|
||||||||||
|
Maraton w Nowym Jorku był naszym trzecim maratonem, po Berlinie i Tel Awiwie, wylosowaliśmy start w NY. Przygotowani przez Darka Sidora chcieliśmy poprawić czas z Berlina 4.04 i pobiec 3.55. NY przywitał nas piękną pogodą, w sobotę (30.11.) odebraliśmy numery startowe i po małym rozruchy na Brooklinie pojechaliśmy na Pasta Party, które okazało się imprezą w stylu Hollywood, okrągłe stoliki, kelnerzy i brak atmosfery.
Za to od rana w dniu startu było już wspaniale. Start był na wyspie Staten Island, co od organizatorów wymagało przewiezienia do tego miejsca ponad 40.000 osób (43.741 uczestników). Autokary, do których miejsca przydzielano przy odbiorze pakietów startowych, ruszały z dogodnych miejsc z Manhattanu już od świtu, my mieliśmy odjazd o 5.30. Niedziela była niestety bardzo zimna i padał deszcz. Miasteczko startowe było podzielone na trzy strefy, w każdej było przygotowane śniadanie (bajgły, batony energetyczne, herbata, kawa), były rozstawione wiaty od deszczu i mnóstwo toalet. Tego zimna niestety nie przewidzieliśmy, część uczestników była na nie przygotowana mieli śpiwory, koce, nawet małe namioty, ale większość marzła okropnie zwłaszcza, że starty amatorów rozpoczęły się dopiero o 9.40. i były co 20 minut. Zmarzliśmy jeszcze tuż przed biegiem, bo prawie godzinę przez startem trzeba było oddać rzeczy do ciężarówek. Największe problemy mieli wszyscy z wiązaniem butów ze względu na trzęsące się z zimna ręce, po tak długim koczowaniu właściwie nikt się nie rozgrzewał i wszyscy jak najszybciej chcieli zacząć biec. I to był nasz pierwszy błąd, brak rozgrzewki.
Start w tym roku po raz pierwszy odbywał się nie tylko z trzech miejsc, ale też każda grupa startowała w trzech falach podzielonych na sektory według czasów i dzięki temu nie było tłoku ani na stracie ani w czasie całego biegu, a gdy trasy połączyły się po 8 milach to biegacze byli już tak rozciągnięci na trasie, że nie było problemu z miejscem aż do samej mety. Trasa biegła przez cały NY od Staten Island, przez Brooklyn, Queens, Manhattan, Bronx, z powrotem Manhattan (Harlem), aż do mety w Central Parku. Na trasie doping był imponujący, było może trochę mniej publiczności niż w Berlinie, ale za to doping był bardziej żywiołowy, wspomagany przez liczne orkiestry i chóry. Na całej trasie podawano co 1 milę wodę, płyny energetyczne i raz batony, było bardzo dużo toalet, do których nie było kolejek.
Do 25 kilometra biegło się nam fantastycznie, mieliśmy średnią na 3.45, co było trochę za szybko na pierwszej połówce i to był nasz następny błąd, i nagle na 25 kilometrze coś się stało z naszymi mięśniami, nasze nogi a zwłaszcza uda stały się drewniane, zaczęły nas boleć pachwiny. Chyba nie tylko my mieliśmy problemy, bo bardzo dużo ludzi odcinkami szło. Perspektywa i marzenia szybko się zmieniały, najpierw aby może jeszcze złamać 4 godziny, a potem już tylko marzenie aby dobiec. Ostatni prawie 6 kilometrowy odcinek w Central Parku to była droga przez mękę. Ale się udało, medale są duże, złote i piękne, a potem był przed nami tydzień w NY, fascynującym mieście. Przez pierwsze dwa dni wszędzie spotykaliśmy ludzi, którzy mieli medale na kurtkach i tak jak my duże problemy ze schodami w metrze, które są strome i nigdzie prawie nie ma wind, ani ruchomych schodów.
Teraz już jest dobrze, pamiętamy niesamowite widoki z trasy, pulsujący przed nami tłum biegaczy na Manhattanie i musimy szybko pobiec następny maraton aby złamać 4 godziny.
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |