|
||||||||||
|
Najwięcej kilometrów przebiegniętych na zawodach
Pokaż cały ranking |
Najlepszy współczynnik (miejsce / liczba startujących) - kobiety
Pokaż cały ranking |
Najlepszy współczynnik (miejsce / liczba startujących) - mężczyźni
Pokaż cały ranking |
Na początku grudnia wybrałem się do Azji, żeby zaliczyć swój szósty kontynent.
2 grudnia biegłem maraton w Singapurze - niewielkim państwie, położonym na równiku. Temperatura, a przede wszystkim wilgotność powietrza mocno dały mi się we znaki. Z tego powodu uzyskałem najgorszy od półtora roku czas w maratonie - 3:15:31. Mimo kiepskiego wyniku, miejsce okazało się całkiem niezłe - 123 na blisko 10 tysięcy startujących. Kolejny tydzień spędziłem w Tajlandii. Mój pierwotny plan zakładał przebiegnięcie maratonu w Bangkoku, ale jego termin został niestety przesunięty. Postanowiłem zatem sam zorganizować sobie maraton. Poszukałem w Internecie i wysłałem maila do kilku klubów w Bangkoku, żeby poradziły mi stadion, lub inną wymierzoną trasę, na której mógłbym się zmierzyć z dystansem 42195 m. Wszyscy polecali miejski park Lumpini, na którym jest wymierzona, oznakowana pętla, licząca dokładnie 2543 m. Policzyłem sobie, że muszę zatem zrobić 16 okrążeń + 1507 metrów i 9 grudnia o godzinie 5:30 stanąłem na starcie indywidualnego maratonu. Na trasie miałem znakomitą pomoc - mama podawała mi wodę i zieloną herbatę na każdym okrążeniu. Temperatura w Bangkoku również mnie nie rozpieszczała (tego dnia były 34 stopnie!), ale na szczęście wilgotność była mniejsza i udało mi się spokojnie przebiec ten maraton bez większego kryzysu. Czas - 3:13:46, czyli lepiej, niż w Singapurze.
W tej chwili mam przebiegnięte maratony na sześciu kontynentach i z niecierpliwością czekam na Antarktydę (za 3 miesiące).
Bieganie 13 maratonów w roku (i to niekiedy tydzień po tygodniu) ma niestety swoje konsekwencje. Po powrocie z Azji jestem totalnie zamulony i moje wyniki na krótszych dystansach będą pozostawiały wiele do życzenia. Ale warto było :-)
Na starcie ostatniego w 2007 roku biegu na Kabatach zjawiło się czterech członków Byledobiec - Maciek, Michał, Wojtek i ja. Do Biegu Mikołajkowego starałem się dobrze przygotować - chciałem poprawić swoją kabacką życiówkę (34:09), którą ustanowiłem zupełnie niespodziewanie, tydzień po maratonie w Brukseli. Przez ostatnie tygodnie biegało mi się znakomicie, dlatego nastawiałem się na wynik poniżej 34 minut. Pogoda na początku grudnia okazała się dla biegaczy bardzo łaskawa - podczas zawodów świeciło słońce, było kilka stopni powyżej zera - idelane warunki na bicie rekordów. Poziom biegu był bardzo wysoki - dobre warunki przełożyły się na świetne wyniki w czołówce. Większość stałych bywalców Lasu Kabackiego zdecydowanie pobiła swoje dotychczasowe rekordy. Do tych szczęśliwców należałem również ja - po dobrym biegu i mocnym finiszu ukończyłem zawody ze świetnym wynikiem 33:36, co dało mi 7. miejsce. Swój rekord pobił również Maciek, pojawiając się na mecie z czasem 38:25 i wyprzedzając o 3 sekundy kolejnego naszego zawodnika, Michała. Maciek i Michał zajęli odpowiednio 22. i 23. miejsce. Wojtek pojawił się na mecie po czasie 40:51. Nasze wyniki przełożyły się na 3. miejsce w klasyfikacji drużyn męskich.
Nasze wyniki:
7. Alex Celiński - 33:36 (życiówka)
22. Maciek Chodorek - 38:25 (życiówka)
23. Michał Domański - 38:28
52. Wojtek Wanat - 40:51
Zdjęcia:
Alex: 1
Wojtek: 1
Po Biegu Niepodległości planowałem trochę sobie odpuścić – oczywiście wyszło inaczej. W niedzielę, 18.11. wystartowałem w Otwartych Mistrzostwach Ursynowa w Biegach Przełajowych (a jednocześnie Akademickich Mistrzostwach Warszawy), rozgrywanych na terenie kampusu SGGW. Nie byłem specjalnie dobrze przygotowany, na start zdecydowałem się 3 godziny przed zawodami. Mimo wszystko, na ok. 4-kilometrowej trasie uzyskałem całkiem przyzwoity wynik i zająłem 10. miejsce (9. wśród studentów).
Tydzień później, wraz z Kasią, Robertem i Pawłem wystartowaliśmy w pierwszym SKŚ-u (Spontaniczne Kabackie Ściganie), rozgrywanym w Lesie Kabackim, ale już na pełnowymiarowej, 10-kilometrowej trasie. Zawody zorganizowane zostały na wzór SMŚ-a, od kilku lat organizowanego w Lasku Młocińskim – każdy z zawodników deklaruje czas, w jakim zamierza przebiec dystans 10 km, wolniejsi startują odpowiednio wcześniej, a szybsi później, tak, aby wszyscy dobiegli na metę w podobnym czasie. Ja zadeklarowałem czas 34:30, żeby wystartować razem ze Słonikiem i gonić biegnącego treningowo na 34:45 Marcina Kufla, chociaż wiedziałem, że raczej takiego wyniku nie uzyskam. Nie było jednak tak źle – na mecie złapałem czas 34:48, przybiegłem kilkanaście sekund za najszybszymi Marcinem i Słonikiem. Reszta Byledobieców także uzyskała czasy nieco słabsze od deklarowanych – Robert 38:13, Paweł 40:22, Kasia 45:05. Mimo kiepskiej pogody wszyscy dobrze się bawili i wszystko wskazuje na to, ze zawody z cyklu SKŚ będą odbywać się regularnie.
W pierwszą niedzielę grudnia na Kępie Potockiej odbył się Żoliborski Bieg Mikołajkowy. Do tych zawodów także specjalnie się nie przygotowywałem – dzień wcześniej zrobiłem sobie ponad 20-kilometrową wycieczkę biegową po Mazowieckim Parku Krajobrazowym, a wieczór spędziłem przy piwie, pogryzając pizzę. Mimo wszystko pobiegłem zaskakująco dobrze – na 6-kilometrowej trasie uzyskałem wynik 19:50, co dało mi piąte miejsce. Pierwsza trójka była poza zasięgiem – podium należało do zawodników Warszawianki – Damiana Witkowskiego, Huberta Duklanowskiego i Jakuba Nowaka. Do czwartego miejsca zabrakło niewiele, ale Słonik na ostatnich metrach jest nie do pokonania. Zawody na Żoliborzu dobrze wróżą przed Biegiem Mikołajkowym na Kabatach i Południowopraską Dychą. Przy dobrych warunkach będzie jeszcze szansa na bicie rekordów :-)
19. Bieg Niepodległości przyciągnął w tym roku rekordową liczbę ponad 2,4 tys. biegaczy, a wśród nich całkiem liczną ekipę Byledobiec. Wydarzeniem dnia był powrót Marcina, który po znakomitym początku sezonu (2:55 w maratonie, 1:20 na połówce) borykał się z kontuzjami i od maja nie startował w zawodach. Ja na targach przed maratonem w Nowym Jorku kupiłem sobie pierwsze startówki i nastawiałem się na wynik poniżej 34:30, optymistycznie zakładając, że mój rekordowy bieg za oceanem nie wpłynie negatywnie na moją szybkość. Przyznam szczerze, że po cichu marzyłem nawet o wyniku poniżej 34 minut, ale wolałem się na to specjalnie nie nastawiać - niech coś zostanie na przyszły rok :)
Mimo bardzo niskiej temperatury, udało nam się osiągnąć całkiem przyzwoite wyniki. Mnie biegło się bardzo dobrze, zacząłem odpowiednim tempem i na ostatnich kilometrach dałem z siebie wszystko. Ostatecznie ukończyłem bieg z wynikiem 34:24 (netto), co dało mi wysokie, 17. miejsce. Z naszych zawodników na mecie kolejno pojawili się Robert (37:15), Paweł Kotlarz (38:26) i Michał Domański (38:45). Znakomicie pobiegł również nasz sąsiad, Maciek Chodorek, łamiąc po raz pierwszy 40 minut, i to z dużym zapasem - 39:30. Kolejno do mety dobiegli Michał Najberg (41:53), Marcin Jankowski (43:54) i nasz kolega z pracy, Dominik Skowroński (55:07).
Zdjęcia:
Robert: 1 2 3
Alex: 1 2 3
Paweł: 1 2 3 4
Michał D.: 1
Maciek: 1 2 3 4
Michał N. 1 2
Na razie krótko - impreza niesamowita, świetna organizacja, setki tysięcy kibiców wzdłuż trasy i prawie 40 tysięcy biegaczy na trasie. Mój wynik 2:49:11, lepszy o 2 minuty od dotychczasowej życiówki, przełożył się na wysokie, 288. miejsce. Robert z wyniku nie mógł być zadowolony, niestety powtórzyła się przykra historia z Berlina - 4 wizyty w Toi-Toikach przełożyły się na wynik 3:09.
A pomijając sprawy związane z maratonem, spędziliśmy w Nowym Jorku bardzo fajny, aktywny tydzień w miłym towarzystwie Renaty i Darka.
Po raz drugi zaprzyjaźniona grupa biegowa FBI z Falenicy zorganizowała półmaraton w otwockiej części Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Na starcie biegu zjawiła się kilkunastoosobowa grupka znajomych z klubów FBI, ENTRE.PL, rodzinnego zespołu DAR oraz Stowarzyszenia Park Skaryszewski. Każdy z nas dostał mapkę okolicy - trasa prowadziła szlakami turystycznymi w leśnym obszarze pomiędzy Karczewiem a Celestynowem. Bieg potraktowaliśmy treningowo - nikt nie nastawiał się na ściganie, planowaliśmy pokonać trasę w czasie ok. 1:30h. Biegliśmy we trzech z Oursem Brunem (Wojtkiem Starzyńskim) z ENTRE.PL. Trasa okazała się bardzo ciężka - nie brakowało stromych podbiegów, piachu i problemów z oznakowaniem trasy. W dwóch miejscach straciliśmy parę minut na szukanie szlaku. Ostatecznie dobiegliśmy na metę po czasie 1:36. Impreza bardzo się udała, bieg był dobrą okazją do zrobienia mocnego treningu, poznania nowych terenów południowej części Mazowieckiego Parku Krajobrazowego, a przede wszystkim do spotkania z znajomymi. Gratulacje i podziękowania dla FBI za zorganizowanie fajnej, kameralnej imprezy - liczymy na zaproszenie za rok ;-).
Na zawodach inaugurujących nowy sezon biegowy na Kabatach zjawiliśmy się w nowym, mocnym składzie. Piękna pogoda pomogła nam w osiągnięciu dobrych wyników i zajęciu drugiego miejsca wśród drużyn męskich.
Nasze wyniki:
6. Alex Celiński - 34:09 (życiówka)
25. Robert Celiński - 36:53
26. Paweł Kotlarz - 36:55 (życiówka)
38. Michał Domański - 38:04 (życiówka)
55. Wojtek Wanat - 39:18
67. Maciek Chodorek - 40:11 (życiówka)
74. Michał Najberg - 40:28 (debiut)
Po biegu odbyło się zakończenie sezonu 2007 i wręczenie nagród za cykle Grand Prix Warszawy oraz Cztery Pory Roku. W tym roku udało mi się załapać na długie podium w Grand Prix Warszawy (5. miejsce) i wygrać swoją kategorię (M20-25). W cyklu Cztery Pory Roku byłem drugi w kategorii M20. Robert w obydwu cyklach zajął 4. miejsce w swojej kategorii.
Czworo członków Byledobiec pobiegło w ostatni weekend maraton - Kasia i Wojtek w Poznaniu, my z Robertem natomiast zrobiliśmy sobie weekendowy wypad do Brukseli. Kasia ukończyła swój kolejny maraton z wynikiem 3:16:34, zajmując 6. miejsce w swojej kategorii wiekowej i 1. wśród studentek. Wojtek ze świetnym wynikiem 2:57:51 uplasował się na 101. miejscu w klasyfikacji generalnej i 5. w klasyfikacji akademickiej.
Plany na Brukselę mieliśmy bardzo ambitne (celowaliśmy w wyniki poniżej 2:50), jednak szybko okazało się, że profil trasy nie sprzyja osiąganiu dobrych wyników. Mimo wszystko udało mi się wreszcie poprawić rekord z crossowej trasy w Sielpii i ukończyć maraton w dobrej formie z wynikiem 2:51:19. Robert na trasie walczył z przeziębieniem, ale to nie przeszkodziło mu w osiągnięciu świetnego wyniku 2:52:41. W kategorii mężczyzn od 20 do 30 lat zajęliśmy 3. i 5. miejsce! Popołudnie spędziliśmy w knajpie popijając w dużych ilościach belgijskie piwa ;-)
Wkrótce szczegółowa relacja, uwzględniająca także aspekty turystyczne naszej wyprawy :)
W sobotę wystartowaliśmy w Krosie Złotych Liści w Nowym Dworze Mazowieckim. Nazwa nie jest przypadkowo, bo trasa była mocno krosowa, a biegało się po pierwszych złotych liściach. Alex osiągnął bardzo dobry wynik, zajmując 5. miejsce, ja byłem ósmy, a zupełnie bez treningu wystartował również Andrzej, dając z siebie wszystko na ostatnich metrach. Po biegu pojechaliśmy jeszcze do znajomych do Pomiechówka, gdzie miło spędziliśmy popołudnie.
W niedzielę było Run Warsaw. Na przeszło godzinę przed biegiem wybiegliśmy z Alexem z Anina, a na rowerze towarzyszył nam Marek. Ludzie patrzyli na nas z dużym zaciekawieniem, kiedy tak przemieszczaliśmy się w zielonych koszulkach z numerami na piersiach. Przypięliśmy rower Marka w okolicach starty i ustawiliśmy się w pierwszych sektorach. Tłok był straszny, ale pilnowaliśmy się nawzajem. Przy Książęcej czekali na nas kibicujący rodzice i pozwoliliśmy sobie na trochę wygłupów, zbaczając z trasy. Na Marszałkowskiej dodawaliśmy otuchy Markowi, narzucając mu mocne tempo. Rozstaliśmy się przy Alejach Ujazdowskich - Marek finiszował ostatni kilometr, a dla mnie i Alexa zaczynał się właściwy bieg na 6 km. Śmigaliśmy bardzo szybko, wyprzedzając setki biegaczy. Aż do mety znalazł się tylko jeden młody zawodnik, który próbował z nami dyskutować, ale na Wisłostradzie pokazaliśmy mu, co to są Byledobiecowe interwały i został z tyłu. Biegło mi się całkiem fajnie, nawet Alex się skarżył, że w pewnym momencie narzuciłem za mocne tempo, co przyjąłem, jako komplement. Marka z rodzicami spotkaliśmy w umówionym miejscu. Porozmawialiśmy również z grupką znajomych. W biegu wzięło udział kilkoro świeżo upieczonych członków Byledobiec - moja znajoma Agata, nasz kolega z pracy - Dominik i Michał, z którym byliśmy tydzień wcześniej na maratonie w Berlinie. Byledobiec szykuje mocną ekipę na kabackie Grand Prix :-) Po biegu wróciliśmy do Anina okrężną trasą - przez Most Siekierkowski (wcześniej Wałem do Mostu Łazienkowskiego). W sumie zrobiliśmy z Alexem około 35 kilometrów (fajne przetarcie przed Brukselą), a Marek 25 km roweru + 5 km biegu.
Relacja Roberta (odradzam spożywanie posiłku w trakcie czytania, w ogóle lepiej nie czytać):
Stasia praczka. Dobrze, że nie skończyło się szałem na kortach. Kto czytał forum i potrafi rozwiązywać rebusy, wie o co chodzi. W Berlinie miałem straszne problemy żołądkowe, co skończyło się dwiema wizytami w TOI-TOI-kach w czasie biegu.
To był mój 29. maraton i pierwszy raz przydarzył mi się taki wypadek. Ból brzucha był straszny. Wbiegłem do kibla przy punkcie odświeżania za 33 km, ponad minutę później z niego wybiegłem i leciałem poniżej 4/km z nadzieją, że zostawiłem wszystko, co trzeba i dogonię Pawła. Niestety półtora kilometra później wrócił jeszcze mocnejszy ból, musiałem się przejść, a następna wizyta w kiblu trwała ponad 6 minut. Potem bylo mi już wszystko jedno. Chyba zaszkodził mi chleb. Od tej pory na wyjazdach kupuję już tylko tostowy - żadnego ciemnego pełnoziarnistego.
Relacja Pawła, czyli przykład niesamowitego postępu w maratonie:
Do końca 2006 roku miałem przebiegnięte 4 maratony uliczne (pierwszy to Poznań 2005 - 4:33, Praga 2006 - 4:13, Warszawa 2006 - 3:55, Poznań 2006 - 3:43), maraton w Gorcach i setkę w Kaliszu. Tylko w Gorcach nie miałem problemów z brzuchem i ukończyłem zawody w czasie odpowiadającym moim ówczesnym możliwościom (4:35). We wrześniu 2006 zacząłem też biegać krótsze dystanse (głównie 10km). Treningi miałem trochę chaotyczne, intensywniejsze miesiąc przed zawodami, mniej intensywne wcześniej. Bardzo dużo chodząc ze stosunkowo ciężkim plecakiem po górach miałem też dość dobrą podbudowę siłową w nogach.
W ostatniej zimie (jak już się pojawiła) głównie chodziłem po górach na nartach skiturowych i biegałem na nartach biegowych. Na wiosnę zacząłem już regularnie codziennie biegać - miesięcznie wychodzi mi 350-400km. O ile wcześniej trenowałem po południu, to w tym roku już prawie wyłącznie rano, co okazało się znakomitym posunięciem. Na początku było ciężko, ale po jakimś miesiącu organizm się przyzwyczaił. Poranne bieganie spowodowało też, że całkowicie zrezygnowałem z mocniejszych treningów. Biegam tylko rozbiegania i WB2 do 20km i co około dwa tygodnie zawody (10km, 15km, półmaraton). Po kilku eksperymentach - prawie żadnych rytmów, interwałów, BNP, siły biegowej czy długich wybiegań. Mniej więcej co miesiąc - i to jest bardzo ciekawe - skokowo z dnia na dzień rośnie mi prędkość przebiegnięcia określonego dystansu przy danym tętnie. W ten sposób tempo WB2 (jak dla mnie przybliżone tempo, w którym bym biegł maraton w danej chwili) poprawiło mi się z 4:55 na wiosnę do 4:10 teraz. O tym czy i jak szybko biegam decyduje samopoczucie danego dnia - jeśli jest kiepskie, to nie mam oporów przeciwko rezygnacji z treningu. Zdarza się to jednak rzadko, głównie wtedy gdy nie jestem w stanie wcześniej się dobrze wyspać po jakiejś imprezie. Korzystanie z planów treningowych jest dla mnie zbyt abstrakcyjne - konieczność zrobienie określonego treningu danego dnia zabiłaby mi przyjemność z biegania.
Plany na 2007 rok to było przezwyciężenie problemów żołądkowych w biegach, połamanie 3:30 na wiosnę i 3:00 na jesieni w maratonie i 37:00 na kabackich 10km. Z tymi pierwszymi udało się dzięki bieganiu porannemu, które wymusiło odpowiednią dietę i rozłożenie posiłków (bieganie rano na paru łykach izotonika i paru herbatnikach, obfite śniadanie, bardzo lekka kolacja, rezygnacja z niektórych produktów, które sprawiały problemy). Maraton wrocławski w tym roku był pierwszym moim dłuższym biegiem z brakiem jakichkolwiek problemów. Niemalże całkowicie na luzie przebiegłem w 3:23. Podobnie było teraz w Berlinie - 2:59 bez większego zmęczenia. Oprócz w miarę dobrego przygotowania wynika to też z tego, że nie jestem w stanie (głównie mnie chyba psychika blokuje) biec na 100% swoich możliwości (w przeciwieństwie do na przykład Słonika). Dlatego pewnie oprócz Pragi i kilku zbiegów w górach nigdy nie miałem żadnych skurczy mięśni czy zakwasów na/po zawodach.
Do Berlina przyjechaliśmy w trójkę - razem z Robertem i Michałem z KTE Tramp. W Kutnie dosiedli się do nas Ania i Przemek z Płocka, których życiorysy dokładnie sprawdził Robert. Podróż upłynęła nam bardzo miło. Przypadkiem oczywiście okazało się, iż mieszkamy w tym samym hostelu. Wspólnie więc udaliśmy się odebrać pakiety startowe i na pasta party. Jedna porcja makaronu, własnoręcznie zrobione ciasto i parę jabłek były moim posiłkiem tego dnia i następnego ranka, co dobrze się sprawdziło już na wiosennym maratonie. Do tego dwa piwa, litr Isostara i można było udać się na start. Pewnym minusem były duże kolejki do toalet przed startem, za przykładem dużej części zawodników skorzystałem więc z okolicznych krzaków. W swojej strefie startowej byłem 20 minut przed godziną zero, ale nie udało mi się spotkać tam Roberta ani nikogo znajomego. Zawodnicy podzieleni byli na grupy A-H w zależności od deklarowanego czasu. Ponieważ pierwotnie planowałem w Berlinie zrobić 3:10, trafiłem do grupy D. Nie było problemów ze zmianą na C, dzięki czemu różnica między czasem brutto a netto w moim przypadku to tylko 20 sekund. Robert zawieruszył się gdzieś z przodu, ale dogoniłem go na pierwszym kilometrze.
Oficjalni pacemakerzy na 3:00 szybko zaczęli i utrzymywali znacznie szybsze tempo aż do końca. Biegłem stale obok Roberta lub za nim. Brak konieczności kontrolowania czasu i dystansu bardzo mi pomógł, więcej niż początkowo myślałem. Pierwsze dwadzieścia kilometrów minęły bardzo szybko. Wtedy też Robert stwierdził iż przyspieszamy, co nie do końca zgadzało mi się z rzeczywistością - tempo wydawało mi się takie same, aczkolwiek zaczynałem już odczuwać zmęczenie. Miałem dwa żele energetyczne ze sobą, zacząłem się więc zastanawiać kiedy je skonsumować. Podobnie jak we Wrocławiu zdecydowałem się na 28 i chyba 36 kilometr. Do tego na każdym punkcie żywieniowym, co ok. 3 kilometry, brałem kilka łyków wody. Pierwsze minuty po wzięciu żelu były bardzo ciężkie, ale potem odzyskiwałem lekkość w nogach. Po kłopotach Roberta, gdy musiałem biec sam, trochę mi tempo spadło - drugą połówkę miałem wolniejszą od pierwszej. Ciężko było utrzymać stałe tempo - nie zgadzały się oznaczenia kilometrów, a nie miałem się kogo uczepić, powoli bo powoli, ale wyprzedzałem już większość biegaczy. Na finiszu, widząc Bramę Brandenburską trochę przyspieszyłem i dobiegłem do mety. W Warszawie z czasem 2:59 byłbym w pierwszej setce, teraz nie zmieściłem się w tysiącu. Ale uczestniczyłem w biegu, w którym padł rekord świata. Kibice byli wspaniali, choć muszę przyznać iż również mam bardzo dobre wspomnienia z Pragi. Tamtejsze kapele były znakomite.
Tuż za mną na metę wpadł Słonik, który jednak miał netto znacznie lepszy czas. Zrobiliśmy sobie zdjęcie, potem spotkałem jeszcze Przemka biegnącego treningowo (2:53 i 20 minut gorzej od życiówki) i Anię, która w debiucie pobiegła na 3:17! Roberta w tym tłumie znów nie znalazłem, ale spotkaliśmy się po odbiorze swych rzeczy. Michał życiówkę poprawił o 30 minut i zrobił 3:23. Sporo Polaków biegło, m. in. biegacz ze Szczecina, palący dwie paczki papierosów dziennie, który po skończeniu maratonu w 4h, oczywiście wypalał kolejnego papierosa.
Poszliśmy potem do hostelu, gdzie bez problemu mogliśmy się jeszcze wykąpać. Ekipa płocka zaczynała właśnie imprezkę fetującą kolejny ukończony maraton, podczas gdy my po symbolicznym kieliszku udaliśmy się na pociąg powrotny do Warszawy.
Było fajnie. W Berlinie miało być poniżej 3h i było, teraz muszę zastanowić się nad strategią na Ateny.
W kolejnym Maratonie Warszawskim wystartowaliśmy w 3-osobowym składzie. Oprócz Roberta i mnie w barwach Byledobiec pobiegła nasz nowa, bardzo mocna zawodniczka - Kasia Panejko-Wanat. Kasia celowała w wynik w granicach 3:05, Robert - w okolicach 2:50 (do bicia życiówki nie był do końca przekonany), ja, wobec braku odpowiedniego treningu po wypadku rowerowym i kiepskiej formy w ostatnich trzech tygodniach, nie nastawiałem się na bicie rekordów. Chciałem jednak pobiec Maraton Warszawski w czasie poniżej 3 godzin.
Przez pierwsze kilometry trzymałem się grupy na 3 godziny, prowadzonej ponownie przez Bogdana Barewskiego. Na 13. kilometrze postanowiłem trochę przyspieszyć. Wszystko było dobrze do 30. kilometra, później niestety brak wybiegań dał znać o sobie. Na szczęście kryzys nie był na tyle silny, żebym zaczął iść - grupa na 3 godziny minęła mnie na 32. kilometrze, trochę się oddaliła, ale starałem się cały czas trzymać kilkadziesiąt metrów za nią. Do końca kontrolowałem tempo, żeby złamać trójkę, ale pewność miałem dopiero przy tabliczce z napisem "41 km". Ostatecznie ukończyłem z wynikiem 2:59:12 (netto 2:59:06) i byłem z siebie bardzo zadowolony.
Robert w połowie dystansu nieco odpuścił, żeby zachować siły na ostatnie 10 km. Maraton ukończył w świetnej formie z bardzo dobrym czasem 2:52:36 (netto 2:52:33).
Największy sukces w maratonie odniosła tego dnia Kasia - ukończyła bieg z rewelacyjnym wynikiem 3:06:55 (netto 3:06:52), poprawiając swoją życiówkę o 10 minut. Kasia zajęła 6. miejsce wśród kobiet i 3. w swojej kategorii!
Nasze wyniki przełożyły się na 6. miejsce w klasyfikacji drużynowej (sumaryczny wynik 8:58:43 - celowaliśmy akurat w złamanie 9 godzin ;-)) Wśród drużyn mieszanych byliśmy niekwestionowanym numerem jeden :)
Ostateczne wyniki Byledobieców:
47. Robert Celiński - 2:52:36
84. Alex Celiński - 2:59:12
112. Kasia Panejko-Wanat - 3:06:55
Maraton ukończyło 2121 zawodników.
Klasyfikacja drużynowa:
1. ENTRE.PL Team Magdalenka - 7:57:45
2. KKL Fart Kielce - 8:17:47
3. 11 LDK PANC - 8:24:59
...
6. Byledobiec Anin - 8:58:43
Sklasyfikowano 54 drużyny.
Zeszłoroczny półmaraton "Cud na Wisłą" był dla nas bardzo udany - każdy z nas o kilka minut pobił swoją życiówkę, łamiąc czas 1:23, wymagany do startu w maratonie w Nowym Jorku. W tym roku wybraliśmy się do Radzymina pełni optymizmu po ostatnich treningach - Robert liczył na wynik poniżej 1:20, ja myślałem o wyśrubowaniu życiówki z Półmaratonu Warszawskiego (1:17:43). Miałem wprawdzie pewne problemy z biodrem, ale liczyłem na to, że w trakcie biegu nie będzie mnie bolało.
Na początku starałem się trzymać mocnej grupy biegaczy, z którymi ścigam się już od wielu miesięcy. Niestety, już po dwóch kilometrach zacząłem czuć, że coś jest nie tak. Co gorsza nie było to biodro, po prostu zaczęły wysiadać mi mięśnie. Trudno powiedzieć, co było przyczyną tego kryzysu, trudno zwalać winę na upał, być może to przetrenowanie. Kolejne kilometry biegłem coraz wolniej, wkrótce wyprzedził mnie Robert. O łamaniu życiówki w jego przypadku także nie było mowy - upał dawał się we znaki wszystkim. Po 7 kilometrach zaczęło mnie boleć biodro. Niestety, było coraz gorzej - wiedziałem, że na dobry wynik nie mam co liczyć, chciałem po prostu dobiec do mety. Na 11. kilometrze przeszedłem się kawałek z kolegą, który też ostatnio jest bez formy. Okazało się, że kilkaset metrów marszu dobrze mi zrobiło - ból częściowo ustąpił, mięśnie trochę odpoczęły. Postanowiłem, że powalczę o złamanie bariery 1:30 (jeszcze nigdy nie pobiegłem półmaratonu wolniej - debiutując półtora roku temu w Wiązownie uzyskałem czas 1:29:40). Drugą połowę dystansu pokonałem przyzwoitym tempem, ok. 4'/km, wyprzedzając po drodze dziesiątki biegaczy. Ostatecznie uzyskałem wynik 1:29:25 - udało się ;). Robert ostatecznie odpuścił sobie ten start - na mecie pojawił się 2 minuty przede mną, a zanim dobiegł, skręcił na chwilę na chodnik, żeby przywitać się z rodzicami i bratem, którzy wrócili poprzedniego dnia późnym wieczorem z wakacji (wcześniej nie mieliśmy okazji się zobaczyć).
Z wyników oczywiście nie możemy być zadowoleni, jednak dla mnie największym problemem jest ból biodra. Przez jakiś czas będę się musiał oszczędzać, co na pewno będzie miało zły wpływ na moje wyniki na wrześniowych zawodach. Wszystko wskazuje na to, że życiówki w maratonie nie uda mi się pobić w Warszawie.
Tydzień po Maratonie Juranda nie mogliśmy opuścić Biegu Powstania Warszawskiego. Jest on dla wyjątkowy, ponieważ wiąże się z historią naszej rodziny (w Powstaniu walczyła nasza Babcia - straciła w nim swojego męża i brata). Poza tym, Alex debiutował dwa lata wcześniej właśniej w tym biegu, kompletnie bez przygotowania. Widać, jak wielkie postępy zrobił od tego czasu.
Mnie niestety nie biegło się najlepiej. Nie trenowałem wcześniej odpowiednio i nie napierałem jakoś specjalnie. Na finiszu zmobilizował mnie Marcin Kęciek, z którym stoczyłem ostrą walkę na stadionie, wygrywając dosłownie rzutem na taśmę. Alex pobiegł całkiem nieźle, szczególnie biorąc pod uwagę ostatni maraton, który powinien mieć negatywny wpływ na jego dychową prędkość.
Robert z czasem 2:55:58 zajął czwarte, a Alex, z wynikiem 2:58:14, piąte miejsce w Maratonie Juranda w Szczytnie. Wyjazd na zawody tradycyjnie połączony był z ogniskiem i noclegiem pod namiotem nad jeziorem oraz spływem kajakowym Krutynią.
Wraz z Alexem podjęliśmy się zupełnie nowego dla nas zadania - organizacji imprezy biegowej. Było to najtrudniejsze wyzwanie organizacyjne, przed jakim kiedykolwiek stanąłem. Jak to wszytsko wyszło, przeczytacie na stronie biegu .
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |