|
||||||||||
|
Skąd się wzięło Toronto? Tego właściwie do dzisiaj nie wiem. Faktem jest, że chciałam zrobić kolejny krok w kierunku zdobycia 7 kontynentów. I faktem jest, że na Amerykę Południową i Australię w tym roku nie bardzo mogłam sobie pozwolić. A maratony w Afryce (te, na które mogłabym pojechać) już się odbyły. No więc - Ameryka Północna. Do Nowego Jorku tradycyjnie nie zostałam wylosowana (na pocieszenie dostałam koszulkę), a kiedy zdecydowałam, że jednak, mimo wszystko, chcę jechać za wielką wodę, do Chicago też już nie było wolnych miejsc.
Co było robić? Przejrzałam kilka kalendarzy i... wyszło Toronto. Bo: 1. Ameryka Północna 2. dobry termin (połowa października) 3. podobno szybka trasa (do tego na pewno jeszcze wrócę) 4. łatwy i w miarę niedrogi dojazd (dolot) 5. a na dodatek w zasadzie ta sama strefa klimatyczna. Nie bez znaczenie też był fakt, że moja przyjaciółka z lat późnoszkolnych mieszka właśnie w Toronto i zaproponowała, że może mnie gościć u siebie (dzięki, Ula!)
Potem wszystko potoczyło się dość szybko: urlop, rejestracja on line, bilet na samolot, paszport... Wiza. No właśnie. Okazało się, że Polacy potrzebują wizy do Kanady, chyba, że mają paszport biometryczny. Wtedy na krótki pobyt wizy nie potrzebują. Ponieważ mój paszport został wydany w czasach prawie prehistorycznych (nooo, na pewno przed Unią Europejską, w czasach kiedy biometria była w bardzo mglistych planach) najpierw podążyłam na stronę internetową ambasady. Sam wniosek wizowy nie zrobił na mnie wrażenia, podobnie jak opłata (niecałe 200 zł). Ale spis załączników do wniosku powalił mnie na kolana. I na tych kolanach podążyłam na stronę mazowieckiego urzędu wojewódzkiego, żeby się dowiedzieć czegoś na temat paszportów. Okazało się, że znacznie prostsze i tańsze jest po prostu wyrobienie nowego paszportu i nie muszę w tym celu robić nic ponad standardowe złożenie wniosku, zdjęć oraz uiszczenie opłaty (140 zł, czyli i tak mniej niż wiza). Urząd na warszawskiej Pradze Północ okazał się bardziej niż przyjazny, a po kolejkach które pamiętałam sprzed lat, dzisiaj nawet śladu nie ma. Wniosek złożyłam w niecały kwadrans (musiałam poczekać na otwarcie kasy) i po 5 tygodniach odebrałam nowiutki dokument dosłownie w 5 minut.
Pozostało tylko zrealizować ostatnie treningi, uzbroić się w cierpliwość, spakować i...
Dwa dni przed wyjazdem dostałam informację od mojej kanadyjskiej przyjaciółki, że niestety, ale musi pilnie wyjechać za granicę. Mam się jednak niczym nie przejmować, przyjeżdżać, klucze i pokój gościnny na mnie czekają. Co było robić? Wszak maraton nie poczeka. Spakowałam się i w środę w południe wyleciałam "za wielką wodę".
Dziewięć godzin później wylądowałam w Toronto. Tu dopiero słońce chyliło się ku zachodowi, w każdym razie było jeszcze widno, cofnęłam się w czasie o 6 godzin. Zgubiłam się już na lotnisku, z którego nie potrafiłam wyjść na autobus. W końcu zaabsorbowałam sobą pana z informacji turystycznej, który przejrzał 5 planów miasta, żeby znaleźć miejsce, do którego miałam trafić, opisał mi w skrócie drogę dotarcia do celu i życzył powodzenia. Oczywiście, ja w międzyczasie dokopałam się do swoich wydruków z Google Maps (Toronto leży w tej cywilizacji, dla której Google podają nie tylko trasy piesze i samochodowe, ale także - trasy i rozkłady jazdy komunikacji miejskiej). I oczywiście puściłam wskazówki pana lekko mimo uszu. Znalazłam właściwe wyjście, właściwy autobus i wyruszyłam w mokre od deszczu ulice miasta...
![]() |
| Toronto z lotu ptaka |
Tak uważnie wgapiałam się w wydruki i plany, że jak tylko usłyszałam brzmiącą znajomo nazwę - natychmiast wysiadłam. No cóż następnie przedefilowałam z bagażem jakieś dwa kilometry w zapadający zmroku przez dzielnicę bloków i zabudowań, które bynajmniej nie budziły zaufania Po 20 minutach galop-spaceru z duszą na ramieniu - znalazłam przystanek, znalazłam autobus i ruszyłam dalej. Dalej było już całkiem ciemno, autobus jechał mokrymi ulicami, wspinał się niemal pionowo pod górkę i zjeżdżał z górek, a ja w duszy modliłam się, żeby tędy nie wiodła trasa maratonu. Na próżno...
Na razie jednak po ponad dwóch godzinach jazdy z przygodami udało mi się dotrzeć na miejsce. Niewielki domek z lat 30-tych, żywcem jakby wyjęty z filmów o Bożym Narodzeniu, czekał na mnie. Według miejscowego czasu dochodziła dopiero 8 wieczorem, ale dla mnie było już ok. 2 w nocy, padałam na nos. Posiedziałam jeszcze chwilę przed komputerem, żeby się zmęczyć na maksa i nie obudzić za wcześnie i poszłam spać.
W czwartek rano obudziłam się bez problemu (dla mojego organizmu była po prostu 12 w południe, nigdy tak długo nie sypiam). Za oknem było ciemno, ponuro i lało. Zanim zjadałam śniadanie, sprawdziłam, co i jak mogę zobaczyć, jak się poruszać i w ogóle - co ze sobą zrobić. I tym sposobem, mimo deszczu i lodowatego wiatru, jeszcze przed południem wylądowałam na pokładzie autobusu turystycznego objeżdżającego główne atrakcje Toronto. Z okien autobusu podziwiałam serce biznesowe miasta oraz pamiątki (całkiem liczne) z niezbyt odległej przeszłości. Nie, nie deprecjonuję Toronto ani Kanady. Wręcz przeciwnie - chętnie bym tam zamieszkałą na dłużej. Natomiast nie da się ukryć, że zabytki kultury materialnej są tutaj nie starsze niż XIX w. No, koniec XVIII w najlepszym wypadku. Ale znakomicie ta architektura jest skomponowana z ultranowoczesnymi biurowcami, z życiem miasta, które wydaje się nigdy nie zasypiać (w city, bo dzielnice mieszkalne za to śpią na pewno). Jedyny zamek w okolicy, Casa Loma, na pięknym wzgórzu, został zbudowany w latach 1911-1914 i należał do budowniczego elektrowni na wodospadach Niagary.
![]() |
| Casa Loma |
Poza tym jest kilka kościołów - katedra anglikańska Św. Jakuba, katedra katolicka Św. Michała, Destillary District - dzisiaj już artystyczno-filmowe miasteczko, gdzie w czasach amerykańskiej prohibicji Al Capone zaglądał po whisky, symboliczny budynek torontońskiej giełdy, siedziba Hudson Bay Company, wreszcie - dwa ratusze. Tak, bo w połowie XX w. władze zdecydowały, że monumentalny neoromański ratusz z 1899 r. nie odpowiada nowoczesnemu duchowi miasta i wybudowały po drugiej stronie ulicy nowoczesny wtedy ratusz, który swoją budową miał przypominać oko. Może jestem tradycjonalistką, ale jakoś bardzie mi pasował ten XIX-wieczny, z ogromną precyzją wykończony w różowym piaskowcu Old City Hall niż to drugie coś, ale de gustibus Pojeździłam autobusem, posnułam się per pedes, bo deszcz przestał padać, zjadłam obiad w miejscowym odpowiedniku Hali Mirowskiej, wypiłam miejscowe piwo, które nie odbiegało specjalnie smakiem od polskiego i ledwo powłócząc nogami dotarłam już dobrze po zmroku do domu (obyło się bez błądzenia).
![]() |
| Old City Hall |
W piątek wstałam przed świtem. Bo dalej funkcjonowałam w dwóch wymiarach czasowych, a poza tym tutaj słońce wstawało jakoś później... A skoro już byłam na nogach - trzeba było przetestować torontońskie ulice. Wyszłam pobiegać. Zaczęłam nieśmiało spokojnie, od domu. Po 2 km wybiegłam na główną ulicę i podążyłam w... stronę słońca, na wschód, przede mną wschodziło piękne słońce i miasto budziło się do życia, za mną było jeszcze ciemno... Mimo wczesnej pory, na ulicach było całkiem sporo przechodniów, ale i sporo biegaczy, którzy nawzajem się pozdrawiali. A biegali przeróżnie - wolno, szybko, pojedynczo, parami, czwórkami... Jednym słowem - byłam u siebie. I tak też się przez cały czas czułam. Jedyne, co budziło mój niepokój - to ta niby szybka trasa... Płaska? Jaka płaska? W tym mieście wszędzie było albo z górki, albo pod górkę. Płasko to jest wzdłuż brzegu jeziora, ale tamtędy przebiegał tylko fragment trasy...
![]() |
| CN Tower |
Piątkowe popołudnie przeznaczyłam na "dooglądanie" miasta. Oczywiście do zaliczenia był obowiązkowy punkt programu, czyli CN Tower. Dokładniej - Canada's National Tower. Otwarta w roku moich urodzin, licząca 553,33 metra wieża do niedawna była najwyższą wieżą i najwyższą budowlą świata. Dziś, zdetronizowana przez budowle w Chinach (Guangzhou TV & Sightseeing Tower) i Dubaju (Burj Chalifa), nadal przyciąga turystów. Nie bez racji. Widok na Toronto i Ontario, jaki się rozpościera z wieży, jest najwspanialszą pamiątką, jaką się wywozi z Kanady (oprócz syropu klonowego). Uwielbiam oglądać miasta z góry, chociaż na górze potwornie się boję wypaść. Na szczęście CN Tower jest dokładnie zabezpieczona grubymi szybami, dzięki czemu mój lęk wysokości ani na chwilę się nie ujawnił. A potem - zjechałam na dół i postanowiłam udać się po odbiór pakietu startowego.
![]() |
| Liście |
Odległość do centrum targowego, gdzie znajdowało się Expo, na mapie nie wyglądała jakoś odstraszająco, więc postanowiłam sobie zrobić spacer Spacer miał przynajmniej ze dwa kilometry, wiódł brzegiem jeziora i mimo porywistego wiatru - był całkiem przyjemny. Szłam i szłam (wiem, to nie było najmądrzejsze przed maratonem, ale było tak pięknie), a wokół truchtały, biegały, joggowały całe tłumy. W takim mieście oczekiwałam wielkiej fety w centrum wystawowym. Weszłam, a tam pierwszej hali nie zauważyłam, po hallu kręcilo się kilka osób, pokonałam kilkaset metrow hallu, zawróciłam wróciłam do początku i... Hura! Znalazłam! Całe Expo mieściło się w jednej niewielkiej hali, nieco na uboczu całego centrum, a dojście było oznakowane tak, że... No, ale przecież znalazłam.
Odebrałam pakiecik, w ekologicznej papierowej torbie, z bardzo ładną techniczną koszulką i poszłam "w stragany". Na pierwszym zafundowałam sobie darmowy masaż karku i kręgosłupa. Na kolejnych walczyłam z pokusami, ale koniec końców wyszłam z Expo z dwoma pamiątkowymi softshellami - turkusowym dla siebie i granatowym dla małżonka.
Ale clue Expo dla mnie było zupełnie niezwykłe spotkanie. Nie śledziłam programu Expo. Nie wiedziałam, że swoje książki będzie tam podpisywać kobieta-legenda. Kathrine Switzer maratończykom nie trzeba przedstawiać. Jej zdjęcia z trasy maratonu w Bostonie z 1967 r. zna każdy. To ona udowodniła, że kobieca pasja może góry przenosić I właśnie z tą kobietą-legendą (Matko, jak ona wygląda! Ile ona miała lat w tym '67? W przedszkolu była?) udało mi się ładnych kilka minut porozmawiać, wprawiając ją w zachwyt faktem przyjazdu z Europy specjalnie na maraton. Dostałam specjalną dedykację "dla Anny na pamiątkę pierwszego północnoamerykańskiego maratonu" w świeżo zakupionej książce "Marathon Woman" i zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie. W końcu legend nie spotyka się na co dzień.
![]() |
| Z Kathrine Switzer |
Sobotę zamierzałam spędzić możliwie spokojnie. Przed świtem wyszłam na krótkie rozbieganko, wspięłam się na Forest Hill, zbiegłam, zrobiłam kilka przebieżek, wzięłam szybki prysznic i przed ósmą byłam gotowa do wymarszu. Na ten dzień przygarnęli mnie przyjaciele moich rodziców z lat młodości, którzy od ponad 20 lat mieszkają w Toronto. Porwali mnie na przejażdżkę - przez budzące się w sobotę Toronto, z uzupełniającą opowieścią, co kryją podziemia tego miasta, z przejazdem przez najpiękniejsze punkty miasta, z postojem na kawę w lokalnej sieciówce Tim Horton (boska kawa!) - prosto nad Niagarę!!! Nie wiem, czemu, ale przez całe życie byłam przekonana, że wodospad Niagara to jednak Stany Zjednoczone. A tymczasem okazało się, że ze strony kanadyjskiej widok jest o niebo ładniejszy i to do Kanady jedzie się oglądać Niagara Falls. Nie mieliśmy czasu na przejażdżkę statkiem pod wodospadem, ale i tak nie mogłam się nazachwycać. Patrzyłam i chłonęłam w siebie ten widok, spadające z hukiem masy wody, unoszące się w słońcu mgły i jesienny entourage - liści złotych, czerwonych i jeszcze gdzieniegdzie zielonych.
![]() |
| Niagara |
Znad wodospadów pojechaliśmy jeszcze na punkt widokowy, gdzie Niagara zawraca. Tu już mój zachwyt sięgnął najwyższych rejestrów. Nie wiedziałam, że w przyrodzie bez fotoszopa występuje takie nasycenie kolorów. Turkus i szmaragd wody w połączeniu z soczystą żółcią, czerwienią i zielenią lasu nad brzegiem wyglądały jak przesłodzona fototapeta z podkręconymi kolorami. Ale były prawdziwe. Do bólu oczu prawdziwe, choć kompletnie niewiarygodne.
![]() |
| Las |
Nie wiedziałam, że to nie ostatni widok, który mnie tego dnia zachwycił. Drugi zobaczyłam z okna apartamentu na 18. piętrze nad brzegiem jeziora. Widok na Toronto i na jezioro, które właściwie bardziej przypomina morze, kolejna fototapeta, zaparł mi dech w piersiach. To był ten moment, w którym pożałowałam, że moi rodzice też kiedyś nie zaryzykowali wyjazdu. Tylko przemknęła mi przez głowę taka myśl, ale jednak...
![]() |
| Widok z zatoki |
Wieczorem udałam się jeszcze na pasta party, które tutaj nazywało się "carbo loading dinner". Głodna specjalnie nie byłam, ale chciałam zobaczyć, za co zapłaciłam dodatkowe 30 dolarów. Zapłaciłam, bo uznałam, że skoro i tak lecę kilka tysięcy kilometrów, to te 30 USD już nie m znaczenia, a ja mam okazję zobaczyć "jak to się robi w Kanadzie". Robi się w eleganckim, pięciogwiazdkowym hotelu. Catering jest z pięciogwiazdkowej restauracji. Makaron na kilka sposobów, z mięsem i bez, sałatki, przekąski, jednym słowem - przyjęcie, bankiet. Do tego woda, soki, kawa, herbata - po dziurki w uszach. I oczywiście - deser - ciasta, ciasteczka, owoce. A do tego wszystkiego - za stołem prezydialnym m.in. Kathrine Switzer, Bill Rogers, John Santon... Prezentacje, wystąpienia, slowa motywacji... Po dwóch godzinach wymykam się z kolacji, która trwa w najlepsze, ale ja już zaczynam odczuwać zmęczenie. A w końcu mam być jutro wypoczęta...
W niedzielę znowu zrywam się przed świtem. Nie czuję się wyspana. Zrobiłam wszystko, żeby się przestawić, ale czuję worki pod oczami. Po prostu dla mojego organizmu ja nadal śpię od 4 rano do południa. Dobrze, że start jest o 9 - czyli o 15 polskiego czasu. Dam radę, zdarzało mi się startować o tej porze. Lepsza 15 niż 3 w nocy (jak w Dubaju). Szybki prysznic, ubieram się - na krótko. Zapowiadają 15 stopni i piękne słońce - pogoda idealna. Jedynym mankamentem może być wiatr nad jeziorem. Ale to nic. Koszulka w barwach narodowych, czarne spodenki, na to dres - bialoczerwona kurtka, czarne spodnie. Picie na drogę. Idę.
Na start dojeżdżam za darmo. Nie, nie to że maratończycy za darmo. Kierowca w autobusie nie tłumaczy specjalnie, ale po prostu nie bierze kasy za przejazd. Nie tylko od biegaczy. Na miejscu szukam startu, ale nie widzę. Widzę za to tłumy w kolejkach do toalet. Centrum operacyjnym jest jakieś Centrum Kulturalno-Biblioteczne, możliwe, że przy okazji handlowe. Toalety są kulturalnie damskie i męskie, kolejki liczą się w dziesiątki osób. Z centrum można przejść do hotelu, który co prawda ma toalety tylko dla gości, ale biegacze okupują je nie dbając o zakazy. Jest 7.30. O 8 startuje półmaraton. Stoję w kolejce do hotelowej toalety. Za mną jeszcze tłum półmaratonek. Wchodzę do kabiny niespełna kwadrans przed ósmą. Dziewczyny od połówki twardo stoją Wychodzę. Wychodzę z budynków. Okazuje się, że za nimi stoi cala bateria toitoiów BEZ kolejek...
O, i stąd wreszcie widzę start!
Widzę i oczom nie wierzę. Zresztą nie tylko ja. Odliczanie, start i... przez kolejne 20 minut obserwuję jak półmaratończycy wypełzają z budynków, z tojek i niespiesznie podążają w kierunku startu, przebiegają przez niego i biegną spokojnie dalej. Stoję z grupą Amerykanów. "Unbelievable" - patrzymy na to wielkimi oczami. Po kilku minutach takiego widowiska wreszcie idę grzecznie do ciężarówki oddać rzeczy. Zostaję tylko w kocu termicznym, tak mój patent na przedstart. Jeszcze raz kolejka do toalety. W kolejce podchodzi do mnie dziewczyna, uśmiecha się i mówi: "Ja wiem, jesteś z Polski i to Twój pierwszy maraton w Ameryce Północnej. Good luck!". Muszę mieć dziwną minę, bo wyjaśniająco dodaje: "Słyszałam, jak rozmawiałaś z Kathrine Switzer". Nieźle, jedna rozmowa i już mnie rozpoznają na mieście.
![]() |
| Przed startem |
Wychodzę na start. Podążam tam, gdzie był start półmaratonu. A tu zaskoczenie... Startu już nie ma... Start maratonu jest 300 m dalej : Konia z rzędem temu, kto to wymyślił. Strefy są bardzo orientacyjnie oznaczone, ale ludzi jest mało, jakieś dwa tysiące, więc nikomu to bardzo nie przeszkadza, zresztą większość staje na swoim miejscu. Śmiało zajmuję miejsce gdzieś przy tabliczce 3:30 (który to już raz!).
Punktualnie o 9 - start. Ruszamy. Po 400 m pierwszy zakręt, zaraz następny. Ruszyłam nienajgorzej, staram się trzymać pacemakera na 3:30. Wybiegliśmy na Yonge Street - to najdłuższa ulica świata, ciągnie się od jeziora Ontario przez prawie całą Kanadę. Ulice w Toronto dzielą się na wschodnie i zachodnie - w zależności od tego, po której stronie Yonge się znajdują. Dlatego zabłądziłam pierwszego popołudnia. Tymczasem ja biegnę po Yonge. Pierwszy kilometr - lekko poniżej 5 minut. Szybko, ale spokojnie. Dalej mnie niesie. Nagle widzę dwójkę. Zaraz. Chwila. Nie przebiegłam 2 kilometrów w niecałe 9 minut. No way. No tak. Za 300 m jest druga dwójka. Tamta była dla półmaratończyków. Oczywiście w adekwatnym kolorze, tylko ja jeszcze nie załapałam. Trzeci jest z górki, więc lecę-pędzę, wyprzedzam grupę na 3:30. Na czwartym - piękny podbieg, dobre 300-400 m. Tia... Grupa mija mnie. Staram się trzymać w zasięgu wzroku. Po 8 kilomtrach robi się już bardziej kręto, zbiegamy z Yonge. Dyszka - 49 minut. Perfekcyjnie. Przy punktach z piciem lekko tracę do grupy, ale nadrabiam bez wysiłku. Na 12. czuję jakąś zapowiedź skurczu, ale postanawiam ją zepchnąć w nieświadomość. Trasa rozwija się ślicznie, przebiegam gdzieś obok domu, w którym mieszkam. Gadam z kimś po drodze, ale nie za dużo. Oszczędzam siły. 14 km. 1:08. Szybko liczę w głowie. To by dawało... 3:24. No, niech nawet trochę stracę. Na pewno stracę. Ale jest super...
Niesie mnie, na 15. km trasa wpada pomiędzy dwa przepiękne wzgórza, las w środku miasta, kręta asfaltowa droga, lekko opada w dół. Bajka. Lecę bo chcę... Lecę... Za szybko, wiem, ale mnie niesie... 18 kilometr wraca do cywilizacji, lekko zaczyna mnie wyhamowywać. Ale trzymam krok, grupa na 3:30 jest gdzieś daleko z tyłu... Od jakiegoś czasu biegniemy wspólną trasą z półmaratonczykami. Właściwie ci, którzy nam właśnie towarzyszą, to chyba ostatni, którzy mają szansę ukończyć w limicie. Biegną już 2,5 godziny, do mety mają jeszcze 2-3 km. A my? A ja? No, cóż...
Na półmetku widzę czas: 1:43. Nieźle. Czwarty wynik w półmaratonie ever. Przy czym dwa z tych trzech szybszych były na wiosnę. Od tamtej pory tak szybko nie biegałam. "No, to bieg właśnie się zaczyna" - mówię sobie, chociaż nie zamieram tanio sprzedać skóry. 22 km jest lekko z górki, Garmin jakby zwariował, pokazuje tempo poniżej 4'/km. Bujać to my, ale nie nas.
Niestety, to ostatni taki miły odcinek. Zatrzymuję się przy toalecie, w międzyczasie dogania mnie i mija grupa na 3:30, a ja już wiem, że nie jest różowo. Od 23. km biegniemy nad jeziorem, Jest pięknie, prawie płasko, ale trochę wieje od wody. Coraz trudniej mi utrzymać rytm. Coraz bardziej zwalniam, już mam tempo powyżej 5 min/km. Gdzieś na 26-27 km zaczynam pochodzić. Ale staram się biec - 100 m marszu, kilometr biegiem, Ile dam radę. Próbuję policzyć, o ile mogę zwolnić, żeby być chociaż poniżej 3:40. Po drodze - żele energetyczne. Pierwszy raz świadomie korzystam z żeli (zapewnia je organizator). Trochę się podbudowuję, znowu biegnę. Gdzieś po drodze spontaniczny punkt kibiców z pomarańczami - super. Na 30 km odzyskuję wiarę, że się uda. Od 30 km wracamy do miasta - nadal nad jeziorem. Na 32. km jestem w czasie, który daje szanse na 3:37. Przypominam sobie swój pierwszy maraton i uśmiecham się sama do siebie. Jeszcze tylko dyszka - podtrzymuję się na duchu. Niestety, coraz gęściej przerywam bieg marszem. Na 34. mija mnie jedna grupa na 3:40, za kilometr - druga (jedna biegnie biegiem ciągłym, druga - czymś w rodzaju Gallowaya, zające mają to napisane na koszulkach. A czasy mają napisane na uszach. Bo zające mają uszy. Różowe. Na opaskach). 36 kilometr, 37, już znajome zabudowania, już blisko, 38. Jeszcze cały czas mam szansę przynajmniej na życiówkę.
Na 39. km - skręt w ostatnią już prawie prostą. Już czuję metę, ale do mety jeszcze ponad dwa kilometry. POD GÓRĘ!!! Próbuję biec, ale co ja przyspieszam, to moje nogi zwalniają. Na 40. kilometrze już wiem, że nie tylko do Bostonu nie jadę, ale i życiówka poszła się bujać. Mimo to próbuję nie tracić ducha. Na 700 m przed metą mija mnie zając na 3:45. No nie. Próbuję jeszcze zachować twarz i czymś, co przypomina bieg dotaczam się do mety, przegrywając finisz z jakąś dziewczynką, która wyskoczyła mi zza pleców 200 m przed metą.
Meta. Qeens Park. Za metą dostaję medal. Jest ogromny, ma ponad 10 cm średnicy. I ciężki, o czym przekonam się za chwilę, kiedy będę go musiała zdjąć, bo mnie kark rozboli. Na razie robię sobie zdjęcie z medalem, idę po jakieś picie, potem po rzeczy Depozyty leżą na gołej ziemi ogrodzonej tylko barierką. Wygląda jakby nikt ich nie pilnował. Ale jednak - kiedy schylam się po plecak, czuje czyjś wzrok na sobie. Siadam z plecakiem na trawie, kładę się, podnoszę nogi... I za chwilę - dramat! Nie mogę wstać! Co próbuję zgiąć nogę, łapią mnie skurcze. A tymczasem dookoła sporo ludzi, ale nikt mnie nie widzi. Jestem niewidzialna i cierpię. Przez moment jestem na skraju rozpaczy, ale... Przewracam się na brzuch, podnoszą na rękach i wstaję. Kieruję się prosto do punktu z masażem. Czekam aż minutę i ląduję pod wprawnymi dłońmi masażystki. Po 10 minutach wstaję jak nowonarodzona. Ale chyba nie wyglądam dobrze, bo w okolicach punktu medycznego ktoś mnie pyta, czy wszystko w porządku. Dostaję folię. Super. Szukam jakiegoś prysznica. Jest kilkaset metrów dalej - w zabudowaniach uniwersyteckich. Trochę pobłądziłam (oznaczenia do bani), ale w koncu trafiam do eleganckiego fitness klubu - nawet ręczniczek elegancki dostaję, kluczyk do szafeczki i voila! Mogę się umyć jak człowiek, wysuszyć włosy, ubrać, lekko podpacykować - poza medalem już nie ma śladu, że biegłam.
![]() |
Wracam w okolice mety. Zawodnicy ciągle dobiegają. Ja wychodzę już na otwartą przestrzeń parku, gdzie rozlokowały się stoiska Expo, może też kupić pizzę, można spróbować (za darmo) fantastycznego wegetariańskiego chili con carne, można też wejść do strefy, która wyglada jak strefa VIP, a jest tylko wygrodzoną strefa lokalnego producenta piwa, zakupić szklankę piwa i rozkoszować się fantastycznym jedzeniem, azjatyckim, meksykańskim, sushi Zapadam się w drewniany leżak, gawędzę z jakimiś Amerykanami, eh, żyć, nie umierać.
I nawet fakt, że zabrakło mi tych niespełna 4 minut do życiówki i 6 do Bostonu jakoś nie psuje mi humoru. Owszem, jestem rozczarowana. Ale i bardzo zadowolona. Najchętniej za tydzień dwa pobiegłabym gdzieś znowu... ;-)
Powoli się zbieram. Pora wrócić do domu, spakować się i jeszcze tego samego wieczoru wsiadam w samolot, zjadam kolację i budzę się godzinę przed lądowaniem w Warszawie.
Trzeci kontynent już za mną :-)
|
(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin |