19.07.2008
Maraton Juranda w Szczytnie - 12. maraton na 24. urodziny
Relacja Alexa
Już po raz czwarty pojawiliśmy się w Szczytnie, aby wziąć udział w Maratonie Juranda. W 2005 roku startował tylko Robert, w kolejnych edycjach biegliśmy już we dwóch, za każdym razem znacznie poprawiając swoje wyniki.
Tym razem do Szczytna pojechaliśmy w wyjątkowo mocnym składzie - w Maratonie Juranda wystartowali także Kasia i Wojtek, Weronika i Marek pobiegli w Małym Biegu Juranda na dystansie ok. 3 km. Podobnie jak przed rokiem zawody odbyły się w sobotę, zatem wstaliśmy o 5 rano i wybraliśmy się do Szczytna w dniu biegu. Podróż minęła szybko (o tej porze nie ma jeszcze korków), na miejscu byliśmy ok. 40 minut przed startem. Przebieranie, rejestracja, rozgrzewka - wszystko trochę w biegu, ale na szczęście udało się ze wszystkim zdążyć. Frekwencja, podobnie jak przed rokiem, niezbyt wysoka - ok. 60-70 osób. Na starcie zjawiła się praktycznie cała czołówka z zeszłego roku - m. in. Jarosław Janicki, Jacek Ciełuszecki oraz bracia Kuryło. Maraton wystartował parę minut po 10, a zaraz potem pozostali zawodnicy ruszyli na trasę Małego Biegu Juranda. W biegu na 3 km Weronika zajęła 3. miejsce wśród kobiet (2. w kategorii), a Marek 3. w kategorii gimnazjów. Oboje wrócili ze Szczytna z pięknymi pucharami.
 | | Marek z pucharem na podium |
 | | Weronika z Wisią |
Tymczasem my walczyliśmy na morderczej 42-kilometrowej trasie przez pobliskie miejscowości. Na samym początku jeden z zawodników wyraźnie wszystkich odstawił, ja wolałem zacząć spokojnie i biegłem w dużej, ok. 8-osobowej grupie. Tempo było bardzo spokojne, pierwsze 5 km pobiegliśmy w ok. 21 minut (czyli na 3h). Później mocniejsi zawodnicy zaczęli nieco przyspieszać, na 10. kilometrze międzyczas mieliśmy już dużo lepszy. Przez kolejne kilometry biegliśmy coraz szybciej - na 15. km mieliśmy już międzyczas poniżej godziny, na połówce - 1:22:35. Mniej więcej w połowie dystansu wyprzedziliśmy też zawodnika, który odstawił wszystkich na pierwszych kilometrach. Biegliśmy w 4-osobowej grupie, prowadzonej przez ubiegłorocznego zwycięzcę, rekordzistę Polski w biegu na 100 km, Jarosława Janickiego. Na agrafce w Lipowcu (26. kilometr) nasza grupa się rozpadła, od tej pory biegłem na trzeciej pozycji. Po zawrotce niestety nie spotkałem Roberta, zacząłem się trochę o niego niepokoić. Przez ok. 5 km trzymałem mocne tempo, jednak czułem, że mogę nie wytrzymać do końca. W Wałach straciłem trzecią pozycję - wyprzedził mnie najlepszy zawodnik ze Szczytna, Jacek Ciełuszecki (przed rokiem 2. miejsce). Przez jakiś czas próbowałem utrzymać jego tempo, ale z dwugłowymi było coraz gorzej. Przez ostatnie 5 km musiałem zatrzymywać się przy każdym punkcie i polewać nogi zimną wodą. W końcu dobiegłem do 40. kilometra - próbowałem trochę przyspieszyć, ale zaczęły mnie łapać skurcze, więc wolałem nie ryzykować. Na szczęście nikt mnie już nie gonił i wbiegłem na Stadion Leśny na niezagrożonej, czwartej pozycji. Na stadionie trochę przyspieszyłem, widząc, że na zegarku zbliża się granica 2:50 - na metę wpadłem z czasem 2:49:38 - to mój 3. wynik w maratonie, 10 minut gorszy od rekordu z Krakowa. Ale w tych warunkach to i tak nienajgorzej. Czułem się dosyć dobrze, po raz kolejny organizm wytrzymał, nieco gorzej było z nogami... Na mecie czekali na mnie Weronika i Marek z Wisią. Położyłem się w piaskownicy do skoków w dal i czekaliśmy razem na pozostałych Byledobieców. Jako pierwszy pojawił się Wojtek, kończąc bieg z czasem 3:18, a zaraz za nim przybiegł Robert. Kasia, tak jak przypuszczaliśmy, zdecydowanie wygrała wśród kobiet - mimo problemów żołądkowych ukończyła maraton z czasem 3:31.
Nasze wyniki: 2008-07-19, 27. Maraton Juranda (Szczytno), dystans: 42.195 km Ukończyło osób: 55
 | | Byledobiec na mecie Maratonu Juranda - najpierw ja... |
 | | ... Wojtek, dopingowany przez Wisię... |
 | | ... zaraz potem Robert... |
 | | ... i Kasia. |
Poczekaliśmy jeszcze na zakończenie imprezy, na koniec odebraliśmy nasze nagrody (Kasia za zwycięstwo w klasyfikacji kobiet, ja z Robertem za 1. i 3. miejsce w kategorii M20. A po maratonie jak zwykle zrobiliśmy zakupy i pojechaliśmy na działkę do Fabiana nad jezioro. Wykąpaliśmy się, rozbiliśmy namiot i wieczór spędziliśmy przy ognisku popijając piwo. To był bardzo udany dzień, wprawdzie po cichu liczyłem, że uda mi się wskoczyć na podium, ale trudno - w Maratonie Juranda wystartuję na pewno jeszcze nie raz. Bardzo fajnie wyszło, że Weronika i Marek zdobyli puchary (zwłaszcza, że Weronika po kilkudniowej przerwie w treningach nie była zupełnie przekonana do tego startu).
 | | Byledobiec po godzinach :) |
Rano obudziła nas ulewa. Większość rzeczy niestety nam przemokła i wydawało się już, że szybko będziemy się zbierać z powrotem do Warszawy. Na szczęście powoli zaczęło się rozpogadzać, przed południem wyszło słońce i większość dnia spędziliśmy opalając się na pomoście i kąpiąc się w jeziorze. Po południu rozpaliliśmy ognisko, zjedliśmy kiełbaski i przed 16 wyjechaliśmy z powrotem do Warszawy. Podróż minęła dosyć szybko, wyruszyliśmy wystarczająco wcześnie, żeby ominąć największe korki.
 | | Przyszłość Byledobiec w powietrzu |
Wyjazd jak zwykle bardzo się udał - od 4 lat maraton w Szczytnie połączony z relaksem nad jeziorem to nasza obowiązkowa pozycja wakacyjno-biegowa. I niech tak pozostanie jak najdłużej :-)
Powrót
|