12.05.2007
Wesoła Stówa
Pierwszy drużynowy triumf Byledobiec Anin!
Relacja Roberta

Jest sierpień 2003 roku. Biegnę lasem między Aninem, a Starą Miłosną. Tydzień temu wymyśliłem sobie, że przebiegnę pierwszy w życiu maraton. Założyłem bawełnianą koszulkę, spodenki z reprezentacji szkoły w koszykówkę, a na nogach mam ciężkie buty do uprawiania tego sportu. Zrezygnowałem z odliczania minut na moim zegarku ze wskazówkami - na szczęście brat pożyczył mi elektroniczny, który dostał na komunię. Trudno mi określić tempo, staram się biec szybko, ale nie przesadzam, żeby z powrotem w Aninie nie kończyć treningu marszem. Przebiegam pod linią wysokiego napięcia i kieruję się w stronę cmentarza, piaszczystą ulicą Kazita. Zawracam przy Gościńcu - to już 5 km i 220 metrów (tyle zmierzyłem na wcześniej rowerze). Przyglądam się kapliczce, stojącej po lewej stronie wyboistej drogi. Na koniec trochę przyspieszam i bieg o długości 10,44 km kończę poniżej godziny.

Jest maj 2007 roku. Biegnę lasem między Aninem, a Starą Miłosną. Za tydzień będę uczestniczył w moim jubileuszowym, dwudziestym piątym maratonie. Założyłem reprezentacyjną koszulkę klubu Byledobiec Anin i spodenki, które dostałem przed sesją zdjęciową na okładkę "Biegania". Na nogach mam leciutkie startówki. Założyłem dwa zegarki do biegania, jeden z pulsometrem. Przydają się, ale i tak potrafię sam określić tempo biegu, praktycznie co do sekundy. Pędzę ulicą Zorzy i wiem, że po lewej stronie jest kapliczka, ale nawet na nią nie patrzę. Kontroluję nawierzchnię i zmniejszający się dystans do poprzedzającego mnie zawodnika, którego za chwilę będę dublował. Skręcam w Kazita spod linii wysokiego napięcia i pędzę w kierunku cmentarza. Kółko o długości 5 km kończę 19:10.

Mam duży sentyment do tego lasu - to tutaj stawiałem swoje pierwsze biegowe kroki. Dużo się od tego czasu zmieniło, ale las wciąż jest taki sam. To tutaj odbyła się druga edycja Wesołej Stówy - sztafety na 100 kilometrów. Do trzyosobowego, żelaznego składu Byledobiec Anin (Robert, Alex, Marcin), dołączył Jarek Widomski, nasz znajomy ze Starej Miłosnej, który trzy tygodnie wcześniej uzyskał świetny czas w przełajowym maratonie w Wesołej (3:10). Podium tego biegu zostało zresztą w całości zajęte przez zawodników naszego klubu (Robert, Jarek, Marcin).

W zeszłym roku startowaliśmy w pierwszej edycji sztafety, zajmując czwarte miejsce. Od tego czasu zrobiliśmy jednak znaczny postęp i upatrywano w nas faworytów tej imprezy. Byliśmy dobrze przygotowani treningowo i rozsądnie zaplanowaliśmy taktykę. Trasa 100 km jest podzielona na pięciokilometrowe kółka, po których można dokonywać zmian. Ustaliliśmy, że w sesji porannej pierwsze 50 km zrobimy ja z Jarkiem, zmieniając się co kółko, a potem do akcji wkroczą Marcin z Alexem, biegając dokładnie tym samym systemem.

Start biegu był o 8 rano. Alex podwiózł mnie do Starej Miłosnej i wrócił do domu na śniadanie (mamy tu bardzo blisko). Przed startem wszystko przebiegło bardzo sprawnie, Jarek był przygotowany, żeby dać mi zmianę po 19 minutach.

Byledobiec Anin na czele od pierwszych metrów (fot. Radek Łapiński)

Wystartowałem, prowadząc od pierwszych metrów biegu i po niedługim czasie zauważyłem, że nikt nie próbuje mnie gonić. Pilot, który jechał przede mną na rowerze musiał zawracać, żeby wspomóc peleton. Ja biegłem przed siebie, dobrze znając trasę. Na koniec wprowadzono w niej drobną modyfikację z powodów technicznych. Remontowany był parking przed kościołem i trzeba było go obiec. GPS-y niektórych uczestników biegu pokazywały, że kółko ma od 5030 m do 5150 m, ale nie przejmowałem się tą niezgodnością. Pierwszą pętlę zrobiłem w 19:10 i zmieniłem się z Jarkiem. Wywołało to lekkie zdziwieniu wśród obserwatorów, bo następne sztafety dobiegały 2 minuty później. W czasie dwudziestominutowych przerw miałem trochę czasu na rozmowy z innymi uczestnikami biegu i kibicami. Wszystko szło zgodnie z moim planem, który zakładał dla mnie i dla Jarka czas 3 godziny i 20 minut na 50 kilometrów. Swoje kółka kończyliśmy w miarę równym tempem.

Jarek wypuszcza mnie na ostatnią zmianę. Moje ramię nie będzie już takie ładne 19 minut później (fot. Darek Bydłos)

Na finiszu mojego ostatniej pętli spotkała mnie przykra przygoda. Skręciłem zza płotu na ostatnią prostą, na której szły dwie dziewczyny z psem na smyczy, która była rozciągnięta w poprzek drogi. Krzyczałem, żeby uważały, ale nie zareagowały. W pełnym biegu musiałem wykonać skok. Niestety, kiedy byłem w powietrzu smycz się napięła i zwiększyła wysokość, a ja nie mogłem już ominąć tej ruchomej przeszkody. Zahaczyłem o nią stopą i przy prędkości jakichś 16 km/h upadłem horyzontalnie na lewy bok, jadąc po ostrym żwirze. Nie było czasu na wylegiwanie się, jak to robią faulowani piłkarze. Mimo bólu, błyskawicznie wstałem i dobiegłem ostatnie 100 metrów, wypuszczając Jarka na ostatnie kółko. Ramię i piszczel trochę piekły i nie wyglądały zbyt ładnie, ale dzięki temu miałem na sobie ślady walki po Wesołej Stówie.

Symboliczne zakończenie 105. kilometra naszej sztafety

Jarek świetnie się spisał i skończyliśmy nasze 50 kilometrów w czasie 3:19:38 - 22 sekundy ponad normę. Mieliśmy też sporą, siedmiominutową przewagę nad drugą sztafetą Huraganu Wołomin. Wiedzieliśmy jednak, że w sesji popołudniowej ta przewaga wzrośnie jeszcze bardziej. Pozostałe drużyny udało nam się już zdublować (różnica wynosiła ponad 20 minut). Na swoje pierwsze kółko wbiegł Marcin. Pamiętając jego zeszłoroczne problemy z orientacją na trasie, postanowiłem wybiec mu naprzeciw. Jakie było moje zaskoczenie, gdy zobaczyłem go biegnącego na czas w granicach 15 min / 5 km. Okazało się, że pomylił trasę - pobiegł w złym kierunku, nie robiąc ok. kilometrowego kółka, nieświadomie skracając pętlę. Doszliśmy do mety i po czasie 19:22 (tyle Marcin biega piątkę) puściliśmy Alexa na kolejną zmianę. Wytłumaczyłem Marcinowi, gdzie zrobił błąd, a Jarek podwiózł go autem w pechowe miejsce.

Tak to wyglądało - do czasu feralnego 11. kółka doliczono nam 38 sekund w ramch 20. okrążenia

Kolejne zmiany przebiegały już bez zakłóceń. Obaj walczyli wspaniale. Trzeba było jednak zrobić coś z tym oszukanym kółkiem, przebiegniętym w 19:22. Zdecydowano, że po skończeniu przez nas 100 km, Marcin przebiegnie jeszcze jedną pętlę. Różnica, między czasem osiągniętym na tym kółku, a 19:22, będzie nam doliczona do wyniku (wiadomo było, że zmęczony pobiegnie nieco wolniej). Alex stoczył wspaniałą walkę na swojej ostatniej pętli. Uzyskał czas 18:30 i zdublował Huragan Wołomin - zwycięzców z zeszłego roku! Marcin dobiegł swoje szóste kółko w równe 20 minut i do wyniku ostatecznego doliczono nam 38 sekund. Oficjalny czas: 6:31:45 - rewelacja, byliśmy bezkonkurencyjni na tych zawodach. W porównaniu do zeszłego roku, poprawiliśmy się o ponad godzinę. Drugie miejsce dla Huraganu (27 minut za nami), a trzecie dla FBI (Falenickie Biegi Intensywne).

Rok temu marzyliśmy o takich statuetkach, oklaskując drużyny na podium, a teraz sami stanęliśmy na jego najwyższym stopniu :-)

Trzy godziny później odbyło się zakończenie, na którym mimo lekkiego deszczu bawiliśmy się doskonale. Przyjechaliśmy razem z rodzicami i bratem, który też osiągnął tego dnia duży sukces. Zdawał testy sprawnościowe do klasy sportowej w gimnazjum i zrobił na nich prawdziwą furorę, między innymi świetnie skacząc w dal i biegnąc na kilometr. Imprezę zakończyliśmy przy ognisku, racząc się piwem i kiełbaskami. W tym czasie dobiegały jeszcze ostatnie, najbardziej wytrwałe sztafety. Dziękujemy organizatorom, wszystkim uczestnikom i kibicom. Impreza ma naprawdę niepowtarzalną atmosferę i za rok na pewno będziemy tu bronić tytułu.


(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin