołączył do mnie jednak Jacek Gardener, zeszłoroczny zwycięzca cyklu. Okazało się, że Jacek, podobnie jak parę innych osób, przyjechał na bieg godzinę później przez złą informację na stronie internetowej. Jacek od razu mnie wyprzedził i popędził przed siebie. Byłem już pewien, że zajmę najwyżej drugie miejsce (co i tak byłoby wielkim sukcesem). Trzecie kółko pobiegłem trochę szybciej niż drugie i wpadłem na metę z rewelacyjnym czasem 37:54. Teraz pozostało mi czekać, aż na mecie pojawi się Jacek Gardener - nie wiedziałem, czy będę pierwszy, czy spadnę na drugie miejsce. Szczęście tym razem się do mnie uśmiechnęło - Jacek sporo stracił na wyprzedzaniu zawodników, którzy zostali na trasie i z czasem 20 sekund gorszym od mojego zajął trzecie miejsce - a ja mogłem cieszyć się ze swojego pierwszego zwycięstwa w tak silnie obsadzonym biegu.

Robert, mimo nastawienia na długie maratońskie treningi, zajął również bardzo dobre, piąte miejsce ze świetnym czasem 38:54. Marek pokonał jedną pętlę w czasie 17:44 i zajął 14. miejsce. Naszej mamie pokonanie tego samego odcinka zajęło 27 minut (22. miejsce). Miejmy nadzieję, że ich pierwszy start nie będzie ostatnim, a Marek za parę lat stanie się mocnym punktem naszego teamu.

Zawody w Falenicy należy uznać za bardzo udane. Dzięki świetnemu wynikowi wysunąłem się na prowadzenie w klasyfikacji generalnej i teraz muszę się bardzo starać, żeby utrzymać się na podium. Chociaż tutaj wiele zależy od tego, kto pojawi się w Falenicy 17 marca. Najbardziej cieszy mnie mój czas - kiedy przejrzałem wyniki z ostatnich 3 lat, okazało się, że lepszy czas na tej trasie osiągnął tylko Robert Celiński na pierwszych tegorocznych zawodach ;)

25.02.2007
Półmaraton Wiązowski
Relacja Alexa

Półmaraton w Wiązownie to dla mnie kolejna impreza budząca miłe wspomnienia - to tutaj w zeszłym roku debiutowałem na dystansie 21,0975 km. Wynik był wielką niewiadomą, po raz pierwszy próbowałem zmierzyć się z takim długim dystansem. Ten bieg wspopminam bardzo pozytywnie - najpierw pobiłem swoją życiówkę na 10 km międzyczasem 42:19 i w półmaratońskim debiucie uzyskałem bardzo przyzwoity wynik 1:29:40.

W tym roku jednym z moich głównych celów było złamanie 1:20 w półmaratonie. Nastawiony byłem raczej na Półmaraton Warszawski, ale ostatnio forma rośnie, dlatego postanowiłem powalczyć o taki wynik już w Wiązownie. Z zawodników naszego klubu na starcie stawiliśmy się tylko my z Robertem, Marcin przez kontuzję tym razem przyjechał tylko pokibicować i porobić zdjęcia.

Od razu po starcie narzuciłem sobie ostre tempo, w zasięgu wzroku przez cały czas miałem mocnych zawodników stratujących w biegu na 5 km. Po zawrotce (2,5 km) zrobiło się w miarę pusto. Biegło mi się dosyć dobrze, ale niestety dawał się we znaki przeciwny wiatr. Na 5 km miałem międzyczas 19:10, co oznaczało już 12 sekund straty w stosunku do zakładanego tempa. Na 7. kilometrze zaczęła mnie doganiać silna grupa zawodników z Bogdanem Barewskim i Sylwestrem Karczewskim. Na szczęście nie dałem się wyprzedzić, nawet trochę przyspieszyłem. Na 10. kilometrze międzyczas niestety jeszcze gorszy - 38:43 - strata 48 sekund wydawała się nie do odrobienia. Na zawrotce miałem 40:46, co oznaczało, że musiałbym pobiec drugą połowę dystansu poniżej 39:14, żeby osiągnąć swój cel. Na szczęście po zawrotce okazało się, że na drugiej połówce wiatr będzie moim sprzymierzeńcem - tempo od razu znacznie mi wzrosło i zacząłem odrabiać straty. Na pierwszych 2-3 km po zawrotce pozdrawialiśmy się ze znajomymi biegaczami - to zawsze pomaga. Ktoś krzyknął, że jestem piętnasty - trochę się zdziwiłem, przecież to dosyć silnie obsadzony bieg. Miejsce w pierwszej 15-tce byłoby dużym sukcesem. Na 15. km międzyczas już dużo lepszy - 57:11 - zmniejszyłem stratę do 18 sekund. Kolejnym punktem kontrolnym była tabliczka z napisem "5 km" (tyle zostało mi do mety). Żeby złamać 1:20, musiałbym pokonać ten odcinek w czasie 18:56 - w tym momencie już odrobiłem straty, a ponieważ miałem jeszcze sporo sił, wiedziałem, że uda mi się osiągnąć swój cel. Im bliżej było do mety, tym szybciej biegłem. Na ostatniej prostej minąłem Pawła Zacha z ENTRE, który, jak się później okazało, nie był zapisany i robił tylko 20-kilometrowy trening. Jakieś 10 m przede mną biegł zawodnik, którego goniłem przez ładnych parę kilometrów. Stwierdziłem, że wypadałoby już go wyprzedzić - i to głównie dzięki niemu udało mi się w rezultacie nie tylko złamać 1:20, ale i 1:19 - kiedy wbiegłem na metę, zegar pokazywał 1:18:59. Wielki sukces - 13. miejsce w półmaratonie, w którym startowało ponad 350 osób. To był na pewno jeden z moich najlepszych biegów w życiu. Na drugiej połowie dystansu, jak się później okazało, miałem lepsze tempo, niż w Biegu Niepodległości...

Robert po maratonie w Egipcie nie był nastawiony na ściganie - pierwszą połowę dystanu pobiegł bardzo spokojnie, dopiero później przyspieszył. Wynik 1:26:23 oczywiście dużo gorszy od życiówki, ale Robert potraktował te zawody raczej treningowo.

Po biegu poszliśmy na stołówkę posilić się białym barszczykiem i kiełbasą z kapustą - trzeba przyznać, że poczęstunek jest mocnym punktem Półmaratonu Wiązowskiego. Zawody oczywiście należy uznać za bardzo udane - już w lutym zdołałem osiągnąć jeden ze swoich głównych celów na ten rok. A za miesiąc w Warszawie może będzie jeszcze lepiej ;)

17.02.2007
Bieg w Stoczku Łukowskim
Relacja Alexa

Rok temu bieg w Stoczku tak mi się spodobał, że musiałem tu wrócić. Zeszłoroczne zawody miały dla mnie spore znaczenie - przez większość dystansu widziałęm przed sobą Roberta, co pozwoliło mi uwierzyć, że nie biegam już tak wolno i mogę się z nim ścigać. Tym razem Robert i Marcin wybrali się na maraton do Egiptu i musiałem w pojedynkę reprezentować nasz klub. Do Stoczka dotarłem samochodem w miłym towarzystwie Basi Muzyki, jej dzieciaków oraz Michała Zielińskiego.

Na starcie, podobnie jak przed rokiem, grała orkiestra i panowała fantastyczna atmosfera. W Stoczku ten bieg od kilku lat jest największą imprezą sportową. Bieg zawsze odbywa się w pierwszą sobotę po rocznicy zwycięskiej bitwy pod Stoczkiem, która miała miejsce w tej okolicy 14 lutego 1831 roku. Była to pierwsza wygrana przez Polaków bitwa Powstania Listopadowego. Więcej szczegółów dotyczących bitwy można przeczytać tutaj.

Pogoda dopisała - na niebie ani jednej chmurki, kilka stopni mrozu. Znakomite warunki do ścigania, chociaż wiedziałem, że może być bardzo ciężko - do Stoczka przyjeżdża niewiele osób, ale poziom jest bardzo wysoki. Moje przypuszczenia się sprawdziły - tuż po starcie kilku mocnych zawodników od razu wyrwało do przodu, a ja mogłem liczyć na miejsce najwyżej w okolicach 10. lokaty. Pod jakimś czasie zostaliśmy w grupie we trzech - z Maćkiem Badurkiem z Mińska i Rafałem Wojtczakiem z Nowego Dworu, czołowymi biegaczami w kategorii poniżej 20 lat na Mazowszu. Wiedziałem, że są bardzo mocni, ale do biegu w Stoczku byłem dosyć dobrze przygotowany. Biegło się bardzo przyjemnie, ciężki był tylko jeden odcinek, na którym trzeba było biec po śniegu a na koniec podbiec stromym i dosyć długim podbiegiem. Trzymaliśmy się razem do połowy ostatniego okrążenia, kiedy postanowiłem zaatakować. Maciek zwolnił, Rafał starał się przyspieszyć, ale po wspomnianym wcześniej najcięższym podbiegu na trasie nie dał rady ścigać się dalej. Potem było już z górki - biegło mi się fantastycznie, podobnie jak na ostatnich kilometrach w Atenach. Na koniec został jeszcze podbieg do głównego placu w Stoczku, na wszelki wypadek odwróciłem się - wyrobiłem sobie sporą przewagę, już nikt mnie nie mógł wyprzedzić. Ostatnie 50 metrów pokonałem sprintem (minimalnie z górki), moje nazwisko wyczytane przez mikrofon podziałało jak dopalacz ;) Wpadłem na metę z czasem 41:03 - 6 minut lepiej niż rok temu. Kilkanaście sekund później przybiegł Rafał i kilka sekund za nim Maciek, naciskany jeszcze przez kolejnego zawodnika. Poczekałem na mecie na Basię i Michała rozmawiając ze znajomymi. Michał przybiegł z czasem ok. 58 minut, niedługo po nim na mecie pojawiła się Basia zajmując 3. miejsce w swojej kategorii. Poszliśmy do Urzędu Miasta przebrać się, a później rozstaliśmy się na jakiś czas - postanowiłem zostać jeszcze na placu, żeby pokibicować kolegom z teamu Jogger Nowy Dwór Mazowiecki, którzy mimo 11 km w nogach chcieli powalczyć jeszcze w biegu na 1600 m dla młodzieży ze szkół ponadgimnazjalnych. Przyjemnie było popatrzeć na zwycięstwo Rafała, z którym przebiegłem godzinę wcześniej prawie cały dystans biegu głównego. Tuż za podium uplasował się kolejny zawodnik Joggera, Rafał Bogulak, który także przebiegł wcześniej 11 km. Popatrzyłem jeszcze na dekorację i dopiero poszedłem do szkoły podstawowej w Stoczku, gdzie miało się odbyć oficjalne zakończenie imprezy. W szkole dostałem końcowy komunikat biegu - zająłem 11. miejsce na 115 uczestników, 6. w kategorii mężczyzn do 30 lat. Po przeanalizowaniu wyników okazało się, że miałem trochę pecha - ponieważ nagrody nie dublowały się, a dwóch zawodników z mojej kategorii wskoczyło na podium w kategorii open, byłem pierwszym zawodnikiem, który nie załapał się na nagrodę (6 - 2 = 4). Trochę niedosyt, fajnie byłoby wrócić ze Stoczka chociaż z koszulką z napisem "Grzmią pod Stoczkiem armaty". Ale mimo wszystko byłem bardzo zadowolony ze swojego występu. Dawno tak dobrze mi się nie biegło. W szkole zjedliśmy obiad, Basia odebrała swój puchar i około godziny 16 wyruszyliśmy z powrotem do Warszawy.

To był bardzo udany dzień, wypad do Stoczka to świetny sposób, żeby w ostatni weekend ferii zimowych naładować się pozytywną energią przed nowym semestrem. Bieg w Stoczku na pewno jest imprezą godną polecenia, dziwi mnie trochę mała liczba uczestników. Mam nadzieję, że w przyszłym roku Byledobiec zjawi się już w pełnym składzie. Dla mnie Stoczek jest już imprezą obowiązkową. Polecam oficjalną stronę miasta, na której znajdują się wszystkie ważne informacje o Stoczku oraz galeria zdjęć. Kilka zdjęć z imprezy autorstwa Maszki i Maurycego można obejrzeć tutaj.

16.02.2007
Egyptian Marathon
Relacja Roberta

Wspaniały wyjazd do Egiptu, udany maraton. Ja dziesiąty z czasem 2:54:48, Marcin dwunasty - 2:55:15. Pełna ralacja wkrótce.

11.02.2007
Zimowe Biegi Górskie w Falenicy - Bieg II
Relacja Alexa

Tym razem pogoda "dopisała" i rzeczywiście zimowy bieg górski był zimowy nie tylko z nazwy. Kiedy wstałem rano, byłem zachwycony piękną, słoneczną pogodą. Mina mi zrzedła, kiedy zobaczyłem, że jest 16 stopni mrozu... Wiadomo było, że wyniku poniżej 40 minut nie zrobię, bieg będzie raczej walką o przetrwanie. Byledobiec tym razem stawiło się w okrojonym, dwuosobowym składzie (Marcin i ja), ale towarzyszyła nam również Natalia (siłą wcielona do Byledobiec przez prezesa w poprzedniej relacji), która tym razem wystartowała tylko w biegu na orientację, a przed startem zdążyła jeszcze udzielić wywiadu dla TVP3. Okazało się, że pogoda zniechęciła wielu biegaczy, nawet z czołówki. Dawało to realną szansę na zajęcie wysokich miejsc.

"Ja rozumiem, że wam jest zimno, ale jak jest zima to musi być zimno!", Miś

Na początku zapowiadało się znakomicie - trzymałem się przez dłuższy czas na trzecim miejscu, za murowanym faworytem, Robertem Celińskim, oraz Pawłem Janiakiem z ENTRE.PL Team. Na drugim kółku wyprzedził mnie jednak klubowy kolega Pawła, Wojtek Starzyński i do końca rywalizacji mogłem już tylko oglądać jego plecy... Starałem się utrzymać jak najkrótszy dystans, ale na ostatnich podbiegach potykałem się ze zmęczenia o własne nogi i co chwila odwracałem się, żeby sprawdzić, czy ktoś mnie nie goni. Na szczęście na pierwszych dwóch kółkach wyrobiłem sobie sporą przewagę i 4. miejsce było niezagrożone. Czas oczywiście dużo słabszy, niż na pierwszym biegu z cyklu, kiedy nie było śniegu - 41:26. Marcin przybiegł jako 8. z czasem 42:52.

Po biegu szukaliśmy z Natalią możliwości powrotu do domu samochodem. Na szczęście mogliśmy liczyć na Henley'a (dzięki!), ale zanim ruszyliśmy w kierunku Anina i Marysina, spędziliśmy miło czas u Michała, kapitana FBI przy herbatce i winku ;)

10.02.2007
Bieg Wedla
Debiut w biegach na orientację i obstwione podium w zawodach na 5,5 i 9 km
Relacja Roberta

Nie szykowaliśmy formy specjalnie na Bieg Wedla, ale w ramach treningu postanowiliśmy wziąć udział w tej imprezie. W parku Skaryszewskim stawiliśmy się w grupie: ja, Alex i Natalia, która chyba jeszcze nie wie, że jest członkinią Byledobiec (jeżeli przeczytała, to się dowiedziała). Jej specjalizacją są biegi na orientację - w tej konkurencji jest kadrowiczką Polski. Ponieważ najlepiej uczyć się od najlepszych, postanowiliśmy wziąć udział w BnO, pod czujnym okiem instruktorki. Kolejnymi celami było roztruchtanie na 2 km w zawodach dziecięcych, 5,5 kilo (3 kółka), w których Alex miał napierać, a ja robić rozgrzewkę i najdłuższy dystans - 9 kilo, w którym miałem startować tylko ja, prezentując przyzwoitą formę przed zbliżającym się maratonem.

Bieg na orientację był wspaniałą przygodą. Dostaliśmy mapę, kartę startową, która trzeba było podbijać na punktach kontrolnych, a Natalia pożyczyła nam kompasy. Zamocowałem swój na kciuku lewej ręki, a z racji dużego mrozu odmrożony palec prawie mi odpadał. Na starcie Alex dostał małpiego rozumu i ruszył przed siebie w nieznane. Niewiele się zastanawiając pobiegłem za nim z dzikim okrzykiem "Sataaan!". Chwilę później usłyszeliśmy z tyłu wołanie Natalii, że może warto by było najpierw spojrzeć na mapę. Nie był to zły pomysł i dzięki jej wskazówkom udało nam się zaliczyć kolejne punkty. Zadanie mieliśmy ułatwione, bo w niektórych przypadkach łatwo było trafić dzięki śladom na śniegu.

Ruszamy na orientację!

Dotarliśmy do feralnego (jak się później okazało) punktu szóstego, do którego trzeba się było przeczołgać pod dwiema dużymi rurami (super sprawa). Alex zaznaczył żółtą kredką krzyżyk na swojej karcie, a ja poszedłem szukać wygodniejszej drogi i zapomniałem postawić znaczka na swojej. Zorientowałem się dopiero przy następnym punkcie i musiałem wrócić - pod rurami w tę i z powrotem. Alex z Natalią cierpliwie zaczekali w umówionym miejscu (które udało mi się namierzyć, mimo braku mapy) i swobodnie zaliczyliśmy ostatnie punkty. Zabawę zakończyliśmy imponującym finiszem. Nie wiem, które miejsce udało nam się zająć - to nieistotne. Zabawa była super - dzięki, Natalia.

Wkrótce czekały na nas kolejne atrakcje. Najpierw przetruchtaliśmy sobie jedno kółko biegu dla dzieci, żeby poznać trasę. Potem zaczęła się konkretna walka w biegu na 5,5 km. Alex mocno wystartował i szybko straciłem go z oczu. Podobno miał jakieś problemy z człowiekiem z ochrony (?), ale sobie poradził. Ja biegłem sobie leciutko, bawiąc się doskonale. Niestety, przed trzecim kółkiem Alex stracił prowadzenie i ostatecznie zajął drugie miejsce z czasem 20:01. Ja dobiegłem spokojnie, jako ósmy (21:37).

"Ojej, jak Ty szybko biegasz!"

Ostatnim punktem imprezy był bieg na 9 km, w którym miałem się bardziej postarać. Zawody były nieźle obsadzone - na linii startu stanęli między innymi Robert Radzik, Szymon Drabczyk i Rafał Wojtczak. W związku z powyższym zakładałem, że stać mnie najwyżej na 4 miejsce. Zacząłem na jakiejś dwudziestej pozycji, powoli wchodząc w rytm biegu. Szybko przesunąłem się na ósme miejsce, a dalej konsekwentnie zmniejszałem dystans do kolejnych zawodników. Dwa kółka zrobiłem równym tempem. Pod koniec trzeciego zobaczyłem przed sobą dwóch zawodników, przy okazji dublowałem znajomych i była okazja, żeby się popisać. Minuta szybszego biegu, wyprzedziłem Rafała i byłem na trzecim miejscu! Dalej już tylko kontrolowałem sytuacją - biegło mi się znakomicie. Nie widziałem nikogo za mną, za to pod koniec ostatniego kółka dane mi było zobaczyć jaskrawą kurtkę Szymona, którą w trakcie zawodów oglądam raczej rzadko. Finiszowałem na oczach zaskoczonych Alexa i Natalii z czasem 34:06.

Kolejne kółko i coraz lepszy czas

Obstawiliśmy z bratem podium w obu biegach - fantastyczna sprawa. W prezencie otrzymaliśmy smakołyki od Wedla, których duża część została zjedzona, a tonę żelków dostanie Maruś. Do domu wróciliśmy zziębnięci, ale bardzo zadowoleni.

03.02.2007
Cztery Pory Roku - Bieg Zima
Relacja Alexa

Tegoroczna zima jak na razie oszczędza biegaczy. Do połowy stycznia można było normalnie trenować, Bieg Chomiczówki odbył się w fantastycznych, wiosennych warunkach. Później trochę napadało, ale akurat nie było żadnego biegu - dla mnie to nawet lepiej, ze względu na sesję... No i nadszedł wreszcie 3 lutego i bieg Zima z cyklu Cztery Pory Roku w Lesie Kabackim. Tym razem pogoda nie okazała się zbyt łaskawa - mimo kilkudniowej odwilży warunki na kabackich ścieżkach były fatalne - na środku lód, po bokach śnieg wymieszany z błotem. Ze startu zrezygnowało kilku mocnych zawodników, co pozwoliło na walkę o dobre miejsca. Z naszego klubu zjawiliśmy się jednak tylko my z Robertem.

Od samego początku narzuciłem sobie mocne tempo, na pierwszych kilometrach wydawało mi się nawet, że jestem w stanie powalczyć o podium. I rzeczywiście, wszystko było na dobrej drodze - na czwartym kilometrze wysunąłem się na trzecią pozycję i już myślałem, że sukces jest blisko. Niestety, to nie był mój dzień. Kolejne kilometry biegło mi się coraz ciężej, już na 6. km wyprzedził mnie Krzysiek Rajzer z ENTRE, zaopatrzony w kolce (chyba warto będzie w końcu zainwestować...), a zaraz za nim Szymon Drabczyk. Taka kolejność utrzymała się do końca, chociaż na ostatnich dwóch kilometrach co chwila nerwowo zerkałem do tyłu, czy ktoś mnie nie goni. Czas oczywiście dużo słabszy niż zwykle - 37:02, ale jak na te warunki to i tak bardzo dobrze. Robert pojawił się na mecie jako 11. z czasem 38:30. Mimo nieobecności Marcina nasze dobre wyniki przełożyły się na trzecie miejsce wśród drużyn męskich (za ekipami ENTRE oraz Art Profi).

Po biegu czułem pewien niedosyt, że nie udało mi się utrzymać trzeciego miejsca, ale i tak nie mam na co narzekać - wobec nieobecności najmocniejszych zawodników mam teraz realne szanse na podium w kategorii i pierwszą szóstkę w klasyfikacji generalnej całego cyklu. Mam tylko nadzieję, że uda mi się trafić z formą na biegi w kwietniu i we wrześniu.

>> Wyniki biegu
21.01.2007
Bieg Chomiczówki
Relacja Alexa

Ponieważ sesja praktycznie się skończyła, wreszcie mogę napisać relację ;)

Bieg Chomiczówki to jedna z dwóch atestowanych piętnastek w Warszawie i okolicach, dlatego każdy z nas chciał pokazać, na co go stać. Na starcie stawiliśmy się w trzyosobowym składzie - dwóch Celińskich i Marcin. Mnie udało się chociaż na te pół dnia oderwać od biurka - od poniedziałku do środy czekało mnie 5 zaliczeń, a do piątku musiałem jeszcze napisać referat. U Andrzeja na Politechnice sesja wygląda jeszcze gorzej, dlatego tym razem musiał sobie odpuścić bieganie. Pogoda dopisywała - było ok. 5 stopni, świeciło słońce. Trochę wiało, ale na szczęście wiatr przeszkadzał tylko na kilku krótkich odcinkach trasy. Najpierw odbył się Bieg o Puchar Bielan na dystansie 5 km, godzinę później wystartował bieg główny (15 km).

Od początku starałem się trzymać mocne tempo - moje wyniki z poprzednich zawodów świadczyły o tym, że jestem w dobrej formie i mogę powalczyć tu o dobry wynik. Bałem się tylko o swoją wytrzymałość - od maratonu w Atenach rzadko kiedy na treningu przekraczałem 10 km. Biegłem cały czas w równym tempie, przy zawrotkach pozdrawiałem Roberta i Marcina, którzy też napierali od samego początku. Na drugim kółku przy jednej z zawrotek zobaczyłem niestety już tylko Marcina. Wyglądało na to, że Robert solidnie osłabł, albo w ogóle wycofał się z biegu. Na trzecim kółku miałem zapas sił i trochę przyspieszyłem. Sprint na ostatnich metrach, czas netto 56:31 i 28. miejsce (zgodnie z planem - miała być pierwsza 30-tka ;)). Zaraz po mnie, na 37. miejscu bieg ukończył Marcin (57:07). Na mecie dowiedziałem się, że Robert zszedł z trasy z powodu wyjątkowo silnej kolki. Był wściekły - pierwszy raz zdarzyło mu się nie ukończyć biegu. Kolejny wniosek dla zawodników Byledobiec - tak jak nie należy jeść 4 bananów przed startem w maratonie (Marcin w Poznaniu), tak nie powinno się ćwiczyć mięśni brzucha dzień przed startem. Teraz ja muszę coś głupiego wymyślić...

Występ mój i Marcina można na pewno zaliczyć do udanych - w stosunku do zeszłorocznego wyniku na Chomiczówce poprawiłem się o ponad 10 minut, a Marcin aż o 17. No i chociaż na godzinę udało mi się zapomnieć o tak przyziemnych sprawach, jak metody statystyczne, czy historia myśli ekonomicznej ;)


(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin