16.03.2008
Maratona della Citta di Roma
Relacja Pawła

W Rzymie (Fumicino) wylądowaliśmy z Michałem w sobotę o 15:25, koleją dojechaliśmy do centrum (Termini), skąd pieszo doszliśmy do hostelu. Po zostawieniu rzeczy w pokoju pojechaliśmy odebrać pakiety startowe, a następnie udaliśmy się na wieczorny spacer po mieście. Z racji ciepłej pogody jak i rozpoczynającego się Wielkiego Tygodnia były tłumy ludzi - w większości nie mających pojęcia ani przed ani po biegu, że w niedzielę rozgrywa się jakiś maraton. W hostelu nie było dane nam się porządnie wyspać - jedna z par (mieliśmy pokój zbiorowy) pobiła chyba rekord świata w głośności chrapania.

Rano nadal ciepło i bezchmurnie - o dziewiątej temperatura wynosiła +17 stopni Celsjusza. W towarzystwie spotkanych w hostelu Anglika i Koreańczyka udaliśmy się na start. Michał zrezygnował z biegu z powodu kontuzji. Organizacyjnie wszystko dobrze rozwiązane, można było szybko oddać bagaż i skorzystać z toalety, choć standardowo i przed biegiem i na trasie wiele osób załatwiało swą potrzebę pod napotkanymi drzewami / murami.

Start pod Koloseum podzielony na 4 strefy dla amatorów plus jedna dla elity. Bez specjalnego przepychania się startując z drugiej strefy (ok. 2:50 - 3:30) straciłem na stracie ok. 30 sekund i kolejne pół minuty na pierwszym kilometrze. Gdy zapisywałem sie na ten bieg w listopadzie 2007 plany były w miarę ambitne - zejść poniżej 2:50. Życie szybko je zweryfikowało - po dwumiesięcznej przerwie z powodu kontuzji i późniejszych treningach składających się prawie wyłącznie z krótkich wybiegań (10-15 km) przeplatanych kilkoma startami na wiele liczyć nie mogłem. Tym niemniej na parę dni przed maratonem wydawało mi się, że odzyskałem formę z jesieni poprzedniego roku i mogę się pokusić o bieg w granicach 3 godzin. W czwartek jednak coś zaczęło zgrzytać mi w stopie i pojawiły się wątpliwości nawet co do możliwości samego startu. Lekkomyślnie być może, nie zważając na przeciwskazania zdecydowałem się pobiec. Do półmetka nie było problemów - biegłem spokojnie za pacemakerami na 3h trzymającymi w miarę równe tempo, co nie było regułą na innych maratonach. Wtedy stwierdziłem, że nie będę w stanie tak biec do końca, więc zwolniłem o około 15 sekund na kilometrze - w Rzymie spora część trasy prowadzi po kostce brukowej, co moja kontuzjowana noga dotkliwie odczuwała. Tym tempem dotarłem do 38 kilometra, gdzie dane mi było przeżyć największy jak dotąd kryzys. Zwolniłem do 6 minut na kilometr, aczkolwiek za duży sukces uważam, iż byłem w stanie się nie zatrzymać i biec dalej. Na kilkaset metrów przed metą duch znów zatriumfował nad materią i postarałem się o szybszy finisz. Na mecie czułem się przez chwilę, jakbym zaraz miał paść z wyczerpania. Miałem też problemy z odwodnianiem organizmu - kubek, potem dwa kubki wody od początku na każdym punkcie żywniościowym co 5 km były zbyt małą ilością. Po zakończeniu biegu wypiłem ze 2 litry różnych płynów i po półgodzinnym odpoczynku wróciłem do świata żywych. W tych warunkach wynik brutto 3:08:55 uważam za znakomity i pozwalający na jesieni myśleć o znacznej poprawie swojego rekordu życiowego.

Maraton - moim zdaniem - cieszył się stosunkowo małym zainteresowaniem. W porównaniu do innych biegów, w których miałem przyjemność uczestniczyć mało było też widocznych Polaków zarówno wśród zawodników jak i kibiców. Tym niemniej bieg godny jest polecenia nie tylko ze względu na piękną trasę obiegającą między innymi Koloseum, antyczne fora, schody hiszpańskie czy fontannę di Trevi.

Po maratonie pobyliśmy chwilkę w knajpie, po czym resztę dnia zajął nam spacer po Rzymie. W nocy zmęczenie walczyło z coraz silniejszym bólem nogi, więc i tej nocy nie mogłem zaliczyć do dobrze przespanych. Mimo wszystko w poniedziałek kontynuowaliśmy zwiedzanie Wiecznego Miasta. Po południu zostawiłem Michała, który spędzał w Rzymie jeszcze jeden dzień i przed siódmą wieczorem wylądowałem w Warszawie. Dużą przyjemnością był powrót do normalnej temperatury otoczenia - przejście z ponadwudziestostopniowego upału włoskiego do kilkustopniowego warszawskiego chłodku z lekką mżawką.

Bez specjalnego oszczędzania koszty trzydniowego wyjazdu (wpisowe na bieg, komunikacja, żywność, nocleg) wyniosły ok. 1100 zł.

Powrót

(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin