17.08.2013
Bieg Granią Tatr
Relacja Michała

18 marca 2013 r. godz. 12:00. "Jasna cholera, zawiesił się serwer". Jak głupi siedzę przed komputerem i co 5s. odświeżam stronę. Jest! O 12:15 wchodzę na zapisy. Szybkie wypełnienie formularza i... i... udało się! Jestem na liście startowej! Zapisy zakończono po 6 minutach. Wyczerpał się limit.

"Bieg Granią Tatr" - jak o nim usłyszałem, przeszły mnie ciarki. 70 km długości, 10 km przewyższeń, 30 h marszu według mapy, limit 17 h. Trasa absolutnie fenomenalna, piękna a zarazem ekstremalnie trudna. Śmiało można powiedzieć, że będzie to jeden z najatrakcyjniejszych ultramaratonów na świecie. Nie mogło mnie na nim zabraknąć.

Startujemy w pięciu 50-osobowych grupach co 10 min. Najlepsi na końcu, ja biegnę bezpośrednio przed nimi. Czuję euforię, autentycznie nie mogę doczekać się startu. Ruszamy o 4:30. Czuję się naprawdę mocny i pewny siebie. Jeszcze rok temu stając na starcie Biegu 7 Dolin byłem zagubiony. Dziś jest inaczej. Dziś czuję się ultramaratończykiem.

Start! Uwielbiam tę chwilę. Całe napięcie momentalnie się rozładowuje. W ciemnościach migoczą lampki, ciszę zakłóca stukot butów. To lepsze niż Mozart. Kilka kilometrów płaskiego i rozpoczyna się wspinaczka na Grzesia. Tuż za schroniskiem w Dolinie Chochołowskiej wyprzedzają mnie faworyci biegu. To ludzie z innej planety. Pokonają tę trasę w 9-10h. Mi zajmie to w najlepszym wypadku 13h.

Jest chłodno, ledwie kilka stopni, ale to znakomite warunki do biegania. Lekko spóźniam się na wschód słońca na Grzesiu. Ech, czy może być coś bardziej fantastycznego niż bieganie po grani w pierwszych promieniach słońca? Mijamy Rakoń, Wołowiec, Jarząbczy, Starorobociański, Ornak. Niebo jest bezchmurnie i ok. 8:00-8:30 temperatura drastycznie wzrasta.

W punkcie odżywczym na Hali Ornak jestem dopiero po 4h 35min, a przecież pokonałem tę trasę w niezłym tempie. Wiem już, że będzie ciężko, bardzo ciężko. 3-4min na punkcie i jestem z powrotem na trasie. Teraz czeka mnie piekielnie długa wspinaczka na Ciemniak.

Niestety w czasie podejścia dzieje się ze mną coś dziwnego. Niby mam jeszcze dużo siły, ale brakuje mocy i sprężystości w nogach. Słońce daje się we znaki, powietrze stoi. Czuję, że się guzdram. Cały czas napieram, bez chwili wytchnienia, ale w słabym tempie. Najgorsze jednak, że nie czuję w tym żadnej przyjemności. Niedobrze. Przeżywałem różne kryzysy na trasach, ale zawsze towarzyszyła mi euforia związana z biegiem. Tu jest inaczej. Pocieszam się, że to minie i na Czerwonych Wierchach złapię wiatr w żagle.

Na Ciemniaku zjawiam się o 11. Jest sobota, długi weekend i mnóstwo turystów na trasie. Przed startem bałem się, że może dojść do kolizji, zatorów na trasie, że turyści będą stanowić problem. Okazuje się, że turyści to jeden z największych atutów zawodów. Ustępują miejsca, klaszczą, wykrzykują hasła zagrzewające do walki. Są doskonale poinformowani o biegu. Może to się wydać śmieszne, ale gdy słyszysz zewsząd: "jesteście niesamowici" czy "szacunek, panowie", czujesz, że nie możesz zawieść i napierasz dalej. Dzięki kibicom i lekkiemu chłodnemu wiatrowi odcinek do Murowańca minął całkiem znośnie. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść.

Podejście i zejście z Krzyżnego oznacza otwarty teren, upał, kompletny brak wiatru, piekielnie ostre podejście na przełęcz i bardzo niebezpieczne strome zejście w stronę Pięciu Stawów. I to wszystko po 9h biegu. Czuję się jak przy podejściu na Ciemniak. Nie, jest gorzej. Przegrzewam się. Piję dużo, ale zapotrzebowanie organizmu jest znacznie większe niż jestem w stanie wypić. Byle do przełączy, byle do przełęczy, a potem byle do schroniska, byle do schroniska. Jest mi... smutno, źle. Schodząc z Krzyżnego tracę motywację, wszelkie chęci. Po głowie krążą mi myśli: "Jestem biegaczem z nizin. Czego tutaj szukam? Taki z ciebie twardziel? I co teraz powiesz, chojraku?". Co mnie zatem pcha do przodu? Nie ma nic gorszego niż zejście z trasy. Biegnę, bo nie mogę zrezygnować, nie potrafię. Wiem, to jest chore.

W Dolinie Roztoki jest prawie płasko, więc mogę normalnie pobiegać. Wspierają mnie liczni turyści. Dla nich jestem herosem, ale ja czuję się jak idiota, który katuje się na własne życzenie i zupełnie nie wie po co. Jaki w tym sens? Nie ma sensu.

Ostatni odcinek od Wodogrzmotów do Kuźnic pokonuję na tzw. autopilocie. Do mety docieram tuż przed zmierzchem o 20:06, po 15h 36min napierania. Co czuję? Nic. Nie stać mnie na okazanie żadnych emocji. Może to się wydać dziwne, ale czuję się... przegrany. Nie z powodu czasu czy miejsca. Te piękne góry zabiły we mnie to co najcenniejsze - radość z biegania. To nie ja je pokonałem, a one pokonały mnie. W ultramaratonie najważniejsze są przeżycia na trasie, styl w jakim pokonujesz trasę. To co dzieje się dookoła jest bardzo ważne, ale najistotniejsze jest to, co siedzi w Tobie. W moim przypadku do przodu pcha mnie euforia, specyficzny stan uniesienia, uczucie, że mogę wszystko, adrenalina, którą czuję w każdym centymetrze swojego ciała. Tatry okazały się bardzo surowe i zabrały mi to wszystko. Nie do końca potrafię zrozumieć całą tę sytuację. Jestem w życiowej formie, a logistycznie wszystko idealnie rozplanowałem. Oczywiście jestem biegaczem nizinnym, a to coś zupełnie innego niż bieganie w górach. Braki siłowe mam bardzo duże w porównaniu z górska elitą, ale nie w tym tkwi sedno problemu. Wygląda na to, że kompletnie nie radzę sobie z upałem, choć ten nie był wcale największy. Na trasie marzyła mi się wanna z lodem, taką jaką miał Scott Jurek na Badwater. Pech chciał, że po drodze nie trafiłem na ani jedną.

Niskie ukłony dla organizatorów. Atmosfera przed, w trakcie i po biegu była fantastyczna. Trasa została rewelacyjnie oznaczona. Nie można było się zgubić. Jedzenie... mmm... Nie spotkałem się jeszcze z tak dobrze zaopatrzonymi punktami odżywczymi. Do dzisiaj czuję smak niektórych przysmaków.


(c) 2006 - 2026 Byledobiec Anin