Relacja z pobytu w Tatrach - sierpień/wrzesień 2006
26.08.2006
Wyprawa z przewodnikiem na Gerlach

Rok temu spędziliśmy 10 dni w Tatrach Polskich. Pogoda była znakomita, co pozwoliło nam na zaliczenie wszystkich ważniejszych szlaków. Rysy, Orla Perć, Świnica, Czerwone Wierchy, Kościelec, Szpiglasowy Wierch, Bystra… Ze szczytów Tatr Polskich, dostępnych szlakami turystycznymi zostało nam tylko kilka gór o wysokości nie przekraczającej 1700 m. W wakacje po maturze (2003) udało nam się zaliczyć też większość szlaków Tatr Słowackich.

>> Skrócony opis naszych wycieczek w latach 2003 - 2006

W tym roku postanowiliśmy spełnić nasze marzenie i zdobyć najwyższy szczyt Tatr a zarazem całego pasma Karpat - Gerlacha (2654 m n.p.m.). Ponieważ na Gerlach nie prowadzi znakowany szlak turystyczny, wejście dozwolone jest jedynie z uprawnionym przewodnikiem. I tutaj pojawił się pierwszy problem - usługi polskich przewodników są strasznie drogie. Ponieważ nie udało nam się namówić nikogo na wyprawę, w przypadku wejścia dwóch osób każdy z nas musiałby zapłacić ok. 400 PLN. Na nasze studenckie kieszenie to trochę za dużo. Zacząłem szukać w Internecie informacji o usługach przewodników słowackich. W końcu trafiłem na stronę Biura Przewodników Górskich (Spolok Horskych Vodcov) w Starym Smokowcu. Za dwuosobową grupę cena wynosiła 4800 SKK, co już bylibyśmy w stanie zaakceptować. Wysłałem maila ostatniej szansy z nieśmiałymi pytaniami o możliwość wejścia na Gerlach w dniach 27-29.08. Zaznaczyłem też, że najlepiej byłoby, gdyby dołączono nas do innych osób (liczba osób w grupie nie może przekraczać 4), co znacznie obniżyłoby cenę. Odpowiedź dostałem bardzo szybko - zostaliśmy zapisani na niedzielę, 27.08. Umówiłem nas na spotkanie w biurze w sobotę ok. 17.

Z Warszawy wyjechaliśmy ekspresem Tatry o godzinie 8. W Zakopanem byliśmy o 14:20, do Smokowca dotarliśmy ok. 16:45 i od razu poszliśmy do biura. Tutaj czekała nas miła niespodzianka - okazało się, że utworzono grupę 4-osobową i każdy z nas musiał zapłacić tylko 1500 SKK. Umówiono nas o godzinie 5 rano w Tatrzańskiej Polance, skąd wynajętym gazikiem mieliśmy być przewiezieni do Śląskiego Domu. Dostaliśmy namiary na noclegi w Smokowcu, wykupiliśmy ubezpieczenie i poszliśmy do polecanego pensjonatu, który wyglądał jak ruina. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie poszukać czegoś innego, ale w Smokowcu ceny noclegów są strasznie wysokie. Postanowiliśmy pojechać do Nowej Leśnej, gdzie Andrzej znał dobre miejsce do przenocowania. Na szczęście udało się - za 250 SKK mogliśmy w całkiem dobrych warunkach przenocować przed wyprawą. Zjedliśmy kolację, zrobiliśmy kanapki na następny dzień i poszliśmy spać ok. 22.

W niedzielę telefony obudziły nas o 3:30. Złapaliśmy pierwszą kolejkę o 4:39 i 20 minut później byliśmy w umówionym miejscu, pod sklepem w Tatrzańskiej Polance. Wkrótce przyjechał po nas gazik i wraz z 6 innymi chętnymi na Gerlach wjechaliśmy na wysokość 1670 m, do Śląskiego Domu. Tam czekali na nas przewodnicy. Okazało się, że tego dnia na Gerlach było wielu chętnych, stworzono co najmniej 6 grup. Naszą grupę prowadził przewodnik Jozef Bardy. Pogoda na szczęście dopisała - na niebie ani jednej chmurki.

Dolina Batyżowiecka i Kończysta

W środku Bradavica

Wyruszyliśmy o godzinie 5:45. Najpierw szlakiem w górę Doliny Wielickiej, jak na przełęcz Polski Grzebień. Wkrótce zboczyliśmy ze szlaku i kierowaliśmy się pod zbocze Gerlacha. Robiło się coraz bardziej stromo, ale rzadko trzeba było używać rąk. W końcu doszliśmy do najtrudniejszego miejsca w drodze na Gerlach - Wielickiej Próby, ok. 25-metrowej ścianki. Przed wspinaczką zrobiliśmy sobie krótką przerwę - trzeba było poczekać, aż grupy przed nami będą już na górze. Nagle usłyszeliśmy hałas - jednemu ze słowackich turystów zleciał aparat. Upadł kilkanaście metrów od nas. Niewiele z niego zostało… Przewodnik związał nas liną i zaczęła się wspinaczka. Na początku nie było źle, ale w miarę zdobywania wysokości czułem się coraz mniej pewnie. Lina, która w razie czego miałaby mi uratować życie, trochę mi przeszkadzała, plącząc się między nogami. Brakowało też łańcuchów, które jakiś czas temu zostały stąd zerwane. Na szczęście klamer nikt nie zerwał, bez nich wejście byłoby praktycznie niemożliwe. W końcu udało się pokonać najtrudniejszy odcinek, zaczęła się przyjemna wspinaczka, z użyciem rąk, ale już bez przepaści, klamer i przepinania karabińczyków. Wkrótce osiągnęliśmy Przełączkę nad Kotłem, na wysokości 2425 m. W dole widać było Dolinę Wielicką, a z drugiej strony Gerlachowski Kocioł. Niestety, na niebie zaczęły pojawiać się chmury. Dalsza trasa przebiegała zachodnim zboczem Gerlacha. Szliśmy trawersami, czasami zdarzały się trudniejsze momenty, ale wielkich przepaści nie było. W końcu doszliśmy do żlebu, którym weszliśmy na szczyt. Było kilka minut po 9, zatem udało się wejść w czasie ok. 3:20. Pogoda nienajgorsza - trochę chmur, ale wyraźnie widzieliśmy na zachodzie Kończystą, a na wschodzie Staroleśną (Bradavicę).
Na szczycie Gerlacha
Niestety, Wysoka i Rysy przykryte były chmurami. Zrobiliśmy sobie zdjęcia, zjedliśmy kanapki i po ok. pół godziny zaczęliśmy schodzić do Doliny Batyżowieckiej. Na samym początku schodziło się przy pomocy łańcucha, później było już łatwo, cały czas tyłem do skały. Po jakimś czasie doszliśmy do najtrudniejszego miejsca na całej trasie - Batyżowieckiej Próby. Przewodnik dał mi karabińczyki, które co jakiś czas miałem przypinać do haków. Sam nie wiem, w jaki sposób to miałoby działać w razie wypadku, ale robiłem, co mi kazał. Schodziliśmy po prawie pionowej skale, przy pomocy klamer. Łatwo nie było - znowu trochę przeszkadzała lina, no i trzeba było patrzeć w dół… Największy problem miałem z karabińczykami - gdy jedną ręką trzymałem się klamry, drugą musiałem przypinać je do haków. Przyznaję, miałem stresa ;). Kiedy klamry się skończyły, miałem nadzieje, że już nie będzie większych trudności. Niepokój wzbudzały tylko 2 karabińczyki, które miałem przypięte do uprzęży - myślałem, że mogą się jeszcze przydać. Na szczęście przewodnik w końcu mi je zabrał i mogłem odetchnąć. Wkrótce skończyło się schodzenie po skałach i byliśmy już w dolinie. Po 11 doszliśmy do Batyżowieckiego Stawu i nasza wyprawa dobiegła końca. Nasze marzenie się spełniło - zdobyliśmy najwyższy szczyt Tatr. Pożegnaliśmy się z przewodnikiem, a ponieważ pora była wczesna, przedłużyliśmy sobie wycieczkę. Poszliśmy Magistralą Tatrzańską na Przełęcz pod Osterwą, zeszliśmy do schroniska przy Popradzkim Stawie, złapaliśmy kolejkę i wróciliśmy do Smokowca, gdzie zjedliśmy obiad i zrobiliśmy zakupy. Wieczorem wróciliśmy do Nowej Leśnej.

Dwa dni później zdecydowaliśmy się na powrót do Polski, a czekając na autobus do Łysej Polany wpadliśmy jeszcze raz do biura przewodników. Bardzo sympatyczna pani wypisała nam piękne dyplomy za Vystup na Gerlachovsky Stit. Być może jeszcze kiedyś tutaj się pojawimy, wycieczki na inne szczyty Tatr są sporo tańsze, a naprawdę warto inwestować w takie przygody. Będzie co wnukom opowiadać ;).

28.08.2006
Wycieczka na Bystry Przechód i Przednie Solisko
Wodospad Skok

To jeden z niewielu szlaków Tatr Wysokich na Słowacji, którymi nie szedłem. Rano nie spieszyliśmy się ze wstawaniem. Trzeba było odespać poprzednią noc. Złapaliśmy kolejkę do Strbskiego Plesa i ok. 10 ruszyliśmy w drogę. Pogoda nienajgorsza, na niebie wprawdzie sporo chmur, ale przynajmniej nie padało. Szliśmy bardzo szybko, do wodospadu Skok doszliśmy w niecałe 40 minut (wg drogowskazów ok. 1:30 h).
Bystry Przechód
Wspinaliśmy się dalej, w górę doliny Młynickiej. Nad stawem Capie Pleso zrobiliśmy krótki postój. Tutaj też zaczęło troche kropić. Czekało nas już tylko podejście ok. 250 metrów w pionie. Poszło dosyc szybko, chociaż na podejściu kilka razy zakładałem i zdejmowałem pelerynę (zmienna ta pogoda...). Tuż pod Przełęczą wejście ułatwiały łańcuchy. Bystry Przechód, przełęcz na wysokości 2314 m n.p.m. pomiędzy Furkotskim Szczytem a Wielkim Soliskiem, to bardzo wąska szczerba z widokiem na jedno z najwyżej położonych jezior w Tatrach - Vysne Wahlenbergovo Pleso (2157). Zatrzymaliśmy sie tutaj na dłuższy postój. Wkrótce ruszyliśmy w dalszą drogę - zeszliśmy do Doliny Furkotnej i kierowaliśmy sie w stronę Chaty pod Soliskiem, schroniska na wysokości 1830. Oczywiście panował tu straszny tłok, jak to w tatrzańskich schroniskach. Naszą uwagę w pewnym momencie przykuł biegacz, który prawdopodobnie dobiegł do schroniska ze Szczyrbskiego Plesa (przewyższenie 500 metrów). Turyści patrzyli na niego z ogromnym zdziwieniem, bo biegł bez koszulki, a było naprawdę zimno. Wypiliśmy herbatę na rozgrzewkę i ruszyliśmy na Przednie Solisko. Szlak był zatłoczony, dlatego jak najszybciech chcielismy wejść na szczyt. Wejście zajęło nam niewiele ponad 15 minut. Z góry podziwialiśmy piękne widoki na doliny Młynicką i Furkotną, a z południa na Strbske Pleso. Na szczycie spędziliśmy jakiś czas, akurat się przejaśniło i zrobiło się całkiem przyjemnie. W końcu zaczęliśmy schodzić, żeby zdążyć na kolejkę o 15:20. Podjechaliśmy najpierw do Smokowca na obiad i po zakupy, a później wróciliśmy do Nowej Leśnej. Szybko poszliśmy spać - na kolejny dzień zaplanowaliśmy długą wycieczkę na Jagnięcy Szczyt z Javoriny.

29.08.2006
Nieudana wycieczka na Jagnięcy Szczyt i powrót do Polski
Zniszczony las w Starym Smokowcu

Wstyd się przyznać, ale to kolejna góra, na której jeszcze nie byłem. Chcieliśmy urozmaicić sobie wyprawę i postanowiliśmy wchodzić na Jagnięcy Szczyt od strony Javoriny. Ponieważ wycieczka była bardzo długa, wstaliśmy już o 5 i najpierw kolejką, a później autobusem dojechaliśmy do Javoriny. Na miejscu byliśmy przed 8. Niestety, pogoda była fatalna - bez przerwy lało. Założyliśmy peleryny i ruszyliśmy na szlak. Na początku nuda - wszędzie lasy, małe nachylenie, bez przerwy deszcz... Najciekawszym miejscem na trasie była Polana pod Muraniem, gdzie mogliśmy chociaż częściowo zapoznać się z geologią Tatr na podstawie wystawionych tam głazów z opisami (niestety po słowacku). Jedyny plus tego szlaku to kompletna pustka - na trasie w ogóle nie było turystów. Kierowaliśmy się na Kopske Sedlo, przełęcz na wysokości 1750 m n.p.m. Lało coraz bardziej, pod samą przełęczą deszcz zamienił się w grad. Wędrówka była coraz cięższa. Wszystko już mieliśmy przemoczone, chcieliśmy jak najszybciej dojść do schroniska nad Zielonym Stawem. W schronisku przy herbacie z miodem zdecydowaliśmy, że nie będziemy już wchodzić na Jagnięcy Szczyt. Byliśmy przemoczeni i przemarznięci, a nic nie wskazywało na to, że pogoda się poprawi. Poza tym szlak na Jagnięcy Szczyt nie należy do najprostszych, w pobliży Kołowego Przechodu szlak ubezpieczony jest łańcuchami. W takiej ulewie wejście byłoby dużo trudniejsze, a mieliśmy (prawdopodobnie słuszne) przypuszczenia, że na wysokości powyżej 2000 może już nawet padać śnieg. Postanowiliśmy już tego samego dnia wrócić do Polski. Zaczęliśmy kierować się w dół, w stronę Tatrzańskiej Łomnicy. Chyba jeszcze żadna wycieczka tak mi sie nie dłużyła - szlak wybitnie nudny, cały czas w lesie, żadnych widoków i ciągle ten deszcz... Wróciliśmy do Nowej Leśnej, spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Smokowca. Do odjazdu autobusu zostało nam sporo czasu. Najpierw wstąpilismy do biura przewodników, gdzie dostaliśmy piękne dyplomy za zdobycie Gerlacha. Okazało się, że w Smokowcu tego dnia było 13 stopni. Ciekawe, jaka temperatura była w Dolinie Zielonego Stawu... Później skoczyliśmy na obiad i wróciliśmy na dworzec czekać na autobus. Ponieważ mieliśmy jeszcze trochę czasu, zrobiliśmy parę zdjęć zniszczonym w 2004 roku lasom pod Smokowcem. W końcu przyjechał autobus i ruszyliśmy w stronę Łysej Polany. Po polskiej stronie złapaliśmy busika, który wracał z Popradu do Zakopanego zupełnie pusty. Jeszcze z busika zadzwoniłem do pensjonatu Zagroda Palarina w Kościelisku, gdzie za przyzwoitą cenę w bardzo dobrych warunkach mieszkaliśmy rok temu. Na szczęscie akurat trafiliśmy na wolny pokój dwuosobowy. W Zakopanem musieliśmy troche poczekać na busik do Kościeliska, poszliśmy wiec do baru FIS na żurek i gorącą herbatę z cytryną. W Kościelisku byliśmy ok. 20:30. Trudno opisać, jaki byłem szczęśliwy, kiedy w naszym pokoju zobaczyłem... telewizor ;). Oglądaliśmy telewizję do 23 i w końcu poszliśmy spać.

30.08.2006
Uzupełniamy braki w Tatrach Polskich - Nosal, Kopieniec, Gęsia Szyja
Lis na szlaku

Podczas naszych wypraw w Tatry poważnie zaniedbaliśmy tatrzańskie "kurduple". Zawsze szkoda nam było czasu. W końcu postanowiliśmy nadrobić część zaległości. Tego dnia pogoda była nie za piękna, ale przynajmniej nie lało bez przerwy, jak dzień wcześniej. Złapaliśmy busika do Zakopanego, później do Kuźnic. Wysiedliśmy w Murowanicy i weszliśmy na szlak na Nosal. Od wejścia do parku na szczycie byliśmy po 16 minutach (ok. 3 minut straciliśmy na zakładanie kurtek, bo znowu zaczęło padać). Postaliśmy chwilę na szczycie i ruszyliśmy w kierunku Kopieńca. To już poważniejsza góra, powyżej 1300 ;).
Ośnieżone Tatry Wysokie - widok z Gęsiej Szyi
Z Kopieńca przy ładnej pogodzie rozciąga sie piękny widok na Orlą Perć, niestety tego dnia chmury były troche za nisko i przykrywały grań. Wyraźnie jednak widać było, że wysoko w górach spadł świeży śnieg. Po zejściu z Kopieńca spotkaliśmy lisa. Zrobiliśmy mu kilka zdjęć, nawet nie uciekał - pewnie myślał, dostanie coś do jedzenia. Po długiej, nudnej wędrówce po lasach osiągnęliśmy w końcu nasz ostatni cel - Gęsią Szyję (1490). Tutaj dopiero dotarło do nas, jakie mieliśmy szczęście z wyprawą na Gerlach. Z Gęsiej Szyi wyraźnie widzieliśmy ośnieżone skały najwyższego szczytu Tatr. W takich warunkach przewodnik na pewno odwołałby wycieczkę. Ponieważ na górze wiało i padało coraz bardziej, zaczęliśmy schodzic w kierunku Rusinowej Polany. Tam zdecydowaliśmy się na zejście niebieskim szlakiem w kierunku leśniczówki Zazadnia. Próbowaliśmy złapać jakiś busik, ale nikt sie nie chciał zatrzymać. Wszystkie busy zapchane były po brzegi turystami z Morskiego Oka. W międzyczasie rozpadało sie na dobre. Myślałem, że dostane tam szału. W końcu jakiś kierowca się zlitował. Wprawdzie miejsc siedzących już nie było, ale przynajmniej nie lało się na głowę. No i temperatura trochę wyższa... Po powrocie do Kościeliska od razu wziąłem gorący prysznic, a później obejrzeliśmy transmisję z Pedro's Cup. Okazało się, że w Warszawie była podobna pogoda... Kupiliśmy na rozgrzewkę Żołądkową korzenną z miodem, zamówiliśmy pizzę (jak zawsze, kiedy jesteśmy w Kościelisku) i kolejny wieczór spędziliśmy przed telewizorem.

31.08.2006
Rohacze...? Nie, Sarnia Skała...
Siklawica

Jednym z naszych celów na ten wyjazd była grań Rohaczy - jeden z najtrudniejszych szlaków Tatr Zachodnich. Wejść można tam (albo i nie, bo nie ma tam przejścia granicznego) przez Wołowiec. Planowaliśmy pojechać do Doliny Chochołowskiej, wynająć rowery, podjechać do schroniska i stamtąd najkrótszą drogą wejść na Wołowiec, a później przejść granią aż do Banikova. Niestety, znowu plany pokrzyżowała nam pogoda. Kiedy się obudziłem, od razu wyjrzałem przez okno - chmury były nisko i lało jak z cebra. Śpimy dalej... Po jakimś czasie znowu wyjrzałem - nic sie nie zmieniło. Wiedzieliśmy już, że z wycieczki na Rohacze nic nie będzie. Postanowiliśmy poczekać, aż trochę przestanie padać i iść na przedostatnią zaległą górę - Sarnią Skałę (ja już tam kiedyś byłem, ale Andrzej nie). Mieliśmy tam iść w piątek, żeby przed maratonem w Gorcach nie przemęczać się w wysokich górach, ale nie było wyjścia. Wyszliśmy z domu ok. 11 i poszliśmy do Doliny Strążyskiej. Zrobiliśmy parę zdjęć pod Siklawicą i ruszyliśmy na Sarnią Skałę. Z Polany Strążyskiej na szczyt dotarliśmy w ok. 20 minut. Nic nie było widać i strasznie wiało, nie siedzieliśmy zatem na szczycie zbyt długo. Zeszliśmy Doliną Białego do Zakopanego. Ponieważ mieliśmy mnóstwo czasu, poszliśmy jeszcze do jaskinii Dziura. Wracając przeszliśmy obok Wielkiej Krokwi. W Zakopanem kupiliśmy sobie oscypki i wróciliśmy do Kościeliska. Wycieczka może nie była zbyt ambitna, ale udało się uzupełnić kolejne braki. Ze szczytów Tatr Polskich dostępnych szlakami turystycznymi został nam tylko Bobrowiec (1663). Może kiedyś znajdziemy chwilę, ale mamy inne priorytety - przede wszystkim Jagnięcy Szczyt oraz słowackie Tatry Zachodnie.

1.09.2006
Szybki wypad na... Kozią Przełęcz
Andrzej na Koziej Przełęczy
Kozia Przełęcz

Długo zastanawialiśmy się, dokąd iść ostatniego dnia. W sobotę czekał nas maraton w Gorcach, nie chcieliśmy zatem sie przemęczać. Tylko gdzie tu iść, jak już praktycznie wszędzie byliśmy? Nie chciało nam się tracić dnia na Bobrowiec, czy Dolinę Lejową. Decyzję ułatwiła nam poprawa pogody - postanowiliśmy przejść sie do Doliny Gąsienicowej. Miejsce znane nam bardzo dobrze, ale jest tam tak pięknie, że warto tam się przejść przynajmniej raz w roku. Rano spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Zakopanego. Zostawiliśmy bagaże w przechowalni na dworcu. Oczywiście problemy musiały sie pojawić - automat zeżarł nam 2 PLN. Złapaliśmy busika do Kuźnic i ruszyliśmy na szlak ok. 11:30. Szliśmy przez Boczań i Skupniów Upłaz - turystów prawie tyle, co na asfalcie do Morskiego Oka... Ominęliśmy Murowaniec, nigdy nie lubiliśmy schronisk w godzinach szczytu ;). Po godzinie marszu z Kuźnic byliśmy już nad Czarnym Stawem (trochę nas poniosło, według mapy idzie się 2:15 h...). Tam też tłoczno, jak w warszawskim metrze o 7:50, idziemy więc dalej. Dotarliśmy nad Zmarzły Staw. To jedno z moich ulubionych miejsc w Tatrach - mało ludzi, cisza, spokój, słychać tylko szum niewielkich wodospadów uchodzących do Stawu. Dookoła wszędzie strome zbocza, przy ładnej pogodzie pewnie widzielibyśmy Orlą Perć, ale niestety znowu pojawiły sie chmury. Na szczęście nie padało. Postanowiliśmy iść dalej, żółtym szlakiem na Kozią Przełęcz i zejść do Doliny Pięciu Stawów. Szlak na Przełęcz okazał się dosyć łatwy, mimo mokrych skał i podejść z łańcuchami. Pod samą przełęczą leżało trochę śniegu, ale i tak sporo sie musiało rozpuścić - widok z Kopieńca dwa dni wcześniej sugerował, że będzie naprawdę ciężko. Niestety. gdy weszliśmy na Przełęcz, okazało się, że po południowej stronie grani śniegu było duzo więcej. Zejście do Dolinki Pustej w takich warunkach byłoby bardzo niebezpieczne. Postanowiliśmy więc wrócić tą samą drogą. Nad Zmarzłym stawem zrobilismy sobie dłuższy, ok. półgodzinny postój. Zjedliśmy kanapki, porobiliśmy zdjęcia i zaczęliśmy schodzić dalej. Dla urozmaicenia do Kuźnic wróciliśmy Doliną Jaworzynki. Odebraliśmy bagaże z przechowalni i wsiedlismy w autobus do Nowego Targu. Następnego dnia czekał nas Maraton Gorce.

Zmarzły Staw w Dolinie Gąsienicowej
Powrót

(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin