|
||||||||||
|
Na początku tego roku zakładałem, że skupię się na krótszych dystansach (do półmaratonu), nie będę robił długich wybiegań i dopiero od wakacji zacznę przygotowania do Maratonu Warszawskiego, w którym chciałbym złamać granicę 2:45. Stało się jednak inaczej - przez całą zimę i początek wiosny konsekwentnie w każdą niedzielę robiłem 20-23 km spokojnym tempem, a treningi w ciągu tygodnia zajmowały mi zwykle ponad godzinę, dzięki czemu z moją wytrzymałością nie było wcale tak źle. Moje wyniki w półmaratonach w Wiązownej (1:15) i w Warszawie (1:14) pozwalały przypuszczać, że stać mnie na dobry rezultat również w maratonie. Decyzję o starcie na dystansie 42,195 podjąłem dosyć późno, bo w pierwszej połowie kwietnia. W grę wchodziły 3 opcje - Luksemburg, Toruń i Kraków. Wyjazd do Luksemburga odpadł - profil trasy nie wyglądał zbyt zachęcająco (bardzo lubię biegać po górkach, ale niekoniecznie wtedy, gdy lecę na rekord - przerabiałem to w Brukseli). W Toruniu debiutowałem 2 lata temu, mam stamtąd bardzo dobre wspomnienia, ale Maraton Toruński odbywał się tydzień wcześniej, przez co miałbym mało czasu na przygotowanie. Dlatego ostatecznie zdecydowałem się na Kraków.
W kwietniu zmieniłem nieco swój "plan treningowy", stawiając raczej na długie, spokojne wybiegania. W kolejne niedziele zrobiłem 33 - 28 (SKŚ) - 25 km, dłuższe treningi (20-25 km) robiłem jeszcze w środy. Interwały biegałem tylko raz w tygodniu. Jeżeli chodzi o przygotowanie treningowe, zrobiłem przez 3 tygodnie ile się dało. Mój wynik w półmaratonie teoretycznie powinien się przełożyć na 2:35 w maratonie, początkowo chciałem lecieć na 2:45, ale ostatecznie postanowiłem zaatakować w Krakowie barierę 2:40.
Zanim wyruszyłem do Krakowa, pojechałem na warszawski Bieg Konstytucji, tym razem w roli kibica. Barwy Byledobiec godnie reprezentował Marek, uzyskując po rewelacyjnym finiszu czas 24:32. Z Placu na Rozdrożu pojechałem bezpośrednio na Dworzec Centralny. Do Krakowa wybraliśmy się z Kasią, Wojtkiem i ich córeczką, Wisią. Na miejscu czekali na nas również rodzice Kasi. Zaraz po przybyciu do Krakowa zjadłem prawie całą miskę makaronu, który przygotowałem sobie rano. Późnym popołudniem wybraliśmy się po odbiór numerów startowych i na pasta party. Po powrocie do mieszkania zjadłem resztę swojego makaronu i po 22 poszliśmy spać.
W niedzielę rano pogoda była paskudna - ok. 8-10 stopni i mżawka - ale dla biegaczy to dosyć dobre warunki. Na śniadanie chciałem zjeść jak najwięcej, ale dałem radę tylko 4 kanapki. Spakowaliśmy rzeczy do worków i pojechaliśmy na start. Pogoda się nie zmieniała, cały czas padało. Niestety, nie udało mi się zostawić swojego powerade'a na 26. kilometr, ale i tak, jak się później okazało, nie było to konieczne. Maraton wystartował o 9:30...
Pierwszy kilometr poszedł w 3:42, czyli o 6 sekund szybciej od planowanego tempa. Koło mnie uformowała się jednak silna grupa z czołówką kobiet, dlatego postanowiłem nie zwalniać. Po paru kilometrach stwierdziłem jednak, że tempo jest minimalnie za szybkie, dlatego puściłem grupę przodem i trzymałem się kawałek dalej. Pierwsze 10 km poszło minimalnie za szybko (mata, na której miałem czas poniżej 37' rozłożona była trochę za wcześnie). Trzymałem tempo i dołączyłem do rekordzisty Polski w maratonie i półmaratonie w kategorii M55, zeszłorocznego Mistrza Świata Masters - Antoniego Cichończuka. Przez kolejne kilometry biegliśmy razem. Po zbiegnięciu z bulwarów nadwiślańskich na al. Pokoju biegło się dosyć ciężko - buty ślizgały mi się na asfalcie. Na 15. kilometrze międzyczas już był zgodny z planowanym - ok. 57 minut. Nedługo później ponownie dołączyliśmy do grupy kobiet, tempo było jednak trochę za wolne, więc pobiegliśmy do przodu. Na półmetku czas idealny - 1:20:16. Od tego momentu zacząłem przyspieszać. Kolejne kilometry były bardzo szybkie, nawet ok. 3'30''. W okolicach 26. kilometra mijałem się z grupą na 3:30, biegnącą w przeciwnym kierunku. Pozdrowiliśmy się z Kasią i biegliśmy dalej. Do 30. kilometra biegło mi się super, na bulwarach już zaczynałem odliczać kilometry, a później minuty, żeby się nie dobijać (pół godzinki biegu lepiej brzmi niż 8 km...). Wyrobiłem już sobie spory zapas, gdybym utrzymał tempo, ukończyłbym z wynikiem poniżej 2:39. W końcu dobiegłem do Błoń i trochę się przeraziłem, że to wielkie pole trzeba jeszcze obiec półtora raza... Nogi mi już wysiadały (tym razem głównie łydki), ale nie mogłem odpuścić, bo skończyłoby się na wyniku powyżej 2:40. Na 40. kilometrze wyprzedziłem Etiopczyka, wybiegłem na przedostatnią prostą. Wolałem nie patrzeć przed siebie - koniec Błoń widać było gdzieś daleko we mgle... a ja miałem tylko 8 minut, żeby dobiec do końca i jeszcze zrobić ok. kilometra do mety. Przy oznaczeniu "41 km" byłem już prawie pewien, że się uda. Ostatnia prosta strasznie się się dłużyła, ale dałem radę - kiedy wpadałem na metę, zegar wskazywał 2:39:33. Netto wyszło 2:39:29. Byłem kompletnie wyczerpany, dosłownie zataczałem się ze zmęczenia. Zaraz po mnie na metę wpadła pierwsza kobieta - Olga Kotowska z Ukrainy. Antoni Cichończuk niecałe 3 minuty później poprawił o minutę własny rekord Polski. Ostatecznie mój wynik przełożył się na 16. miejsce (w biegu startowało ponad 1350 osób), w silnie obsadzonej kategorii M20 byłem 10.
|
Z wynikiem 3:16 w dobrej formie maraton ukończył Wojtek, Kasia ostatecznie uciekła grupie na 3:30 i dobiegła do mety po czasie 3:25, co przełożyło się na wysokie, 5. miejsce w kategorii K20. Jak na kontrolny strat przed maratonem w Łodzi, to bardzo dobre wyniki. Tata Kasi ustanowił swój rekord życiowy, kończąc maraton z wynikiem 3:27.
Na zakończenie niestety nie mogliśmy zostać, mieliśmy wykupione bilety na pociąg o 15:53. Z uwagi na koniec długiego weekendu, konieczny był powrót przez Katowice. Podróż w zatłoczonych pociągach minęła na szczęście szybko, do Anina dotarłem przed 22.
Trudno opisać, ile radości dał mi ten wyjazd. Do tej pory nie miałem szczęścia do maratonów, idealny wydawał się tylko start w Atenach (zgodnie z założonym celem, a nawet lepiej). W zeszłym roku o złamanie bariery 2:50 mógłbym powalczyć już na wiosnę, udało się jednak dopiero w Nowym Jorku, gdzie na początku biegłem zupełnie bez przekonania i dopiero po ok. 12 km zacząłem lecieć tempem poniżej 4'/km. W Krakowie wszystko wyszło dokładnie tak, jak chciałem, chociaż miałem poważne obawy, czy przy braku 30-kilometrowych wybiegań nie zderzę się po raz kolejny ze ścianą. Na szczęście tym razem sił starczyło do końca :) To był mój 11. maraton, 7. raz poniżej 3 godzin. Życiówkę poprawiłem prawie o 10 minut...
Teraz trzeba trochę odpocząć, w wakacje zabiorę się na nowo za treningi wytrzymałościowe. Mam nadzieję, że we wrześniu w Warszawie uda się pobiec jeszcze szybciej :)
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |