|
||||||||||
|
Bieg Pod Powodziową Falę ma swoista tradycję, o czym mogłem przekonać się czytając przed nim dyskusje na forum. Dlatego niespecjalnie zdziwiłem się, kiedy o 14.30, czyli o godzinie otwarcie biura spotkałem grupę spokojnie czekających biegaczy. Po kwadransie nadeszło kilku nowicjuszy informując, że w szkole biura także nie ma. Tak więc, obyci czekali spokojnie a nieobyci po nerwowym spacerze i szukaniu organizatorów w pobliskich zakamarkach nabywali obycia.
Już o 15.00 nadjechał samochód, w którym mieściło się biuro i zostało ono otwarte, biegacze ustawili się karnie w kolejkę. Pozostał tylko problem numerów startowych i kart zgłoszeń, bo o tym organizatorzy jakoś nie pomyśleli. Po kolejnych 15, góra 20 minutach poruszenie - karty już są. Sędziowie pokrzykują na zawodników. Jeszcze tylko szybkie przebieranie, krótka rozgrzewka, na tyle mamy czasu, choć byliśmy w pierwszej połowie kolejki, próbujemy się ustawić na linii startu, co jest o tyle trudne, że transparent wisi na wysokości pasa. Kiedy grupa próbuje się jakoś ustawić, z zaskoczenia pada strzał i ruszamy.
Na oko 120 - 150 osób biegnie chodnikami Wrocławia. Przejściami podziemnymi, po schodach w dół i później w górę. Zaskoczeni przechodnie uciekają pod ściany, ci, którzy nie mieli dość refleksu stoją potrącani. Przebiegamy przez jakąś większą ulicę, na szczęście mam zielone światło, wolę nie myśleć, co będzie, jak się zmieni.
Na starcie główny organizator na pytanie czy trasa będzie oznaczona odpowiedział, że kupił wiadro farby, póki co nie szukam specjalnie śladów jej zastosowania, ale trochę mnie niepokoi, że nie widzę jednych oznaczeń, staram się widzieć kogoś blisko przed sobą.
Na szóstym kilometrze wyprzedzam Kasię, wymieniamy uwagi. Trasa poza miastem robi się coraz ładniejsza, po wale z widokiem na łąki i krzaki, kilka par przyjechało zaznać chwil intymności. Skromnie odwracam wzrok.
Staram się trzymać grupy biegnącej przede mną, wyglądają na kogoś, kto wie, dokąd biegnie. Skręcam z wału mała uliczka, jeszcze jeden zakręt, kolejna ulica na niej już spory ruch, w ostatniej chwili uciekam spod kół samochodu, przez chwilę zastanawiam się, dlaczego pan policjant wstrzymuje ruch tam a nie w miejscu, w którym wybiega się na szosę, ale widzę, że grupa zawodników wybiega z jakiejś innej uliczki. Aha to ci, których wyprzedzałem chwile przed Kasią.
Jeszcze jeden zakręt, za boiskiem piłkarskim skręcam mimo braku oznaczeń, przypomina mi się, że coś takiego było w opisie trasy. Jeszcze finisz, żadnych płotków, taśm, matki z wózkami dostojnie przetaczają się przez trasę, lekkim slalomem docieram do namiotu i po chwili orientuję się, że to już koniec, nawet zauważam transparent META zawieszony kilka metrów za miejscem, w którym mierzony był czas. Czeka na mnie rozemocjonowana Kasia. Dziewczyna, która była druga nie pomyliła trasy, ale zaczekała na nią do momentu, w którym wołana przez grupę cofała się do rozwidlenia. Podały sobie ręce i zaczęły się dalej ścigać. Napisałbym jak się nazywa, ale wyników jeszcze nie ma, a szkoda czekać miesiąc z relacją. Kiedy przebieramy się na parkingu z zupełnie innego kierunku nadbiegają kolejni biegacze. Spokojnie można powiedzieć że dystans wahał się od 13,5 do półmaratonu.
Na zakończenie czekamy, do 21, bo ważniejsze okazują się występy dzieci ze szkół językowych (jest się, czym pochwalić, niektóre znają tyle literek, co nasza, Wisia) i koncert Norbiego.
Niby zarzekamy się, że w przyszłym roku to już na pewno nie przyjedziemy tutaj, ale może jak już kupili tę farbę, to w przyszłym roku zrobią z niej użytek. Wiedząc, że zakończenie ma wiele wspólnego z panem, który nazywa się Godot, spokojnie pojechalibyśmy do miasta, tam są ciut lepsze koncerty, nawet od Norbiego.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |