|
||||||||||
|
Z Łodzi wyjeżdżamy nocnym pociągiem o 20 i już po nieco ponad 12 godzinach jazdy jesteśmy w Kołobrzegu. Patrząc na trasę pociągu trudno oprzeć się wrażeniu, że ktoś testował program mający za zadanie stworzyć jak najdłuższą trasę mieszczącą się pomiędzy równoleżnikami, na których leżą punkt startu i koniec trasy. Na dworcu PKS miła - niemiła niespodzianka. Autobus odjechał kilka minut wcześniej a następny mamy za ponad trzy godziny. Korzystamy z tego czasu i idziemy wymoczyć zmęczone nogi w morzu.
Z autobusu wysiadamy w Trzyniku, zostało nam jeszcze jakieś dwa kilometry spaceru i wszystko było by proste gdyby nie to, że Młoda postanowiła kolejny raz pokazać, że ona tez ma charakter. Sprawdzamy, kto ma większy i po kilku minutach udaje nam się pokonać prawie 50 metrów, wtedy ktoś proponuje nam podwiezienie i docieramy do Marianówka. Ze wszystkimi mieszkańcami zjadamy niedzielny obiad (rosół z makaronem i mielone z ziemniakami, hodowaną na miejscu sałatą (mielone też chyba były hodowane na miejscu) i marchewką z groszkiem. Oglądamy pięknie zadbany park, wybieg z koniami, rybne stawy jednym słowem wszystko, czym może pochwalić się dom w Marianówku.
Rano śniadanie, odbieramy numery startowe (001 i 002), przebieramy się i stajemy na starcie. Maraton w Marianówku był jednym z elementów trzydziestej rocznicy powstania MONARu, więc całkiem "cywilnych" biegaczy było na nim dwóch - Jerzy Bednarz (388 maraton) i Mirek Cisek (bardzo sympatyczny człowiek). Wszystko organizowali pacjenci Domu w Marianówku, więc ruszaliśmy z pewnymi obawami, na początku było o tyle łatwo, że widzieliśmy biegnących przed nami autochtonów, ale też oznaczenia trasy. Po niespełna 4 km pierwszy punkt i na nim to, co na innych maratonach: woda, cukier, banany, pomarańcze. Do tej pory trasa biegła przez pola, drogą nawet nie bitą, teraz kawałek asfaltu, lekko w dół, odchodzę trochę Kasi, biegnąc obok jeziora Pławęcińskiego widzę młodą sarnę przeskakującą nad drogą. Po chwili biegniemy już razem. Trasa cały czas lekko w górę albo w dół, większość przez pola albo łąki. Z Pławęcina polną drogą (przez chwilę polem, bo droga zarosła) obok Kamicy do Dargocic, tam na trzecim już punkcie odżywczym, Kasia poczuła się jak na wielkim maratonie i swobodnie rzuciła, na chodnik przy trasie, kubek, po czym usłyszała od jednej z mieszkanek "gdzie k...a ten kubek, ze sobą się zabiera" później już grzecznie piła przy punktach. Przez Górna i Dolną Wierzbkę docieramy do betonowej leśnej drogi i wracamy, przez świerkowy las, do Trzynika a dalej do Marianówka. Po drodze wspominamy nasze wspólne bieganie w czasach, kiedy Młoda nie była nawet w planach. Kasia namawia mnie na zbieranie kwiatków. Zaczynamy kolejne kółko i na drodze obok Kamicy wbiegamy na szosę, która doprowadzi na do Trzynika i mety. Na końcówce piękny zapach z pół truskawek. Na metę wbiegamy razem, mimo lekkiej sprzeczki na 41-ym kilometrze.
Jesteśmy zachwyceni trasą, jej obstawieniem (ani przez chwilę nie mieliśmy wątpliwości gdzie skręcać) klimatem imprezy. Medale wręczane na zakończeniu, na nim też pstrągi (z własnego stawu), pieczone na miejscu ciasto z truskawkami. Żegnamy się z ludźmi i jedziemy do Warszawy. Za rok postaramy się znowu wpaść do Marianówka (a wcześniej do Arturówka, bo jakoś taka trasa się rymuje).
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |