02.09.2006
Gorce Maraton (ok. 40 km)
Relacja Alexa
Zbiegamy na Przełęcz Knurowską - 22. kilometr Maratonu Gorce

Na start w Maratonie Gorce zdecydowałem się zaraz po ukończeniu Biegu Rzeźnika. Imprezy tego typu odbywają się w Polsce dosyć rzadko, a mają niepowtarzalny klimat. Do udziału w Maratonie namówiłem też Andrzeja. Postanowiliśmy połączyć bieg z planowaną już od roku wyprawą w Tatry z Gerlachem w roli głównej.

W Tatry wyjechaliśmy w sobotę (26.08) z samego rana, do wtorku byliśmy na Słowacji, później przenieśliśmy się do Kościeliska. W piątek, dzień przed zawodami planowaliśmy iść na krótszą wycieczkę, żeby nie zmęczyć za bardzo mięśni. Wyszło inaczej - zachęceni poprawą pogody wybraliśmy się z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej i jakoś nie mogliśmy się zatrzymać. Po dwóch godzinach byliśmy już na Koziej Przełęczy... W ten sposób udało się uczcić 100-lecie powstania Orlej Perci ;). Chcieliśmy przeciąć szlak i zejść przez Dolinkę Pustą do Pięciu Stawów, jednak plany pokrzyżował nam świeży śnieg, który paradoksalnie zalegał z południowej strony grani. Ze względów bezpieczeństwa postanowiliśmy wrócić tą samą drogą, tzn. żółtym szlakiem nad Zmarzły Staw.

Zeszliśmy do Zakopanego, kupiliśmy zapas oscypków, odebraliśmy bagaże z przechowalni i wsiedliśmy w autobus do Nowego Targu. Na miejscu okazało się, że do Długiej Polany z dworca jest niezły kawał drogi, a autobusy miejskie jeżdżą bardzo rzadko. Wsiedliśmy w autobus, który zawiózł nas na początek ulicy Kowaniec. Niestety, nasz pensjonat znajdował się pod numerem 165. Dalej trzeba było iść na piechotę pod górkę. Tutaj doszedłem do wniosku, że chyba powinienem sobie kupić porządny plecak i nie jeździć więcej w góry z walizką. Myślałem, że ręka mi odpadnie... W końcu dotarliśmy do pensjonatu, zostawiliśmy rzeczy i skoczyliśmy do sklepu po jedzenie. Wieczorem zrobiliśmy sobie "pasta party" - zjedliśmy makaron, wypiliśmy piwo pogryzając oscypki i ok. 23 poszliśmy spać.

W dniu zawodów wstaliśmy o 6, szybko zjedliśmy śniadanie i ruszyliśmy w kierunku Długiej Polany, gdzie znajdowało się biuro zawodów. Na miejscu byliśmy kilka minut przed 8. Załatwiliśmy formalności i usiedliśmy na ławce w oczekiwaniu na transport do Krościenka (8:45). W Krościenku byliśmy ok. 9:40, do startu pozostało zatem tylko 20 minut. Szybko się przebrałem i zacząłem rozgrzewkę. Na start w Maratonie zdecydowało się ponad 80 zawodniczek i zawodników.

Startujemy kilka minut po 10. Na samym początku staram się trzymać czołówki, jednak już na pierwszych kilkuset metrach zaczynają się strome podbiegi. Przyjmuję zatem podobną strategię, jak w Biegu Rzeźnika - nie podbiegać pod górkę. Z ogromnym zdziwieniem patrzę na zawodników, którzy pod górkę starają się podskakiwać niezależnie od nachylenia. Myślę sobie, że to szaleńcy i zaraz wszyscy padną, ale w stosunku do większości poważnie się mylę. Na szczęście na podbiegach dużo nie tracę - może jest to chód, ale bardzo szybki ;). Na bardziej płaskich fragmentach trasy sporo odrabiam, jednak na odcinku szlaku do Lubania takich odcinków jest niewiele. Niestety, pogoda nie sprzyja biegaczom, robi się coraz cieplej, dodatkowo przeszkadzają roje muszek, które na zdjęciach widać nad głową każdego zawodnika. Na Lubań docieram w czasie 1:01. Jest dobrze, to już 10 km, a praktycznie cały odcinek ostro pod górkę. Piję izotonika, uzupełniam bidony wodą i ruszam w dalszą drogę. Na drugim odcinku do Przełęczy Knurowskiej wytraca się wysokość o prawie 400 m, jednak tego się nie czuje. Biegnie się na zmianę, w dół i w górę. Odcinek strasznie się dłuży. Tutaj też czekało mnie to, czego najbardziej się obawiałem - kiepskie oznakowanie szlaku. Drobne zawahanie kosztuje mnie na szczęście niewiele, kilkanaście sekund. Na trasie jest też coraz więcej błota. Zaczynam odczuwać głód, postanawiam na Przełęczy zjeść Snickersa, którego wrzuciłem do depozytu przed biegiem. W końcu widzę polanę i jakieś domki, myślę, że jestem już na miejscu. Nic z tego - czekają mnie jeszcze 2-3 podbiegi. Nie wytrzymuję, jem Snickersa, którego miałem w pasie. Biegnę dalej, mijam fotografa, a kilkadziesiąt metrów później dziewczynę z krótkofalówką. Zbiegam jeszcze kawałek i nareszcie jestem na Przełęczy. Zajmuję 17. miejsce. Dostaję już rozpakowanego Snickersa, piję izotonika kubek za kubkiem, uzupełniam bidony wodą. Pytam, który to kilometr, odpowiadają mi, że 20., połowa trasy. Patrzę na zegarek - 2:15 - nie jestem zadowolony. Na Przełęczy zatrzymałem się na chwilę i straciłem swoją pozycję. Ruszam dalej - na Kiczorę i do schroniska pod Turbaczem. Znowu zaczynają się dłuższe podejścia. Mijam dwóch zawodników, biegnących razem. Dowiaduję się, że Przełęcz jest sporo dalej, niż połowa trasy i z międzyczasem 2:15 spokojnie można złamać 4 godziny. To mnie bardzo podbudowuje. W końcu docieram na Kiczorę, szybki zbieg i po chwili odsłania się widok na schronisko. Biegnę przez polanę, po prawej mijam pasące się owce. Na koniec podejście - trochę idę, ostatnie 200 metrów biegnę - w końcu to już ostatni podbieg na trasie. Wreszcie docieram do stanowiska z napojami, gdzie dowiaduję się, że jeszcze niecałe pół godziny i będę na mecie. Patrzę na zegarek - jest dobrze, 3:22, powinno się udać złamać 4 godziny. Szybko piję izotonika i zaczynam zbiegać. Po prawej mijam drogowskaz Nowy Targ, Kowaniec 1:30 h. Na stoperze 3:24, już wiem, że się uda, kiedy się zbiega, spokojnie można czasy przejść dzielić przez 4. Mijam klaszczących turystów. Ktoś krzyczy Brawo, 14. zawodnik!. Udaje mi się wyprzedzić kolejnego biegacza. Utrzymuję szybkie tempo, mijam kolejnych turystów - Brawo, 15. miejsce!. Coś nie tak, ale wszystko jedno, trzeba napierać dalej. Pod koniec zbiegu zauważyłem przed sobą dwóch kolejnych zawodników. Chwila zagapienia... i leżę ;). Rozwaliłem sobie rękę, ale biegnę dalej. Zbieg się kończy, zaczyna się asfalt - 800 m do mety. Udaje mi się poprawić o 2 pozycje i biegnę już praktycznie po równym. Zaczynam czuć ból w łydce, łapie mnie skurcz. Na asfalcie widzę napis "100 m", jest ciężko, ból nie pozwala mi przyspieszyć. W końcu jest meta. Na zegarku równo 3:48, 13. miejsce, 8. w kategorii mężczyzn w wieku 18-34 lat. Siadam na ławce, piję wodę, jem banana i pączka. Nareszcie mogę odpocząć. Dzwonię do domu, dowiaduję się o sukcesach Byledobiec na Kabatach. Czekam na Andrzeja. Na mecie pojawia się z czasem 4:48, zajmując 37. miejsce. Siadamy przy stole, jemy kiełbaski, pijemy zimne piwo.

Gdy na mecie byli już wszyscy zawodnicy, odbyło się oficjalne zakończenie imprezy. Ogromne brawa należą się sponsorom biegu - tylu nagród jeszcze nie widziałem na żadnej imprezie. Po dekoracji najlepszych biegaczy organizator wyczytywał po kolei zawodników i każdy sam wybierał sobie nagrodę. Wprawdzie koszulka termoizolacyjna, którą sobie wybrałem, jest trochę ciasna, ale biegać jakoś dam radę. 30 PLN wpisowego na pewno mi się zwróciło ;). Po odebraniu nagród wróciliśmy do domu. Gorący prysznic, piwo, oscypki i... mecz Polska - Finlandia. No cóż, nie wszystko tego dnia poszło po naszej myśli...

>> Wyniki Maratonu Gorce
Powrót

(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin