|
||||||||||
|
Maraton w Łodzi w założeniu mieliśmy biegać z Kasią. Przyjechaliśmy w ostatniej chwili, na 10 minut przed zamknięciem biura. Tu wszystko sprawnie, oddajemy małą, pseudorozgrzewka i na start. Ten przyjazd kosztował nas dużo bo z założenia nie daliśmy napojów na punkty.
Zaczynamy wolno - po 4:25 i tak udaje nam się biec prawie do 15 kilometra, chwilę wcześniej pierwsza wizyta w krzakach i po chwili druga. Tempo zaczyna spadać. Po tym jak się czuję zaczynam zastanawiać czy te izotoniki organizatora są izotoniczne, czy to zwykła podbarwiona woda.
Po kolejnych przystankach krzakowych dochodzi nas Jarema, ma węgiel, wiec po chwili Kasię przestaje czyścić. Ale to, że jesteśmy już wyprani z węglowodanów nie zmienia się. Na kolejnych punktach zaczyna brakować nawet wody. Kilometry jakoś nie chcą ubywać, stoper gna jak szalony, my cierpimy. Kolejny raz przebiegamy nad rozjechanym jeżem- to taka Łódzka tradycja, podobnie jak to że pierwszy kilometr jest ustawiony trochę abstrakcyjnie.
Końcówka to fantastyczna lekcja pokory - czołgamy się, walka jest taka jak byśmy kończyli Rzeźnika w wersji super hard. Na mecie dostajemy medale, na otarcie łez ręczniki. Na koniec nad tym wszystkim zapłakało niebo.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |