|
||||||||||
|
Dzieci i mieszkańcy to osobny temat. Nie będzie przesadą, jeśli napiszę, że każdy nas pozdrawia, coś mówi, krzyczy lub dopinguje. Prawie każdy się do nas uśmiecha. Zabawnie się tak biegnie wśród żywo reagujących ludzi.
Ale najlepsze są dzieci. Są wszędzie na trasie, są bardzo wesołe i żywe. Im nie wystarczy, że powiemy hello. Biegną za nami i próbują rozmawiać. Próbują - bo nie znamy naszych języków. Ale wystarczy aby się przedstawić, zapytać jak się nazywamy, jak się czujemy.
Biegnę przez kilkaset metrów z małych chłopcem za rękę! Albo przy punktach z wodą biegną za nami i czekają aż oddamy im kubki. Biegną z nami, krzyczą, śmieją się - jest zabawa.
Na ostatnim okrążeniu, gdy jestem troszku wyczerpany, staje się to denerwujące i nie mam już siły za bardzo im machać czy się uśmiechać. Staram się tylko odpowiadać hello i takie tam. Dramat rozgrywa się, gdy jedno z dzieci próbuje wtoczyć oponę mi pod nogi...
Trasa biegu jest fantastyczna. Zaczynamy spod świątyni Hatshepsut... Zaczynamy - ale jak! Pomimo tego, że z Roberto stoimy w pierwszym rzędzie, na znak startu mamy zamieszanie i... jesteśmy gdzieś pośrodku pędzącego tłumu. Biegnie chyba każdy, kto o 7ej rano znalazł się w okolicy. Więc są dzieci bez butów, dzieci w zwykłych butach, faceci, są kobiety ubrane po muzułmańsku - w chusty na głowach. Część z nich reprezentuje jakiś klub, bo chusty te mają podobne kolory - zielony z żółtą obwódką. Na drugim kółku doganiamy dziewczynę, która biegnie boso w swojej chuście! Total.
Niektórzy biegną, zatrzymują się. Potem biegną znowu. Jęczą, dyszą i śmieją się.
Potem w dół, pośród fabryk alabastru. Angielski to żywy język. Są tu factory for alabaster, factory of alabaster, mijamy factory the alabaster...
Następnie Świątynia Amenofisa, której kompletnie z pamięci nie mogę wygrzebać. Ale to chyba był teren pokryty ruinami z tablicą z napisem, że pamięć i chwała przodkom, czy jakoś tak.
Przebiegamy przez lokalne miejscowości, otwarte kafejki. Turyści mijają nas na rowerach albo na konno. Wyobraź sobie widok: po jednej stronie masz kanał Nilu, po drugiej jaskrawo-ciemno-zielone pola, ludzi ubranych w długie szaty, lepianki - tak to pewnie wyglądało i tysiąc lat temu. Nad nami słońce i mijamy ogromne rzeźby - kolosy Memnona. 2 rzeźby siedzących gości - wysokie jak blok. Jeszcze aby mieć skalę porównawczą u ich stóp jest garstka turystów. A my w tym słońcu...
Na koniec dłuuugi kanał Nilu, przedtem seria wiraży po wsi, nic nie widać co za zakrętem bo pędzimy pośród wysokich kamiennych murów.
Zakręt, na którym wg mapy, powinniśmy mijać jakąś świątynię Setha (a może Setiego?), ale kompletnie mi uciekła uwadze, bo znajdowała się w centrum miasteczka, więc mamy peeeełno dzieci i ludzi, krzyków, wzajemnych pozdrowień, uśmiechów, szaleństwa.
Potem coś co wygląda jakby wykopano z ziemi mnóstwo kamiennych murków, wszystkie równoległe do ulicy, długie na parę metrów, wysokie na pół. Zakończone takim grzebieniem u góry. Otoczone to wszystko murem, który na początku dawał cień- potem już nie, bo słońce sprytnie wspięło się wyżej. To chyba był lokalny cmentarz.
W bramach tego cmentarza siedzą kolesie w swoich powłuczystych strojach, patrzą się, oczywiście machają i są uśmiechy, jest wesoło. Tam też dzieci wtaczają nam opony pod nogi.
Dom Cartera po prawej, którego też nie pamiętam, bo była tam policja z karabinami i to ich obserwowałem. Nawrotka na drodze do Doliny Królów i zaczynamy od nowa.
Wzdłuż kanału Nilu, na długiej prostej, niespodziewanie ktoś nas wyprzedza. Jest to kompletne zaskoczenie, bo dotychczas i potem też, to my będziemy wszystkich wyprzedzać. Ale tutaj odwrócenie ról. Wyprzedza nas dziewczyna, która biegnie po prostu pięknie. Miło popatrzeć jak nam ucieka, bo wygląda idealnie w tych swoich ruchach.Total.
Okazuje się potem, że to zwyciężczyni w kategorii kobiet, pochodząca z RPA (ciekawe jak długo leciała samolotem, jak cudowne miała widoki) Suzette Vermaak.
Tak sobie nam ucieka i ucieka, odległość rośnie, ale jak dzieli nas 300 metrów albo to albo ona zwalnia, albo my przyspieszamy, grunt, że nie już nam nie ucieka. Biegniemy sobie razem, ja przed Roberto, bo to odległość od niej wyznacza mi prędkość biegu. Podświadomie zaczynam ją gonić.
Cmentarz, droga do fabryk alabastru, parę wzniesień, długa prosta po Nilu - ona cały czas przed nami. Zapomniałem wspomnieć, że dodatkowe utrudnienie jakie sobie narzuciła to bieg z butelką w każdej ręce (razem butelek: 2 sztuk) - w jednej sok, w drugiej woda. Więc tak biegnie i widać zmęczenie czy słońce, czy może skazana na porażkę próba walki z nami, powoduje, że niemal myli trasę, gdy ta skręca o 90 stopni w lewo przy świątyni Setiego (Setha?). Roberto jej coś krzyczy i Suzette zawraca, ale już jest za nami - bo my ścinaliśmy sobie ślicznie zakręt, a ona biegła prosto na barierki, na policjantów.
I ta kolejność, że najpierw my, potem Ona, zostanie zachowana i wpłynie na dalsze moje losy w biegu.
Finalnie skończy jako pierwsza kobieta, 9 minut za nami.
Zaczęliśmy trzecie kółko. Tempo jest ostre. Dotychczasowe maratony, które biegałem, po prostu biegłem. Nie wysilałem się jakoś dramatycznie, nie walczyłem jak tutaj. Tempo jakie wyznaczył Roberto czułem od samego początku. To jest naprawdę bieg.
Ale skoro 3h to jest bieg, to jaki wysiłek trzeba włożyć, aby machnąć 2:48 (powiedz, Roberto)?
Niedaleko kolosów Memnona stoi Kaśka, ja biegnę za Roberto, ona robi fotki i co za pech, mogłem być przed nim. Mogłem to ja wyznaczać tempo, prowadzić, zostać uwiecznionym na zdjęciu przed nim...
Mijamy ją i mówię do Roberto, że brzuch mnie boli, że mi się przelewa coś w środku i nie dam rady. Naprawdę, nie dam rady. Z wysiłkiem utrzymuję się za nim. Brzuch naprawdę aż woła aby się zatrzymać i, prawda, ulżyć. Z tonu głosu Roberto wnoszę, że nie jest zadowolony z takiego obrotu sytuacji, ale ja też nie jestem szczęśliwy. Trochę mnie pobolewało przedtem, teraz jest dramat. Klęska. Muszę się zatrzymać i zrobię to, tylko najpierw wybiorę miejsce.
Bo tak sobie myślę, że akurat w miejscu gdzie jesteśmy, to nie wypada. Bo są jakieś domki, knajpy, zakręt z policją. Po prostu nie można tak. Potem są pola i pojedyńcze zabudowania z gliny ze strzechą, otoczone upojnie zielonym czymś (jakimś zbożem). I juz byłbym się zatrzymał, ale przypominam sobie o biegnej Suzette, która na pewno nie chciałaby mnie widzieć roznegliżowanego.
Roberto przede mną, ona za mną, więc biegnę i czekam na dalszy rozwój wypadków, który okazuje się nad wyraz pomyślny, bo nie dzieje się nic. Ból znika, coś tam jeszcze się porusza i trzeszczy w środku, ale daję radę biec i mówię do Roberto, że daję radę biec i dalej sobie biegniemy.
Jest ciepło, chociaż jest 7a rano gdy startujemy. Świeci silne słońce i oczywiście nie ma chmur. Cienia też jest niewiele i z każdą chwilą, gdy słońce podnosi się wyżej, jest go coraz mniej.
Więc warto byłoby się czegoś napić. Co parę kilometrów mamy punkty z wodą i z bananami. Już od pierwszego punktu posiłkujemy się wodą. Tylko mi się przypominają historie Alexa i Roberta z maratonu w Szczytnie i trochę mam obawy, czy tu się taka historia nie wydarzy i woda nie okaże się...
Od połówki liczę na banany, bez których nie miałbym szans dobiec. Oczywiście nie zjadam całych bananów, bo nie dałbym rady na biegach są kawałki bananów, powiedzmy, że cała miska pociętych na trzy części. Oczywiście są w skórce i to jest cała radość w jednym ręku trzymać kubek z wodą, w drugim obierać banana, biegnąc któryś-tam-kilometr maratonu.
Mijam połówkę, sięgam ręką do misy i wyciągam zielonego banana. I znowu mam w głowie historie ze Szczytna, które są cholernie zabawne, ale nie teraz! Nie jak ja się zapieram na złamanie trzech godzin! Przez chwilę gdy zdzieram opakowanie zastanawiam się czy jest zielony bo niedojrzały czy po prostu taki jest.
Okazuje się smaczny nad wyraz.
Kwestia żywienia to chyba psychika głównie, bo zjadam dwa takie małe kawałki na cały bieg. Zjadłbym pewnie więcej ale te historie ze Szczytna, ten bolący brzuch...
Wraz z czwartym kółkiem, gdy pokonaliśmy już większość zawodników, dużą część zdublowaliśmy, za nami mnóstwo kilometrów oraz Suzette - ogarnia mnie euforia, że dałem radę i wyrywam lekko do przodu.
Pierwsze wzniesienie koryguje moje zapędy. Wyprzedza mnie Roberto, pyta się jak jest, ja odpowiadam, że cacy, że to wzniesienie dało mi w kość ale jak się tylko skończy to nie wiem co będzie!
Kończy się jedno, kończy się drugie, a Roberto wciąż z przodu. Potem slalom przez wieś i mury, gdzie tracę go z oczu. Prosta przez miasteczko, gdzie oddala się... Przyspieszam i ja, ale nie mam sił. Nie żebym miał się zatrzymać, po prostu to tempo. Trzymam Roberto w zasięgu 100-200 metrów. Co jakiś czas odwraca się, ja macham, żeby wiedział, że mam jeszcze siły - przynajmniej na odmachnięcie.
Tutaj mam czas na przemyślenia, które są fatalne, bo tak sobie myślę, po co. Albo: czy nie lepiej się zatrzymać? Mijam znak 8km, co pewnie daje 38 kilometr. Spoglądam na zegarek, coś tam sobie liczę - o której mniej więcej wpadnę na metę i... Jezu! Powinienem być z czasem 2:55!! Jest to dla mnie zaskoczenie nie lada! Przez chwilę opada zmęczenie, ale tylko przez chwilę.
I znowu: świątynia Setiego/Setha, miasteczko z psami, samochodami, rowerami, dziećmi toczącymi oponę pod nogi... Dobiegam do domu Cartera, wpadam na zawrotkę. Ze stojącego punktu żywieniowego wyrywam kubek z wodą - pusty - co za pech, bo tak cholernie chciało mi się pić. Mija mnie auto, to kombi i z tyłu ma otwartą klapę a z niej wystaje gość z mikrofonem na wysięgniku, oraz gość z kamerą. Kierują ten zestaw na mnie, coś mówią, ale ja tylko im too tired i zostawiają mnie.
Wyprzedzam ich i teraz najpiękniejsze chwile, bo to już meta! Skręcam w stronę świątyni Hatshepsut, pnę się w górę pośród fabryk alabastru i gdzie jest ta cholerna meta?! Co za zawód, spodziewałem się jej tuż-tuż. Tymczasem w górę, w słońcu i pyle.
Przede mną rozgrywa się sportowa walka Roberto zaciekle walczy o miejsce z Salame Alaqrae (Jordania). Dopada go, wyprzedza, jest wyprzedzany, wyprzedza znów i znów zostaje z tyłu. Wspaniale! Tylko czemu tak daleko do mety?
Kilkadziesiąt metrów przed metą wyrywa do przodu (kto? oczywiście, że Roberto!) zostawia nas z tyłu. Ja nie mam siły finiszować jak on. Dopadam mety, a Roberto już tam na mnie czeka. Udało się! Udało mi się!
Dzięki, Robert, bez Ciebie ani bym tego wszystkiego nie zaczął, ani nie przyjechał tutaj, ani nie złamał 3h, ani nie wyprzedził Suzette, ani...
Roberto jest pace-makerem i to jemu pozostawiam zabawę z kiedy i o której mamy się pojawiać w poszczególnych punktach trasy.
Dokładnie mierzy czas na każdym punkcie z oznaczeniem kilometrów. Coś tam sobie nawet przyciska na niektórych zakrętach. Liczy, przelicza, kombinuje.
Ja tymczasem właczyłem zegarek na starcie i... wyłączyłem go przypadkiem w trakcie biegu. Ot, taka nieuwaga. Więc jak mam się rozstać z Roberto z powodu dolegliwości żołądkowych, biegniemy aby zsynchronizować czasy - u mnie czas zatrzymał się na 42 minucie z groszami. Biegniemy razem aby dobiec do 1:42 z groszami, kiedy to włączę stoper i będę znał czas, gdy zostanę sam.
Ale nie zostaję sam.
Na mecie wita mnie cyfrowy wyświetlacz. Zabawne - nikt go nie włączył, a może słońce go pokonało, grunt, że nie wyświetla nic.
Mijam metę, klikam stop i mam! Rekord świata w maratonie! 1:55:18!
Cała ta wycieczka to była wspaniała przygoda. Co chwila, na każdym niemalże kroku, coś się działo. Było tyle wspaniałych chwil, miejsc, widoków, że... ogarnia mnie teraz depresja, bo ja tu podczas całej tej szarości życia, a tam?
...luksusowy statek hotel, taki jak z powieści o podróżach po Nilu, z balkonem na Nil, fortepianem w holu, który odpływa w trakcie naszego biegu, porywając nasze bagaże (które zostały w pokojach) na wycieczkę po Nilu, aż do Kairu...
...widok na Nil ze wzgórz otaczających Dolinę Królów i świątynię Hatshepsut...
Nie wypada mi też nie napisać:"Dziękuję Kasiu, dziękuję Roberto" oraz czekać na następną taką wyprawę.
* tekst jest przedrukiem ze strony: https://marcinjankowski.wordpress.com/2007/02/16/luxor-egipt-14th-egyptian-marathon/#more-22
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |