Tatry, sierpień 2008
Relacja Alexa
Zaraz po powrocie z Islandii wybrałem się w Tatry, gdzie od tygodnia urlop spędzała Weronika z dwiema przyjaciółkami - Dorotą i Olą. Przez cały poprzedni tydzień Weronika korzystała z pięknej pogody i starała się zobaczyć jak najwięcej - była m. in. na Przełęczy Karb pod Kościelcem, na Czerwonych Wierchach, w Dolinie Kościeliskiej z Wąwozem Kraków i Smeczyńskim Stawem.
 | | Czarny Staw Gąsienicowy i Granaty |
 | | Tatry Wysokie - widok z Małołączniaka |
 | | Staw Smreczyński |
Samolot z Reykjaviku wylądował w sobotę ok. 21:30, po powrocie do Anina szybko się przepakowałem i już w niedzielę przed 8 rano wyjechałem z Warszawy ekspresem Tatry. Miałem dużo szczęścia - ponieważ kupiłem bilet z dużym wyprzedzeniem, trafiło mi się miejsce w wagonie bez przedziałów. Podróż minęła dosyć szybko, po 14 byłem już w Zakopanem i busikiem dojechałem na Mrowce koło Olczy.
Zaraz po przyjeździe w Tatry wybraliśmy się na krótką wycieczkę - przeszliśmy z Kuźnic do schroniska na Kalatówkach, a następnie przeszliśmy do Zakopanego Ścieżką na Reglami i Doliną Białego. Drugiego dnia postanowiłem wstać trochę wcześniej i zrobić sobie wycieczkę biegową - zamierzałem dobiec do Murowańca czarnym szlakiem przez polanę Psia Trawka, a później do Doliny Pańszczycy. Złapałem busika do Ronda i chciałem się przesiąść tak, żeby dojechać do Cyrhli, jednak było jeszcze dosyć wcześnie i musiałbym długo czekać na transport. Ostatecznie dojechałem do Kuźnic i postanowiłem dobiec do Murowańca popularnym szlakiem przez Boczań i Skupniów Upłaz (szedłem tamtędy już chyba kilkanaście razy, ale na tym wyjeździe przeszedłem samego siebie - o tym za chwilę). Trasę z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej pokonałem marszobiegiem - momentami było po prostu tak stromo, że nie dało się biec. Ostatecznie dobiegłem do Czarnego Stawu Gąsienicowego po czasie 48'30'' (wg map idzie się 2h15'), następnie wróciłem do Murowańca, gdzie kupiłem najdroższego Snickersa w życiu - za 3,50 (nawet na Islandii było taniej). Wolałem mieć na wszelki wypadek jakiś dopalacz, chciałem jeszcze dobiec do Doliny Pańszczycy. Żółty szlak łączący obie doliny także momentami był za trudny, żeby bez przerwy biec. Do samej Doliny Pańszczycy ostatecznie nie dobiegłem, zatrzymałem się w miejscu, skąd było już widać grań Orlej Perci z Buczynowymi Turniami i Orlą Basztą, i zawróciłem do Murowańca. Na Mrowce wróciłem tak, jak początkowo chciałem biec w górę - czarnym szlakiem do Psiej Trawki, czerwonym do Cyrhli, a resztę drogi, niestety, ulicami (na szczęście prawie cały czas w dół). Trening zajął mi w sumie 3 godziny, jednak nie byłem tak zmęczony, jak po 30-kilometrowych wybieganiach (marszobiegiem jest trochę łatwiej). Niecałą godzinę po powrocie z treningu wyszliśmy z Weroniką na dłuższą wycieczkę - zamierzaliśmy wejść na Kościelec. Naszą wyprawę oczywiście zaczęliśmy od... niebieskiego szlaku przez Boczań. Doszliśmy na Czarny Staw (dla mnie to już był drugi raz tego samego dnia), a następnie weszliśmy na Karb. Było już jednak dosyc późno i postanowiliśmy sobie odpuścić dalszą wspinaczkę - spędziliśmy za to miło czas na brzegu Zielonego Stawu po drugiej stronie grani Kościelca. Z Doliny Gąsienicowej do Kuźnic wróciliśmy... przez Boczań.
Na wtorek zostaliśmy z Weroniką sami - Dorota wróciła wcześniej, żeby się trochę pouczyć, Ola wyjechała jeszcze przed moim przyjazdem. Tego dnia także zaplanowaliśmy dłuższą wycieczkę, również w rejonie Doliny Gąsienicowej. Tradycyjnie doszliśmy do Murowańca przez Boczań, a następnie wyruszyliśmy żółtym szlakiem w kierunku Doliny Pańszczycy (tym samym, którym "marszobiegłem" dzień wcześniej). Zrobiliśmy sobie krótki postój nad Czerwonym Stawem i poszliśmy dalej, w kierunku Krzyżnego. Wędrówka była bardzo przyjemna, ponieważ Dolina Pańszczyca nie należy do najpopularniejszych w Tatrach i turystów spotykaliśmy naprawdę niewiele. Na przełęcz Krzyżne, od której zaczyna się szlak Orlej Perci, doszliśmy w dosyć dobrym czasie. Pogoda była nienajgorsza - z drugiej strony osłonił się widok na Dolinę Pięciu Stawów i Siklawę oraz na Rysy i Niżnie Rysy. Niestety, chmury zasłoniły Gerlacha oraz Wysoką. Początkowo chcieliśmy schodzić nad Wielki Staw, a następnie wrócić przez Dolinę Roztoki do Polany Palenicy, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na powrót tą samą drogą. Oczywiście oznaczało to kolejną przeprawę przez Boczań - tym razem jednak sporą część trasy zbiegaliśmy (schodzenie tym szlakiem powoli zaczynało nas męczyć).
 | | Widok z Krzyżnego na Dolinę Pięciu Stawów |
 | | Niżnie Rysy (z lewej) i Rysy |
Następnego dnia wybraliśmy się do miejsca, które odwiedzam regularnie już od pięciu sezonów - nad Zmarzły Staw. Po raz kolejny musieliśmy się przeprawić przez Boczań do Doliny Gąsienicowej, zrobiliśmy sobie krótki postój nad Czarnym Stawem i wyruszyliśmy dalej w górę. Nad Zmarzłym Stawem zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby zrobić zdjęcia (niestety było trochę pochmurno), a następnie ruszyliśmy wgłąb Koziej Dolinki, skąd prowadzą trzy szlaki łącznikowe na Orlą Perć - żółty na Kozią Przełęcz, czarny przez Żleb Kulczyńskiego (obydwa z łańcuchami, w przypadku drugiego dodatkową atrakcją są spadające kamienie) oraz zielony, prowadzący na wierzchołek Zadniego Granatu - jeden z najłatwiejszych łączników. Wybraliśmy trzecią opcję - szlak rzeczywiście okazał się bardzo przyjemny - w jednym miejscu, niedalek za rozwidleniem ze szlakiem czarnym trzeba było trochę pomóc sobie rękami, później wchodziło się jak po schodach. Co jakiś czas odsłaniały się piękne widoki, jednak zachmurzenie było spore. Po wejściu na grań skręciliśmy w czerwony szlak w lewo - weszliśmy na szczyt najwyższego, Zadniego Granatu (2240), a następnie kierowaliśmy się w kierunku Pośredniego. Ostatecznie postanowiliśmy jednak zawrócić. Wycieczka i tak bardzo się udała - Weronika w Tatrach nie była jeszcze tak wysoko. No i w końcu przeszła kawałek Orlą Percią :) Do Doliny Gąsienicowej wróciliśmy dokładnie tą samą trasą, do Kuźnic również - przez Boczań, tym razem także zbiegając. Śmieszni byli niektórzy panowie, którzy, widząc Weronikę zbiegającą, próbowali robić to samo - zwykle szybko rezygnowali ;) W ten sposób oboje na tym wyjeździe przeszliśmy niebieskim szlakiem 7 razy (ja w 3 dni z rzędu). W przyszłym roku będziemy chyba tamtędy chodzić z zamkniętymi oczami.
W czwartek zrezygnowaliśmy z dłuższej wycieczki - postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę biegową. Dojechaliśmy busikiem do Ronda, a następnie marszobiegiem pokonaliśmy trasę Drogą pod Reglami do wylotu Doliny Strążyskiej, gdzie skręciliśmy w kierunku Polany Strążyskiej. Z Polany skręciliśmy na przełęcz w Grzybowcu (tam już nie biegliśmy) i przeszliśmy do Doliny Małej Łąki. Weronikę trochę bolało biodro po upadku niedaleko Wielkiej Krokwi, ja jeszcze pobiegałem sobie wzdłuż Wielkiej Polany. Postanowiliśmy wróćić do Zakopanego - w Dolinie Małej Łąki Weronika szła, ja jeszcze chciałem trochę pobiegać, dlatego dwa razy zbiegałem kilka minut w dół, a następnie pod górę, żeby się dobić. Do Zakopanego wróciliśmy busikiem (trochę musieliśmy na niego poczekać), zjedliśmy pizzę i wróciliśmy na Mrowce.
 | | Nad Zmarzłym Stawem |
 | | Zadni Granat |
 | | Zejście z Granatów do Koziej Dolinki |
 | | Weronika na tle Zmarzłego Stawu |
Ostatniego dnia już nigdzie się nie wybieraliśmy - pociąg mieliśmy o 15:45, a nie chciało nam się zrywać wcześnie rano. Wyjazd bardzo się udał, ostatniego dnia w ogóle nam się nie chciało wracać do Warszawy. Zobaczyliśmy sporo fajnych miejsc, dużo zostało nam też na kolejne lata.
Powrót
|