|
||||||||||
|
W ramach mojego projektu "Maratony na siedmiu kontynentach", przyszedł czas na piąty - Amerykę Południową. Gdybyśmy mieli wskazać jedno miasto w Ameryce Południowej, w których chcielibyśmy spędzić urlop, prawdopodobnie większość wskazałaby na Rio de Janeiro. Ja nie odbiegam pod tym względem od normy. Gdyby spytać, w jakim okresie - większość zadeklarowałaby luty, bo to czas karnawału. Ja bym wtedy spytał: "A kiedy tam mają maraton?". Okazało się, że pod koniec czerwca.
Przebiegnięcie maratonu w Rio było dla mnie cudownym przeżyciem. Jest to najpiękniejsza trasa, na jakiej biegłem i być może pozostanie nią na zawsze. Przebiła nawet widoki ze stromych urwisk Lazurowego Wybrzeża, których doświadczyłem 3 lata temu, podczas maratonu w Monako. W Rio biegliśmy z punktu A do B (na start zawiozły nas autokary). Praktycznie przez cały czas poruszaliśmy się promenadami wzdłuż Oceanu Atlantyckiego, a na koniec - Zatoki Guanabara. Zaliczyliśmy w ten sposób najbardziej znane plaże Rio - po kolei: Recreio, Barra, Sao Conrado, Leblon, Ipanema, Copacabana (o tych dwóch ostatnich prawdopodobnie większość słyszała), Botafogo, Flamengo. Na tej ostatniej, położonej w centrum Rio, leżałem na piasku przez pełną godzinę po maratonie, popijając między innymi wodę z kokosa. Czułem się, jak w bajce.
![]() |
| Trening na plaży Copacabana o wschodzie słońca |
Sam wynik w maratonie nie jest dla mnie wybitnym osiągnięciem - wyszło 2:54:54, ale i tak okazałem się najlepszym biegaczem spoza Ameryki Południowej, wygrywając w kategorii "turyści". Ważniejsze były dla mnie widoki i przeżycia, niż urywanie sekund. Moi poznani w Rio koledzy z Paragwaju, pobiegli 5:30. Ci to się dopiero napatrzyli.
Oczywiście, równie ważna była dla mnie otoczka turystyczna. Zaliczyłem najbardziej znane miejsca w Rio: plaże (tam trenowałem), jezioro, Głowę Cukru, Chrystusa na Corcovado, słynny stadion Maracana, Sambodrome (ulicę karnawału), zwiedzanie centrum.
Skoro byłem już tak daleko, poleciałem również na granicę Brazylii, Argentyny i Paragwaju. Największą atrakcją były tam piękne wodospady Iguassu. Aby je dobrze poznać, byłem jeden dzień na drugim brzegu - w Argentynie. Podpłynąłem też pod nie łódką. Podobno żona prezydenta Roosvelta, gdy zobaczyła wodospady Iguassu, powiedziała coś w stylu: "Biedna Niagara, wygląda przy nich jak kuchnia". Ja miałem porównanie jedynie do wodospadu Szklarka, Iguassu mnie oczarowały.
Poza tym, zwiedziłem tamę Itaipu na Paranie. Do zeszłego roku była ona największą elektrownię wodną na świecie. Oglądając tamę, wjechałem na chwilę do Paragwaju. Inną wspaniałą atrakcją był park ptaków, podobno najlepszy w Ameryce Południowej. Można było pogadać z papugami, brać je do ręki, stanąć dziób w dziób z tukanem, czy spędzić trochę czasu w ogromnej klatce z kolibrami - najszybszymi zwierzętami świata. W maratonie byłbym z nimi bez szans, choć poruszają się interwałami, a potem przez jakiś czas machają skrzydłami w powietrzu, będąc w bezruchu. Mam wiele pięknych wspomnień, ale zdjęcia i relację wrzucę na stronę, gdy opadną trochę emocje, związane z organizacją Anińskiej Siódemki.
Rzeczą oczywistą jest, że dwa dni po Rzeźniku nie można myśleć o dobrym wyniku w półmaratonie, do tego tak wymagającym, jak Jurajski. Postanowiłem jednak złamać tu 1:30, bo znajomy pojechał mi po ambicji, twierdząc, że jest to niemożliwe. No i na luzaka wpadliśmy z Alexem na metę w czasie 1:27:23. Dla Byledobiec nie ma rzeczy niemożliwych :-)
Wygraliśmy Bieg Rzeźnika!!! Włożyliśmy w przygotowania dużo pracy i jestem zachwycony, że udało tak dobrze pobiec. Zwycięstwo w Rzeźniku uważam za swoje największe osiągnięcie sportowe w życiu. Nie przyszło ono łatwo - popełniliśmy błędy taktyczne i logistyczne. Za szybko pobiegliśmy odcinek Cisna - Smerek, za mało wypiłem na przepaku, wzięliśmy za mało wody i na upalnej Połonienie Wetlińskiej miałem straszny kryzys. Alex też przeżywał ciężkie momenty. Na ostatnim przepaku nikt nie dawał nam szans, bo wyglądaliśmy bardzo słabo, a pościg był blisko. Dopiero wtedy pokazaliśmy na co nas stać, zbiegając na złamanie karku do Ustrzyk. Skończyliśmy w czasie 9:03, ponad kwadrans przed dwiema kolejnymi drużynami. To nowy rekord trasy! W ten sposób Byledobiec zwyciężył w dwóch znaczących amatorskich imprezach: Wesołej Stówie i Biegu Rzeźnika. Zaczynamy wyrabiać sobie markę :-)
![]() |
| Odpoczywamy z piwkiem pod parasolem, parę minut wcześniej wbiegliśmy na metę (fot. Wasyl) |
Bieg na Kabatach potraktowaliśmy towarzysko i nie sprężaliśmy się specjalnie. Alex i tak zajął świetne, szóste miejsce - 35:19, a ja byłe piętnasty - 36:25. Potem wracaliśmy autobusem, w którym przebieraliśmy się, rozciągaliśmy - super impreza.
Bieg Entre.pl Team był dla nas bardzo udany. Alex zajął czwarte miejsce, ustanawiając rekord życiowy - 34:35. Ja oderwałem się od peletonu na siódmym kilometrze i finiszowałem, jako szósty, z czasem 36:15. Sprawdzian przed Rzeźnikiem wypadł bardzo dobrze.
Nie można powiedzieć, żebyśmy byli optymalnie przygotowani do tego biegu. W sobotę zrobiliśmy 20 km po wydmach + wybieganie po lesie w Aninie. W dniu startu panuje upał, jak cholera. Szybki transport do Mińska, rozgrzewka i start! Alex znika mi z oczu bardzo szybko. Ja raczej się oszczędzam w tym upale, a już po pierwszym kółku widzę, że może być ciężko poprawić wynik z zeszłego roku (58:36). Oszczędzam się przez pierwsze 14 kilometrów, a na ostatnim - rura! Wyprzedzam dwóch gości, którzy byli spory kawałek przede mną, a na mecie robię nad nimi 10 sekund przewagi. Przynajmniej psychologicznie się podbudowałem. Alex 13. - 56:10, ja 22. - 58:55. Wyniki są poniżej możliwości, ale jak na ten trening i warunki atmosferyczne - spoko. Potem schabowy, ciastka, medale i fajnie było.
Skład Byledobiec na wyjeździe w Sielpi: Robert, Alex, chory Marcin i Ania, której nie udało nam się namówić nawet na marszobieg. Wyjazd bladym świtem z Warszawy. U podnóża górki za Radomiem przygoda z panem z suszarką - 300 PLN za takie suszenie. Na miejscu godzina na rejestrację i rozgrzewkę i start! Byledobiec na czele przez pierwsze 100 metrów, ale potem wyprzedził nas nieubłagany peleton. Biegniemy z Alexem, a towarzyszy nam Bogdan Barewski - biegowy guru, który stara się studzić zapędy Alexa do szybkiego biegu. I tak biegniemy, biegniemy - Piekło, zawrotka w Niebie, las. Pierwsze kółko szybko, drugie troszkę wolniej, ale i tak jesteśmy mocni. Dużo osób dublujemy, ale też wyprzedzamy kolejnych zawodników, którzy wymiękają w upale. Odrywamy się trochę od Bogdana, który oszczędza siły na bieg w Toruniu następnego dnia. Na 35. kilometrze ostro napieramy na asfalcie w Niebie, ale już w lesie widzę, że trzeba puścić brata przodem: "Leć, Adam, Leeeć!". Alex kończy czwarty, 2:53:47 i zaledwie 29 sekund straty do drugiego miejsca. Sporo nadrobił na ostatnich kilometrach. Ja piąty, 2:54:54, a za mną Bogdan, jako szósty i ostatni łamie 3 godziny. Marcin niestety przegrał walkę z chorobą na końcu drugiego kółka. Bieg ukończyło 122 zawodników.
Potem piwo, jedzenie, dekoracja. Alex wygrywa odtwarzacz DVD, ja - namiot. Obaj wskakujemy na podium w kategorii do 30 lat. Potem kajaki, schabowe, desery. Rano jedziemy do Chęcin, gdzie oglądamy zamek, a potem kamieniołom z ładnymi marmurami. Szaleństwo!
Jest sierpień 2003 roku. Biegnę lasem między Aninem, a Starą Miłosną. Tydzień temu wymyśliłem sobie, że przebiegnę pierwszy w życiu maraton. Założyłem bawełnianą koszulkę, spodenki z reprezentacji szkoły w koszykówkę, a na nogach mam ciężkie buty do uprawiania tego sportu. Zrezygnowałem z odliczania minut na moim zegarku ze wskazówkami - na szczęście brat pożyczył mi elektroniczny, który dostał na komunię. Trudno mi określić tempo, staram się biec szybko, ale nie przesadzam, żeby z powrotem w Aninie nie kończyć treningu marszem. Przebiegam pod linią wysokiego napięcia i kieruję się w stronę cmentarza, piaszczystą ulicą Kazita. Zawracam przy Gościńcu - to już 5 km i 220 metrów (tyle zmierzyłem na wcześniej rowerze). Przyglądam się kapliczce, stojącej po lewej stronie wyboistej drogi. Na koniec trochę przyspieszam i bieg o długości 10,44 km kończę poniżej godziny.
Jest maj 2007 roku. Biegnę lasem między Aninem, a Starą Miłosną. Za tydzień będę uczestniczył w moim jubileuszowym, dwudziestym piątym maratonie. Założyłem reprezentacyjną koszulkę klubu Byledobiec Anin i spodenki, które dostałem przed sesją zdjęciową na okładkę "Biegania". Na nogach mam leciutkie startówki. Założyłem dwa zegarki do biegania, jeden z pulsometrem. Przydają się, ale i tak potrafię sam określić tempo biegu, praktycznie co do sekundy. Pędzę ulicą Zorzy i wiem, że po lewej stronie jest kapliczka, ale nawet na nią nie patrzę. Kontroluję nawierzchnię i zmniejszający się dystans do poprzedzającego mnie zawodnika, którego za chwilę będę dublował. Skręcam w Kazita spod linii wysokiego napięcia i pędzę w kierunku cmentarza. Kółko o długości 5 km kończę 19:10.
Mam duży sentyment do tego lasu - to tutaj stawiałem swoje pierwsze biegowe kroki. Dużo się od tego czasu zmieniło, ale las wciąż jest taki sam. To tutaj odbyła się druga edycja Wesołej Stówy - sztafety na 100 kilometrów. Do trzyosobowego, żelaznego składu Byledobiec Anin (Robert, Alex, Marcin), dołączył Jarek Widomski, nasz znajomy ze Starej Miłosnej, który trzy tygodnie wcześniej uzyskał świetny czas w przełajowym maratonie w Wesołej (3:10). Podium tego biegu zostało zresztą w całości zajęte przez zawodników naszego klubu (Robert, Jarek, Marcin).
W zeszłym roku startowaliśmy w pierwszej edycji sztafety, zajmując czwarte miejsce. Od tego czasu zrobiliśmy jednak znaczny postęp i upatrywano w nas faworytów tej imprezy. Byliśmy dobrze przygotowani treningowo i rozsądnie zaplanowaliśmy taktykę. Trasa 100 km jest podzielona na pięciokilometrowe kółka, po których można dokonywać zmian. Ustaliliśmy, że w sesji porannej pierwsze 50 km zrobimy ja z Jarkiem, zmieniając się co kółko, a potem do akcji wkroczą Marcin z Alexem, biegając dokładnie tym samym systemem.
Start biegu był o 8 rano. Alex podwiózł mnie do Starej Miłosnej i wrócił do domu na śniadanie (mamy tu bardzo blisko). Przed startem wszystko przebiegło bardzo sprawnie, Jarek był przygotowany, żeby dać mi zmianę po 19 minutach.
![]() |
| Byledobiec Anin na czele od pierwszych metrów (fot. Radek Łapiński) |
Wystartowałem, prowadząc od pierwszych metrów biegu i po niedługim czasie zauważyłem, że nikt nie próbuje mnie gonić. Pilot, który jechał przede mną na rowerze musiał zawracać, żeby wspomóc peleton. Ja biegłem przed siebie, dobrze znając trasę. Na koniec wprowadzono w niej drobną modyfikację z powodów technicznych. Remontowany był parking przed kościołem i trzeba było go obiec. GPS-y niektórych uczestników biegu pokazywały, że kółko ma od 5030 m do 5150 m, ale nie przejmowałem się tą niezgodnością. Pierwszą pętlę zrobiłem w 19:10 i zmieniłem się z Jarkiem. Wywołało to lekkie zdziwieniu wśród obserwatorów, bo następne sztafety dobiegały 2 minuty później. W czasie dwudziestominutowych przerw miałem trochę czasu na rozmowy z innymi uczestnikami biegu i kibicami. Wszystko szło zgodnie z moim planem, który zakładał dla mnie i dla Jarka czas 3 godziny i 20 minut na 50 kilometrów. Swoje kółka kończyliśmy w miarę równym tempem.
![]() |
| Jarek wypuszcza mnie na ostatnią zmianę. Moje ramię nie będzie już takie ładne 19 minut później (fot. Darek Bydłos) |
Na finiszu mojego ostatniej pętli spotkała mnie przykra przygoda. Skręciłem zza płotu na ostatnią prostą, na której szły dwie dziewczyny z psem na smyczy, która była rozciągnięta w poprzek drogi. Krzyczałem, żeby uważały, ale nie zareagowały. W pełnym biegu musiałem wykonać skok. Niestety, kiedy byłem w powietrzu smycz się napięła i zwiększyła wysokość, a ja nie mogłem już ominąć tej ruchomej przeszkody. Zahaczyłem o nią stopą i przy prędkości jakichś 16 km/h upadłem horyzontalnie na lewy bok, jadąc po ostrym żwirze. Nie było czasu na wylegiwanie się, jak to robią faulowani piłkarze. Mimo bólu, błyskawicznie wstałem i dobiegłem ostatnie 100 metrów, wypuszczając Jarka na ostatnie kółko. Ramię i piszczel trochę piekły i nie wyglądały zbyt ładnie, ale dzięki temu miałem na sobie ślady walki po Wesołej Stówie.
![]() |
| Symboliczne zakończenie 105. kilometra naszej sztafety |
Jarek świetnie się spisał i skończyliśmy nasze 50 kilometrów w czasie 3:19:38 - 22 sekundy ponad normę. Mieliśmy też sporą, siedmiominutową przewagę nad drugą sztafetą Huraganu Wołomin. Wiedzieliśmy jednak, że w sesji popołudniowej ta przewaga wzrośnie jeszcze bardziej. Pozostałe drużyny udało nam się już zdublować (różnica wynosiła ponad 20 minut). Na swoje pierwsze kółko wbiegł Marcin. Pamiętając jego zeszłoroczne problemy z orientacją na trasie, postanowiłem wybiec mu naprzeciw. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem go biegnącego na czas w granicach 15 min / 5 km. Okazało się, że pomylił trasę - pobiegł w złym kierunku, nie robiąc ok. kilometrowego kółka, nieświadomie skracając pętlę. Doszliśmy do mety i po czasie 19:22 (tyle Marcin biega piątkę) puściliśmy Alexa na kolejną zmianę. Wytłumaczyłem Marcinowi, gdzie zrobił błąd, a Jarek podwiózł go autem w pechowe miejsce.
![]() |
| Tak to wyglądało - do czasu feralnego 11. kółka doliczono nam 38 sekund w ramch 20. okrążenia |
Kolejne zmiany przebiegały już bez zakłóceń. Obaj walczyli wspaniale. Trzeba było jednak zrobić coś z tym oszukanym kółkiem, przebiegniętym w 19:22. Zdecydowano, że po skończeniu przez nas 100 km, Marcin przebiegnie jeszcze jedną pętlę. Różnica, między czasem osiągniętym na tym kółku, a 19:22, będzie nam doliczona do wyniku (wiadomo było, że zmęczony pobiegnie nieco wolniej). Alex stoczył wspaniałą walkę na swojej ostatniej pętli. Uzyskał czas 18:30 i zdublował Huragan Wołomin - zwycięzców z zeszłego roku! Marcin dobiegł swoje szóste kółko w równe 20 minut i do wyniku ostatecznego doliczono nam 38 sekund. Oficjalny czas: 6:31:45 - rewelacja, byliśmy bezkonkurencyjni na tych zawodach. W porównaniu do zeszłego roku, poprawiliśmy się o ponad godzinę. Drugie miejsce dla Huraganu (27 minut za nami), a trzecie dla FBI (Falenickie Biegi Intensywne).
![]() |
| Rok temu marzyliśmy o takich statuetkach, oklaskując drużyny na podium, a teraz sami stanęliśmy na jego najwyższym stopniu :-) |
Trzy godziny później odbyło się zakończenie, na którym mimo lekkiego deszczu bawiliśmy się doskonale. Przyjechaliśmy razem z rodzicami i bratem, który też osiągnął tego dnia duży sukces. Zdawał testy sprawnościowe do klasy sportowej w gimnazjum i zrobił na nich prawdziwą furorę, między innymi świetnie skacząc w dal i biegnąc na kilometr. Imprezę zakończyliśmy przy ognisku, racząc się piwem i kiełbaskami. W tym czasie dobiegały jeszcze ostatnie, najbardziej wytrwałe sztafety. Dziękujemy organizatorom, wszystkim uczestnikom i kibicom. Impreza ma naprawdę niepowtarzalną atmosferę i za rok na pewno będziemy tu bronić tytułu.
Decyzja o moim starcie na Wyścigach zapadła w dniu zawodów. Rano przybiegłem spokojnie do pracy, a po południu był czas na szybszy trening i te zawody wydawały się znakomitą okazją. Przeważnie podjeżdżam z pracy autobusem do przystanku przy Wyścigach i biegnę dalej Dolinką Służewiecką. Miałem zatem praktycznie po drodze i przyjechałem w stroju biegowym, z zamiarem dobiegnięcia do domu po zawodach. W poprzednich dwóch imprezach na Wyścigach frekwencja nie była zbyt wysoka. Teraz na starcie pojawiło się więcej zawodników, w tym sporo znajomych. Przede wszystkim zaskoczyła mnie obecność Mariusza Ślęzaka, który wracał do biegania po długiej, ciężkiej kontuzji i startował bez żadnego treningu :-/
Pod względem organizacji trasy, zawody nie stoją na najwyższym poziomie. Biega się po jednej, długiej prostej (krzywej), kończonej zawrotkami, z którymi ciężko sobie poradzić na śliskiej nawierzchni. Do tego na ścieżkę spadło drzewo i organizatorzy stwierdzili, że trasę trzeba w tym miejscu skrócić (o jakąś jedną trzecią) i przez to trzeba będzie robić więcej nawrotów. Na szczęście grupa biegaczy poradziła sobie z drzewem i jakoś dało się pobiec w tym pechowym miejscu.
Wystartowaliśmy ze sporym opóźnieniem (zapisy, drzewo). Na początku zajmowałem miejsce poza pierwszą dziesiątką, bo poprzedzająca mnie grupa ruszyła, jak dzika. Miałem potem trochę trudności z wyprzedzaniem, bo nie wszędzie na trasie dało się ten manewr wygodnie wykonać. Biegłem stałym tempem, i przesuwałem się powoli do przodu. Na czele biegło dwóch faworytów - Bartek Gadziomski i Słonik, którzy byli bezkonkurencyjni. Wyprzedziłem Mariusza, który zaczął bardzo szybko. Potem tylko dopingowaliśmy się na mijankach. Moim zdaniem powrót Mariusza wypadł bardzo dobrze. Jak wyleczy zakwasy, będę znowu na zawodach oglądał jego plecy :-)
Ostatecznie, przesunąłem się na czwartą pozycję i na mijankach uśmiechałem się do biegnącego niedaleko przede mną Rafała Bogulaka. Udało mi się porządnie zredukować dzielący nas dystans, ale na ostatniej prostej Rafał przyspieszył, a ja nie zamierzałem się zarzynać przed zbliżającą się Wesołą Stówą i spokojnie zająłem miejsce tuż za podium.
Na mecie pożywiliśmy się piwem i kiełbasą (dobra rzecz). Potem skorzystałem z uprzejmości poznanej na zawodach Magdy i jej chłopaka, którzy podwieźli mnie na Gocław, skąd przetruchtałem do domu. Uważam, że impreza się udała i mam nadzieję, że reprezentacji Byledobiec nie zabraknie na kolejnych zawodach z tego cyklu.
Pamiętam trzy ostatnie Biegi Konstytucji i każdy z nich wyglądał podobnie. W opustoszałym z powodu długiego weekendu mieście, przy pięknej, słonecznej pogodzie zbiera się grupka biegowych zapaleńców, żeby rywalizować na wyjątkowo krótkim (jak dla mnie) dystansie ok. 5 km. Dwa lata temu brałem udział w tym biegu niedługo przed maratonem krakowskim i zająłem całkiem niezłe, 20. miejsce. Rok później odpuściłem sobie taki sprint, ze względu na zbliżający się maraton w Wiedniu, za to Alex wywalczył bardzo dobre, 15. miejsce. W tym roku w końcu stanęliśmy razem do tej rywalizacji.
Obaj ustawiliśmy się w pierwszym rzędzie i po strzale startera dziarsko ruszyliśmy do przodu. Warto było się dobrze ustawić na pierwszych kilkudziesięciu metrach, żeby uniknąć potem tłoku na zwężeniach przy kładce nad Trasą Łazienkowską. Mnie i tak kiepsko wyszedł pierwszy zakręt i prawie wylądowałem w krzakach. Na zbiegu z ulicy Agrykola ustaliła się już 3-osobowa czołówka, a za nią pędziła grupa pościgowa, w której był Alex. Ponieważ znam swoje miejsce w szeregu, starałem się nie wyprzedzać poprzedzającego mnie Szymona Drabczyka, z którym jeszcze nigdy nie wygrałem na dystansie krótszym od półmaratonu. Przebiegliśmy przez park i przy okrążaniu Źródełka widziałem za sobą jeszcze kilku silnych zawodników.
Trzymałem stałe tempo biegu, nikt mnie nie wyprzedzał, a ku mojemu zaskoczeniu na zawrotce przy kanałku zacząłem dochodzić Szymona i przez pewien czas biegliśmy razem. Trasa była o dziwo krótsza, niż w poprzednich latach i prowadziła na skróty do bramy Agrykoli. Przed podbiegiem wyprzedziłem Szymona, a przed szczytem zdążyłem minąć kolejnego zawodnika. Na długiej prostej w stronę Belwederu trzymałem dobre tempo, choć wyprzedził mnie Sylwester Karczewski, standardowo zachowujący siły na długi finisz. Niesiony dopingiem rodziców i brata, wpadłem na metę 13., z czasem 15:55 i pogratulowałem Alexowi 8. miejsca (15:11). Wygrał oczywiście Marcin Kufel, z którym mamy fajne zdjęcie, tuż po starcie (później na trasie byłoby ciężko o wspólne zdjęcie). Wśród pań wygrała Beata Andres.
![]() |
| Ostry start i... wyprzedzamy Marcina Kufla ;-) (fot. Darek Bydłos) |
Po skończonym biegu każdy dostał dyplom i koszulkę, można było się pożywić, a w tłum wmieszali się dziennikarze telewizyjni. Porozmawialiśmy trochę z biegowymi znajomymi, ale potem spostrzegłem ze zdenerwowaniem, że zgubiłem moją saszetkę z kluczami. Rodzice podwieźli nas z powrotem do biura zawodów na Solec. Na szczęście ktoś znalazł zgubę. Była u sędziów, na którym musieliśmy zaczekać. W tym czasie sympatyczna pani pozwoliła nam skorzystać z sali gimnastycznej, gdzie biliśmy się z workami treningowymi, manekinami i pograliśmy trochę w kosza. Można było się wyżyć po bieganiu :-) Sportowy dzień zakończyliśmy treningiem biegowym z Powiśla do Anina.
Po ostatnim biegu na Kabatach, z którego nie byłem do końca zadowolony (35:06) chciałem sobie udowodnić, że stać mnie na wyniki poniżej 35 minut. Zadanie nie było łatwe - na początku tygodnia powoli zacząłem się przestawiać na treningi "pod Rzeźnika" kładąc mniejszy nacisk na szybkość, za to większy na wytrzymałość. Warunki atmosferyczne również nie sprzyjały biciu rekordów. Na starcie zjawiliśmy się tym razem we dwóch z Robertem. Ja mimo wszystko chciałem złamać 35 minut, Robert postanowił zacząć spokojnie i ewentualnie na koniec przyspieszyć. Dwa maratony przebiegnięte tydzień po tygodniu robią jednak swoje.
![]() |
| ...ale i tak było fajnie |
Zacząłem jak zwykle dosyć szybko. Cały czas wydawało mi się, że trzymam równe tempo, ale w połowie dystansu zorientowałem się, że coś jest jednak nie tak - międzyczasy miałem dużo gorsze niż ostatnio. Na 5. kilometrze dogonił mnie Wojtek Starzyński z ENTRE i do 9. kilometra trzymaliśmy się razem. Na końcówkę zabrakło mi sił i nie dałem rady ścigać się dalej. Na ostatniej prostej pojawił się jeszcze klubowy kolega Wojtka, Krzysiek Rajzer, i wyprzedził nas w niesamowitym tempie. Na mecie pojawiłem się jako 9. z czasem o ponad minutę gorszym od życiówki - 35:49. Nie byłem z siebie zadowolony, ale takie są koszty przestawiania się na dłuższe dystanse - to samo przerabiałem na jesieni. Robert wpadł na metę jako 18. z czasem 37:21 - również poniżej normy, ale tym razem nie nastawiał się na ściganie.
![]() |
| Wbiegam na metę, łamiąc trzy godziny na tej trudnej trasie |
Z maratonów w Starej Miłosnej mam piękne wspomnienia. Pod koniec listopada 2005 roku biegłem tutaj niedługo po pierwszym w życiu złamaniu trójki i byłem w dobrej formie. W zimowych warunkach (śnieg, temperatura około zera) uzyskałem czas 3:16 i wygrałem, wyprzedzając kolejnego zawodnika o przeszło kwadrans. To było moje pierwsze zwycięstwo w maratonie, które na zawsze pozostanie mi w pamięci. Niecały rok później broniłem tytułu, w trakcie bardzo intensywnego okresu maratońskiego. Niedługo po półmetku zostałem sam i zmierzałem do mety, celując w wynik poniżej 3 godzin. Niestety, maraton zmienił się w mój mały dramat, bo ktoś pozdejmował oznaczenia na leśnej trasie, którą nie do końca zapamiętałem. Trzykrotnie nadrobiłem dystans, ale udało mi się znaleźć właściwą drogę do mety, a wypracowana wcześniej przewaga pozwoliła mi wygrać. To zwycięstwo miało trochę gorzki smak, bo bardzo prawdopodobne plany o złamaniu trójki na tej trudnej trasie musiałem odłożyć na kolejny sezon.
W 2007 roku termin maratonu został przeniesiony z jesieni na 14 kwietnia, co ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu kolidowało z zaplanowanym już dawno wyjazdem do Paryża, gdzie miałem biec dzień później. Na szczęście, jakby na moje życzenie, maraton w Starej Miłosnej przesunięto o jeden tydzień - na sobotę, 21 kwietnia.
Do maratonu nie byłem rewelacyjnie przygotowany. Wystarczy powiedzieć, że sześć dni wcześniej dawałem z siebie wszystko w paryskim upale, kończąc w czasie 2:51. Po tym wydarzeniu zakwasy ustąpiły całkowicie dopiero w piątek, w przeddzień maratonu. Tym razem trochę się opamiętałem i pierwszy raz w tym roku zrobiłem sobie tydzień z kilometrażem poniżej 100. Wielu specjalistów, którzy przeczytają te słowa, będzie się pukać w głowę, bo przecież odpoczynek przed, a szczególnie po maratonie powinien być rzeczą naturalną. Ja byłem w tym okresie tak napalony na bieganie, że nie trafiały do mnie takie argumenty.
Do Starej Miłosnej przyjechałem z Marcinem. Na starcie ustawiła się niewielka grupka biegaczy, z czego większość miała się zmierzyć z dystansem 7,195. Maratończyków było... pięciu. Zaczęliśmy od dobiegu 195 metrów, a chwilę potem wbiegliśmy na pierwszą z sześciu siedmiokilometrowych pętli. Już w pierwszych minutach stało się jasne, że będą to dla mnie 42 kilometry samotnej walki - nikt nie próbował mnie gonić. Cel był jasny - pobiec poniżej 3 godzin. Obok mnie jechał na rowerze Marek Tronina, co jakiś czas wykonując telefon i zgłaszając uwagi, jeżeli chodzi o oznakowanie trasy. Była ona identyczna, jak w zeszłym roku i po dwóch pętlach dałbym pewnie radę przebiec ją z pamięci. Porozmawiałem trochę z Markiem, na co pozwalało mi relatywnie spokojne tempo biegu. Bramę minąłem w dokładnie pół godziny, a ten pierwszy odcinek była dłuższy o 195 metrów. Na kolejnych pętlach wystarczyło trzymać tempo poniżej 30 minut i byłbym w domu. Chciałem jednak na początku wyrobić sobie pewien zapas, bo po 30 kilometrze przewidywałem znużenie samotnością długodystansowca i lekkie odpuszczenie tempa. Drugie kółko poszło zatem zgodnie z planem, w 29:34.
Na mijance przy lesie spotkałem Marcina. Pozdrowiliśmy się wesoło, co dodało mi sił. Kawałek dalej biegł Jarek Widomski. Wyrobiłem sobie nad nimi już ponad 4 minuty przewagi. Na trzecim kółku miałem jeszcze siłę przyglądać się otoczeniu. Piękny jest ten nasz Mazowiecki Park Krajobrazowy. Mijałem bagna i piaszczyste wydmy. Biegło mi się wspaniale, choć podbiegi po piachu mocno wchodziły mi w nogi. Starałem się znajdować miejsca po bokach trasy, w których najmniej się zakopywałem, jednak czasem płaciłem za to uderzeniem jakąś gałązką. Na szóstym kilometrze pętli leżało w poprzek drogi duże drzewo, pełne wystających gałęzi. Za pierwszym razem je obiegłem, później ryzykowałem, przeskakując przez nie. To był prawdziwy maraton przełajowy!
Trzecie kółko przebiegłem już nieznacznie poniżej 30 minut, czwarte kilka sekund wolniej. Pod koniec miałem przykrą przygodę. Wbiegłem w ostry zakręt i chwilę później nie zauważyłem wystających na wysokości mojej głowy gałęzi. Otarłem sobie trochę łuk brwiowy, co w połączeniu z solą na mojej twarzy tworzyło dość bolesną mieszankę. Zapomniałem o bólu, kiedy zobaczyłem mojego tatę i młodszego brata. Marek był na rowerze i miał mi towarzyszyć przez ostatnie 14 kilometrów. Przy bramie dziewczynki wydawały napoje. Wołałem też, żeby podały mi żel w tubce, który zostawiłem na stoliku. Był straszny wiatr i myślałem, że mnie nie słyszą. Jakie było moje zdziwienie, gdy 100 metrów dalej dogoniła mnie zdyszana dziewczynka z tubką żelu. Serdecznie jej podziękowałem, a powtórzyłem to jeszcze później dwukrotnie - na trasie i po zakończeniu biegu. Ten żel uzupełnił moje wyczerpujące się zasoby energetyczne. Słodycz w ustach popiłem wodą, którą podał mi Marek. Rozmawialiśmy niewiele, a po minięciu 31 kilometra gdzieś go zgubiłem. Myślałem, że gdzieś zakopał się w tym piachu i co jakiś czas odwracałem się, żeby sprawdzić, czy mnie dogania. Niestety, nie było go widać, ale wiedziałem, że na pewno jakoś sobie poradzi. Wcześniej, na wysokości bagien zdublowałem Jurka Natkańskiego - alpinistę z klubu entre.pl. Starałem się dodać mu otuchy. Podobnie postąpiłem w stosunku do starszego pana w grubych rajtuzach, którego zdublowałem dwa razy. Mam nadzieję, że w jego wieku również będę miał tyle zacięcia do tego sportu.
Przedostatnie kółko było najwolniejsze w moim wykonaniu - 30:07. Przebiegłem przez bramę, popiłem wodę i ruszyłem na decydujące 7 kilometrów. Ucieszyłem, kiedy przed lasem zobaczyłem Marka. Okazało się, że miał jakieś problemy z łańcuchem w rowerze. "Nie gadaj, tylko biegnij, masz złamać trzy godziny" - usłyszałem, co dodatkowo mnie rozweseliło. Marek miał mnie eskortować do mety, ale po dwustu metrach zrezygnował. Przy bagnach spotkałem za to tatę, który chciał mi tam zrobić zdjęcie. "Złamię trzy godziny" - powiedziałem pewnym głosem. To musiało się udać. Po raz ostatni zbiegłem ze stromej, piaszczystej, pełnej korzeni górki, mijając 38 kilometr - już blisko! Przebiegłem obok zabudowań przy piaszczystej drodze i ze zdumieniem spostrzegłem, że da się biec prawym jej brzegiem, nie zakopując się w piachu. Szkoda, że zorientowałem się dopiero na ostatnim kółku.
Widziałem, że utrzymując dotychczasowe tempo będę miał pół minuty zapasu na mecie, ale starałem się nieco wydłużyć skrócony z powodu zmęczenia krok. Nie było mowy o żadnym kryzysie. Mocniej poczułem przeskok przez drzewo, ale niedługo potem trafiłem na dobrze ubitą ścieżkę w gęstym lesie, na której znów dostałem skrzydeł. Ostatnie odcinki to już była sama przyjemność. Opuściłem las i wkrótce wyszedłem na ostatnią prostą. Wbiegając na metę, wydałem z siebie okrzyk radości, który zmieszał się z aplauzem grupki kibiców. Wykonałem swoje zadanie, kończąc bieg w czasie 2:59:21. Odebrałem gratulacje i potruchtałem trochę, przy okazji sprzątając kubki, które rzucałem w krzaki po wypiciu wody na każdym kółku. Ponad 10 minut po mnie na metę wbiegł Jarek Widomski, ustanawiając swój rekord życiowy, a kolejne 10 minut później na finiszu pojawił się Marcin. Marek zarządził szybką dekorację. Stanąłem na najwyższym stopniu podium, dostałem medal, fajną statuetkę i dwa całusy od pani, która wręczała te nagrody - ekstra! Byłem bardzo szczęśliwy - fantastycznie jest wygrać maraton i to trzeci raz z rzędu. To była najtrudniejsza trasa maratońska, na jakiej do tego czasu biegłem, a udało mi się na niej uzyskać czas poniżej trzech godzin i to z marszu, 6 dni po wyczerpującym maratonie.
![]() |
| Na podium z Jarkiem Widomskim i Marcinem |
Marcin podwiózł mnie do sklepu w Aninie. Poprosiłem o dwa duże piwa (0,65 litra), na co usłyszałem pytanie "A mamy 18 lat?". Sprzedawczyni nie wiedziała nawet, czy mówić do mnie "na pan", czy "na ty", dlatego użyła takiej formy. "Mamy 27 lat" - odpowiedziałem z uśmiechem. Wytłumaczyłem, że jestem zakonserwowanym maratończykiem. Na szczęście mi uwierzyła, bo inaczej musiałbym wrócić do domu po dokumenty. Pierwsze piwo wypiłem, leżąc w wannie, potem następne. Niedługo później Alex wrócił z Akademickich Mistrzostw Polski i przeszliśmy się razem do sklepu, opowiadając o swoich zawodach. Wypiłem jeszcze dwie butelki piwa, gaworząc wesoło z braćmi. Potem poszedłem spać, przywołując wrażenia z maratonu. To był idealny dzień.
Start w Mistrzostwach Polski - brzmi dumnie, ale niestety, to tylko pozory. W zeszłym roku trafiłem do sekcji lekkiej atletyki SGH zupełnie przypadkowo - wystartowałem niezależnie w Biegu po zdrowie i urodę (czyli jednym z rzutów Akademickich Mistrzostw Warszawy), a ponieważ poszło mi całkiem przyzwoicie, nasz trener postanowił, że tydzień później wystartuję w Mistrzostwach Polski w łódzkim Arturówku. Nie mogę powiedzieć, żebym miał stamtąd dobre wspomnienia - tłok, przepychanki, walka za wszelką cenę - zupełnie inaczej, niż na biegach masowych, gdzie każdy mniej więcej zna swoje możliwości i nie pcha się bez sensu do przodu. Pomijam już znakomity pomiar trasy - miało być 5 km, było ponad 7...
Dlatego w tym roku trochę obawiałem się tego startu. Atmosfera niestety podobna, trasa też pozostawiała wiele do życzenia - przebiegała alejkami i trawnikami campusu SGGW, nie było żadnych podbiegów, a główną przeszkodą był tłok. Miały być biegi przełajowe, ale w porównaniu do trasy na wydmie w Falenicy wypadły blado. No i znowu organizatorzy nie pomyśleli o tym, że jak organizuje się Mistrzostwa Polski, to warto zmierzyć trasę. Tym razem błąd w drugą stronę - zamiast 5 km były 4 (no, może z małym hakiem). Pokonałem trasę w czasie ok. 13:40 (oczywiście czas zmierzono tylko pierwszym 50 zawodnikom - trochę dziwne, że na zawodach tej rangi nie stosuje się chipów). Z ponad 300 studentów z całej Polski zająłem 78. miejsce. Biorąc pod uwagę krótki dystans i poziom zawodów, nie mam na co narzekać. Z reprezentacji swojej szkoły byłem najszybszy, nasi kolejni zawodnicy uplasowali się pod koniec drugiej setki.
Muszę przyznać, że jestem zawiedziony organizacją Akademickich Mistrzostw Polski. Przede wszystkim uważam, że należałoby zorganizować mistrzostwa na dłuższych dystansach, jak 10 km, czy półmaraton. W takich zawodach nie wystartowałoby już tyle osób i tłok na trasie nie byłby takim problemem. Na szczęście to były prawdopodobnie moje ostatnie mistrzostwa ;)
W kolejnym biegu z cyklu Grand Prix Warszawy na Kabatach zjawiliśmy się w dwuosobowym składzie - Marcin i ja. Tym razem nie nastawialiśmy się na śrubowanie życiówek - Marcin z powodu bólu nogi postanowił pobiec treningowo, ja ostatnio trenowałem w kratkę i wiedziałem, że musi to się odbić na moim wyniku.
Na pierwszych kilometrach trzymałem się na 6. pozycji, biegnąc kilkanaście metrów za stałymi rywalami z Lasu Kabackiego. Na 4. kilometrze dogoniła mnie jedna z czołowych polskich biegaczek, Renata Antropik. Biegliśmy razem do 7. kilometra, gdzie udało mi się trochę przyspieszyć. Do rywali jednak brakowało mi bardzo dużo i na poprawę miejsca nie miałem co liczyć. Miałem jednak nadzieję, że mimo ostatnich przerw w treningach uda mi się utrzymać dobrą passę i po raz trzeci z rzędu złamać na Kabatach 35 minut. Niestety, tym razem zabrakło mi 6 sekund. Nie byłem z siebie zadowolony, pobiegłem ponad 20 sekund gorzej niż ostatnio. Ale z moimi ostatnimi treningami na więcej nie mogłem liczyć. Marcin pokonał trasę w spokojnym tempie i z czasem 40:53 uplasował się na 54. pozycji.
Zorganizowałem sobie pięciodniowy wyjazd do Paryża, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Zwiedziłem bardzo dużo: wszystkie najpiękniejsze dzielnice, Wersal, byłem również w Luwrze i wbiegłem na drugi poziom Wieży Eiffela. W maratonie liczyłem na rekord, ale niestety upał (25 stopni, pełne słońce) pokrzyżował mi plany. Skończyłem z wynikiem 2:50:59 - i tak znakomitym, jak na te warunki. Zająłem miejsce 317 w stawce około 30 tysięcy startujących osób.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |