|
||||||||||
|
![]() |
| Byledobiec po maratonie |
Kiedy na 2006 rok postawiłem sobie za cel przebiegnięcie maratonu, myślałem o debiucie właśnie w Warszawie. Wyszło trochę inaczej - zachęcony przyzwoitymi wynikami w zimowych półmaratonach postanowiłem wystartować na dystansie 42,195 km jeszcze w sezonie wiosennym. Padło na majowy Maraton Toruński. Debiut udał się znakomicie, wprawdzie na ostatnich kilometrach walczyłem z kryzysem, ale uparłem się, żeby swój pierwszy maraton w całości przebiec. I udało się - dobiegłem do mety z czasem 3:23. Drugi maraton przebiegłem już w połowie lipca, w Szczytnie. Mimo trudnych warunków atmosferycznych udało mi się poprawić wynik z Torunia o 8 minut. Po biegu w Szczytnie postanowiłem w następnym maratonie złamać 3:10. W sierpniu dużo trenowałem na dłuższych dystansach, co pozwoliło mi na osiągnięcie dobrego wyniku w półmaratonie w Radzyminie (1:22:46). Wtedy postanowiłem, że w Maratonie Warszawskim wystartuję z grupą na 3h.
Byledobiec Anin na starcie maratonu stawił się w mocnej ekipie, choć brakowało naszego lidera. Robert 9 godzin wcześniej biegł maraton w Sydney, gdzie pobił swoją życiówkę o 5 minut. Kiedy rano odebrałem sms-a z wynikiem 2:53:59, pomyślałem sobie, że to będzie nasz dzień ;). Wszyscy byliśmy w bojowych nastrojach. Ja planowałem biec z grupą na 3h tak długo, jak się da, i ukończyć bieg z przyzwoitym czasem poniżej 3:10. Marcin celował na 3:30, chciał poprawić swój wynik z Maratonu Świętojańskiego (3:49), z którego nie był zadowolony. Dla Andrzeja był to już trzeci Maraton Warszawski w życiu. Andrzej najwcześniej z nas wszystkich pokonał dystans 42,195 - po raz pierwszy wystartował już jako 18-latek w 2002 roku, kiedy żaden z nas nie myślał nawet jeszcze o bieganiu. Andrzej startował z grupą na 3:45.
Wystartowaliśmy o godzinie 9. Na początku było dosyć tłoczno, wielu zawodników zdecydowało się biec na początku z grupa na 3h, którą prowadził Bogdan Barewski. Pierwsze kilometry mijały bardzo szybko. Temperatura była znośna, ale słońce dawało się we znaki. Już na pierwszym punkcie odświeżania po 5 km polałem sobie głowę wodą. Pierwsze 10 km zrobiliśmy w czasie poniżej 42 minut. Trochę za szybko, ale czułem się bardzo dobrze, nie zamierzałem zwalniać. Wolałem zresztą biec w grupie, zawsze lepiej, kiedy można z kimś zamienić parę słów. Pomijam już osłonę od wiatru ;). Przebiegliśmy przez Most Gdański na Pragę - to już było ponad 15 km. Na kolejnych punktach odświeżania polewałem się wodą, słońce przypiekało coraz bardziej, ale nogi dawały radę. Most Świętokrzyski, tunel i... połowa dystansu w 1:28. Sił jeszcze sporo, wystarczyło zrobić drugą połówkę 1:32 i spełniłoby się moje marzenie. Mijając kolejne tabliczki coraz bardziej wierzyłem, że to się może udać. Na 28. kilometrze nasza grupa była już zdecydowanie mniej liczna. Niektórzy jeszcze na początku postanowili wyrwać do przodu, niektórzy odpadli. Zostało nas ok. 10. Trasa do Wilanowa nie była łatwa, trochę przeszkadzał wiatr. W końcu skręciliśmy w Aleję Wilanowską i 30 km mieliśmy za sobą. Czas 2:06 zapowiadał świetny wynik na mecie. Biegłem dalej, trzymając się grupy. Kiedy minęliśmy tabliczkę na 32 km, Bogdan powiedział, że ostatnie 10 km trzeba zrobić w 44 minuty. Czułem już zmęczenie, ale wydawało mi się, że jestem w stanie tego dokonać. Niestety, jednak się przeliczyłem. Wszystko zaczęło się przy punkcie odświeżania na 33. km. Zwolniłem tempo, żeby wziąć łyka wody i polać sobie głowę. Straciłem do grupy ok. 20 m. Mniej więcej przez kilometr udało mi się utrzymywać ten dystans, później przyszedł kryzys. Po raz kolejny maraton okazał się dla mnie o 7 km za długi. Zacząłem zwalniać, nogi miałem coraz cięższe. Grupa oddalała się coraz bardziej, mogłem się już pożegnać ze złamaniem trójki. Chciałem jednak pobiec przyzwoicie i osiągnąć swój podstawowy cel na ten bieg - złamać 3:10. Wydawało się, że nie będzie z tym żadnego problemu, a jednak... Nogi wysiadły mi już kompletnie. Zaraz za skrzyżowaniem Górnośląskiej i Rozbrat, kiedy do mety zostały 4 km, zacząłem iść. Mijali mnie kolejni biegacze, zagrzewali do walki, ale ja już nie miałem siły. Trzy kolejne kilometry pokonałem marszobiegiem. Na 40. km wypiłem dwa kubki Powerade, polałem się wodą i ambitnie ruszyłem do przodu. Przebiegłem kilkaset metrów i znowu kawałek się przeszedłem. Byłem już na Wisłostradzie, do mety brakowało bardzo niewiele.
Kiedy zobaczyłem tabliczkę "41 km" stwierdziłem, że trzeba chociaż ukończyć ten bieg w przyzwoitym stylu. Zacząłem biec, już z założeniem, żeby do mety się nie zatrzymywać. Na ostatnich kilkuset metrach dałem z siebie wszystko, przyspieszyłem jak nigdy na mecie maratonu. Ostatecznie ukończyłem bieg na 123. miejscu z czasem 3:09:04 (netto 3:09:00).
Czułem się nienajgorzej w porównaniu do innych maratonów (zwłaszcza w Szczytnie byłem półprzytomny...), ale mimo nowej życiówki na bardzo przyzwoitym poziomie czułem pewien niedosyt. To był pierwszy maraton, którego nie udało mi się przebiec w całości. No i jednak przez 33 km utrzymywałem tempo na wynik poniżej 3h i przez te wszystkie kilometry wierzyłem, że może mi się udać. Niestety, na złamanie trójki muszę jeszcze trochę poczekać.
Bohaterem Byledobiec na Maratonie Warszawskim był Marcin. Od samego początku trzymał się grupy na 3:30, ale na 32. km stwierdził, że tempo dla niego jest zbyt wolne i przyspieszył. Przez 10 km utrzymywał szybsze tempo, niż na początku. Mijał kolejnych zawodników, którzy (zresztą tak jak ja) przeżywali najcięższe chwile po 35 km. Na koniec jeszcze piękny finisz i wynik 3:26:18 (netto 3:25:54) - 290. miejsce. Marcin był z nas wszystkich najbardziej szczęśliwy - poprawił wynik z Gdyni o 23 minuty.
Andrzej po raz pierwszy ukończył maraton z wynikiem poniżej 4h. Po kryzysie na 30. km i odłączeniu od grupy na 3:45 udało się utrzymać przyzwoite tempo w końcówce i dobiec do mety z czasem 3:58:32 (netto 3:57:50).
Drużynowo zajęliśmy 16. miejsce na 52 sklasyfikowane ekipy.
Maraton Warszawski na pewno należy uznać za udany, ze względu na trzy nowe życiówki. Trochę żałuję tej końcówki, ale trudno, na złamanie trójki mam jeszcze mnóstwo czasu. Dziękuję naszemu pacemakerowi, Bogdanowi, za świetne prowadzenie naszej grupy, Mirkowi za wsparcie przez 33 km oraz wszystkim, którzy na trasie zagrzewali mnie do walki. Gratulacje i podziękowania dla Marcina i Andrzeja za znakomite nowe życiówki!
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |