|
||||||||||
|
W połowie marca wysłałem do Maćka wiadomość z zapytaniem, czy nie ma ochoty wystartować ze mną wspólnie w Biegu Rzeźnika. W odpowiedzi otrzymałem: "Oszalałeś? Chcesz mnie zabić? Wstępnie mówię tak, ale jeszcze o tym pogadamy".
Na dwa miesiące przed imprezą byliśmy kompletnie nieprzygotowani do tak ekstremalnego wysiłku. Pokonanie blisko 80-kilometrowej trasy z Komańczy do Ustrzyk Górnych (łączna suma przewyższeń - 6300m; 27h marszu wg mapy) wydawało się równie nieprawdopodobne, jak wybudowanie autostrad na EURO. Mieliśmy jeszcze jednak 2 miesiące. Na autostrady to niewiele, ale na Rzeźnika powinno starczyć. Założyliśmy, że bieg ukończymy w 12h.
Przygotowania na dobre rozpoczęliśmy po Półmaratonie Warszawskim. W każdą niedzielę robiliśmy 30-kilometrowe wybiegania po górskiej trasie w Falenicy. Forma rosła. Niestety 6 dni przed startem dopadła mnie infekcja i nasz wielki start stanął pod znakiem zapytania. Byłem poważnie wkurzony na swój organizm. Zamiast mobilizować się i rosnąć w siłę, w tak ważnym momencie zostałem przyszpilony do łóżka. Kaszel nie opuszczał mnie jeszcze dzień przed startem.
Moje problemy zdrowotne, jak również nieświadomość tego, co może nas czekać na trasie spowodowały, że bieg rozpoczęliśmy dość wolno. Długi czas plasowaliśmy się w środku stawki. Po kilku pierwszych podbiegach poczuliśmy, że jesteśmy mocni. Uznaliśmy, że nie ma co tkwić w tłoku i przyspieszyliśmy. Na Przełęczy Żebrak (16,7km) nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że zajmujemy miejsce pod koniec drugiej dziesiątki. Nieźle. Napieramy dalej.
Następny odcinek do Cisnej wspominam bardzo mile. Pozbawiony był stromych podejść i zejść. Drużyny zdążyły się już nieco rozproszyć na trasie. Zrobiło się jaśniej, cieplej. Czuliśmy się świetnie. Wyprzedziliśmy kolejnych kilka drużyn, ale nadal było bardzo ciasno w stawce.
Do Cisnej (31,6km) dobiegliśmy po 4h i 5 minutach. Tempo wskazywało, że założony przez nas czas 12h był bardzo realny. Najgorsze odcinki trasy były jednak ciągle przed nami. Etap do Cisnej to przedsmak trudności, jakie czekały na nas w dalszej części trasy. Na przepaku uzupełniliśmy izotoniki w bukłakach i zapasy batonów. Zabraliśmy również kije trekkingowe, które jak się okazało, były bardzo pomocnym narzędziem na trasie.
Początek trzeciego odcinka przywitał nas piekielnie stromym podejściem na Jasło. Mocne podejścia były jednak naszą najsilniejszą bronią w walce z innymi drużynami. Prym wiódł Maciek, który nadawał tempo naszej ekipie. Odcinek między Jasłem a Okrąglikiem dostarczył nam wiele niezapomnianych przeżyć. Silny wiatr, gigantyczne przestrzenie wokół, fantastyczne powietrze i zażarta rywalizacja z innymi rzeźnikami... Ech, tego nie da się opowiedzieć.
Po zejściu z Ferczatej czekał na nas bardzo długi odcinek szosy. Jak długi, tego nikt dokładnie nie wiedział. W tej edycji Rzeźnika trasa przed Smerekiem została zmieniona, co zaowocowało m.in. wydłużeniem biegu o ok. 3km. Odcinek ten okazał się chyba najtrudniejszym fragmentem trasy. Dochodziła 11:00. Słońce prażyło nie do wytrzymania. Cienia brak. Czuliśmy już spore zmęczenie, ale nie przestawaliśmy napierać. Jedna prosta, druga, trzecia, szósta, siódma... Gdzie ten Smerek? Mam dosyć. Już mam Maćkowi zaproponować przerwanie biegu i marsz w kierunku Smereka, a tu nagle krzyczą do nas ludzie z naprzeciwka, że świetnie nam idzie, że jesteśmy na ósmym miejscu, że do Smereka tylko 3 km. Ósme miejsce? Wiedzieliśmy, że jest dobrze, ale nie przypuszczaliśmy, że aż tak. Przybiliśmy sobie z Maćkiem piątki. Ta fantastyczna wiadomość dodała nam skrzydeł.
Rzeczywiście, do Smereka (ok. 54km) zawitaliśmy jako ósma drużyna. Przed biegiem sądziłem, że dotrzemy tu po 7h od startu, ale dodatkowe kilometry trasy sprawiły, że do 7h dołożyliśmy jeszcze 26 minut. Za nami z niewielką stratą przybiegła na przepak drużyna 4C# z najlepszą rzeźniczką Basią - rekordzistką trasy wśród kobiet. Mocny bieg po szosie spowodował, że wypracowaliśmy sobie dużą przewagę nad kolejnymi ekipami. W Smereku czekał nas nieco dłuższy postój. Trzeba było nie tylko uzupełnić zapasy płynów i batonów, ale także zjeść porządny posiłek - dużą porcję musli z wodą.
Na trasę ruszyliśmy tuż za ekipą 4C#. Rywalizujący z nami Basia i Konrad byli od nas wolniejsi na podbiegach, ale dużo szybsi na zbiegach. Walka z nimi do końca była niezwykle emocjonująca. Najdłuższe i najbardziej strome podejście na Smerek pokonaliśmy w bardzo dobrej kondycji. Na Połoninie udało się dogonić ekipę Miechów, z którą już kilkakrotnie mijaliśmy się na trasie. Mieli spore kłopoty. Jednego z nich zaczęły łapać skurcze.
|
Szło nam fantastycznie. Byliśmy na siódmej pozycji, a za nami ni widu, ni słychu. Niestety Maciek coraz bardziej narzekał na ból w kolanie. Kiedy widać już było Chatkę Puchatka, od której zaczyna się zbieg do Berehów, Maciek przystanął nie mogąc poradzić sobie z narastającym bólem. Nie wiadomo było co dalej, czy damy radę. Maciek łyknął środek przeciwbólowy, lecz jeszcze przez jakiś czas nie mogliśmy biec. Za nami widać było zbliżające się 2 ekipy. Lek i świadomość zbliżających się drużyn bardzo zmobilizowała Maćka i zanim nas dopadli, ostro ruszyliśmy. Niestety zbiegi nie były naszą mocną stroną. Im bardziej stromo, tym gorzej się czuliśmy. Zostaliśmy prześcignięci. Do Berehów (ok. 69km) dotarliśmy jako 9 ekipa.
W Berehach nie zabawiliśmy długo. Wypiliśmy po Red Bull'u i razem z drużyną Miechów ruszyliśmy na trasę. Szliśmy łeb w łeb. Na trasie czekało na nas ostatnie podejście na Caryńską. Szybko udało się dogonić ekipę 4C#. Wiedzieliśmy, że musimy wypracować nad nimi dużą przewagę, żeby nie dopadli nas na zbiegu do Ustrzyk. Maciek, pomimo bolącej nogi, bardzo mocno napierał. Tak mocno, że pod koniec podejścia osłabłem i musiałem zwolnić. Chwila mojej słabości spowodowała, że drużyna Miechów wypracowała sobie nad nami przewagę, której nie oddała do mety. Połoninę pokonywaliśmy dosyć szybko. Co jakiś czas patrzyliśmy za plecy, starając się oszacować, jaką mamy przewagę nad 4C#. To było jakieś 3, może 4 minuty. Mało. Zejście z Caryńskiej okazało się nie mniej strome od zejścia z Wetlińskiej. Chciałoby się zlecieć na łeb na szyję, ale mięśnie na to nie pozwalały. Było już blisko. Do mety zostało 15, może 20 minut biegu. Niestety nie udało się odeprzeć ataku ekipy 4C#. W zawrotnym tempie ominęli nas i tyle ich widzieliśmy. Niesamowite mieli te zbiegi. Przy wybiegu z lasu minęliśmy fotografa. Znaczyło to, że do mety tuż, tuż. Przekroczyliśmy mostek. 50m do mety! Podnieśliśmy ręce w geście triumfu. Czas: 12h 4min, 9 miejsce (na 110 zespółów!). Udało się! Jesteśmy piekielnie zmęczeni, ale szczęśliwi.
Na mecie podziękowaliśmy naszym rywalom, drużynie Miechów, za wspólną walkę. Nie mogliśmy jednak pogratulować ekipie 4C#, bo... zdążyli już wyruszyć na Tarnicę i Halicz. Niesamowite, postanowili zrobić wersję hard core! Szaleńcy.
Bezpośrednio po zakończonym biegu myślałem: "nigdy więcej". Teraz zastanawiam się, co musimy poprawić z Maćkiem, żeby w przyszłym roku wypaść jeszcze lepiej. Termin VI edycji Biegu Rzeźnika został już wstępnie wyznaczony na 12 czerwca 2009r. Do zobaczenia na kolejnej rzezi.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |